Ogórek postępowy

Wpisy

  • poniedziałek, 30 stycznia 2017
    • Ściana Meksyk-USA wiele zmieni, jeśli w to bardzo wierzycie

      Analogii po wyborach w USA i Polsce ciąg dalszy. W obu przypadkach wyborcy zwycięskiej strony kierowali się podobnymi emocjami i teraz często po kolejnych smutnych faktach najlepsze, co mogą sobie powiedzieć, to: hej, ale poprzednicy też coś takiego robili! I co, nie płakaliście wtedy! Ha! Dla jednych może to być do zastanowienia się, czemu konkretnie głosowali na "większe zło", ale dla innych też może przypomnienie, że poprzedni rząd bynajmniej tak znowu inny nie był. Tylko może my tak w to wierzyliśmy.

       

      Bulwersująca dla wielu decyzja o nagłym zamknięciu granic USA dla przedstawicieli kilku krajów, w tym pracujących w USA czy mających zieloną kartę, a zwłaszcza wybór tych krajów, to oczywiście pokaz doskonałej hipokryzji typowej dla człowieka, który tuż po wyborze na urząd powiedział: "spoko, to wszystko legalne, prezydent nie może mieć konfliktu interesów". Tak więc zapowiadany - i chyba pożądany przez wyborców Trumpa - "zakaz muzułmanów, bo to terroryści" dotknął biedne Sudan, Syrię, Libię czy Somalię, ale oczywiście nie kraje, w których znajdują się bogate biznesy, z którymi handluje Trump, jak Arabia Saudyjska, Turcja, Azerbejżdżan, Emiraty itp. Co już słynne w amerykańskim internecie, zakaz "antyterrorystyczny" nie dotknął żadnego z krajów, z którego pochodził którykolwiek z zamachowców World Trade Center. Ale jeśli ktoś wierzy - to uzna to za super walkę z terroryzmem, koniec politycznej poprawności twardą rękę Ameryka fuck yeah zamiast zwyczajnego robienia biznesów z partnerami handlowymi.

      Hejterzy "imigrantów" (w cudzysłowie, bo któż w USA nim sam nie jest) się cieszą, jak zwykle w takich sytuacjach nasilają się ataki na każdego, kto wygląda w jakiś sposób "arabsko", nawet w spokojnej zazwyczaj Kanadzie zabito wiele osób w ataku na meczet w Quebec City. Nie-hejterzy załamują ręce: jak to tak, Trumpie, kompletnie zrobić coś, co w USA nie przystoi, przetrzymywać ludzi, nie wpuszczać ich do USA? Radość, smutek, złość - ale jedno przekonanie wszystkich łączy, że oto Trump robi coś wyjątkowego.

      Jednak to oburzenie pozwala sobie przypomnieć sobie, że USA od lat rozpieprza Bliski Wschód do spółki z Arabią Saudyjską, Egiptem czy Emiratami. Wybór wspomnianych krajów jako największe potencjalne zagrożenie został dokonany za Obamy, kiedy też zdarzyło się - w 2011 roku - zamknięcie przez pół roku granic dla uchodźców z Iraku, także w przypadkach, które teraz latają po internecie, czyli: armia amerykańska korzysta z pomocy tubylca w wojnie i oferuje w zamian azyl, ale gdy ten musi się zmyć z kraju, zostaje na lodzie (jak w serialu The Americans!). Niektórzy oburzają się, że Trump ogranicza ludziom wolność... no tak, USA od bardzo dawna ogranicza ludziom wolność, wstępu właściwie nigdy nie miał każdy, kto by chciał mieć szansę podążać za szczęściem. Pierwszy przepis dotyczący obywatelstwa, z roku 1790, określał warunki, ograniczając grupę potencjalnych Amerykanów m.in. tylko do wolnych, białych ludzi o "dobrym moralnie charakterze" (dziś nadal istniejącym przepisie, określającym "zły charakter" jak m.in. uprawianie poligamii, prostytucji, zbyt intensywnego hazardu czy alkoholu). O tym, że wjazdu "na spełnianie marzeń" bynajmniej Ameryka nie gwarantuje nigdy, wiedzą doskonale chociażby Polacy, którzy zanim im otwarto Unię ciągle tylko pytali: kiedy wizy zniesiecie?, jakby nie dopuszczając do siebie wiadomości, że wizy do pracy właściwie nie są zniesione dla nikogo poza Kanadą, a turystyczne - dla wąskiego grona państw spełniającego restrykcyjne dość kryteria, czyli Europy Zachodniej, Australii i Nowej Zelandii, Japonii, Korei oraz Chile. Owszem - nadal można oczywiście do USA wyjechać, jeśli się spełni określone kryteria. Ale to samo podobno ma dotyczyć i mieszkańców wspomnianej Syrii czy Iranu po przygotowaniu bardziej restrykcyjnych metod kontroli.

      Nie jest to wszystko niezrozumiałe - USA kieruje się m.in. swoim interesem, a wspomniane kraje zapewniają coś w stylu stabilności władzy w bogatym w ropę regionie. To nie jest nawet koniecznie "złe", tak jak stworzenie Al-Kaidy dla walki z komunizmem niekoniecznie było "złe" w świecie, gdzie nie ma łatwych decyzji. Zapewne opowiedzenie się po stronie Arabii Saudyjskiej, a przeciwko Iranowi, było nieuniknione. Może po prostu jest głupie nazywanie tego "antyterrorystycznym" zachowaniem, ale jak na ironię, Trump i tak działa rozsądniej, niż to lubią sobie wyobrażać jego zwolennicy, którzy w końcu chcieliby po prostu "zakazu muzułmanów", a nie jakieś chwilowe blokady dla kilku wskazanych krajów...

       

      Trump zapowiedział też przeniesienie ambasady izraelskiej do Jerozolimy, w ten sposób dokładając kolejny kamyczek do przygnębiającego Holocaustu w spowolnionym tempie, który spotyka Arabów na Ziemi Świętej od 1945 roku. Oczywiście, to też niemiłe, że tak pomału wspiera się wyparcie całego narodu z kraju, w którym mieszkał. To będzie dalej potęgować wściekłość co bardziej podatnych na tę emocję Arabów z całego świata, przekonanych, że świat zachodni się na nich uwziął - nie bez racji.

      Ale znów - to tylko przypomina, że USA robiło to zawsze, wspierając Izrael niczym własne terytorium od lat 40., i nikt - także, jak mówił sam Trump, "muzułmanin z Nigerii" Obama - nigdy nie śmiał nawet zasugerować, że mogłoby być inaczej. Rząd Obamy próbował czasami zasugerować temu przyjacielowi by, dla własnego dobra, rozważył podział Cis-Jordanu (najgłośniej na sam koniec kadencji, ustami Johna Kerry'ego), ale ta decyzja Trumpa tylko cementuje nieuniknione - naród najbogatszych Amerykanów wyprze Arabów z Palestyny siłą, w myśl izraelskich Trumpów, dla których ważniejsza od demokracji jest swoiście rozumiana "narodowa jedność" (gdy słowo "naród", jak wiemy, oznacza dziś głównie ludzi o naszych poglądach, a w tym przypadku również odpowiednio urodzonych).

       

       

      Podobne uczucie mam co do słynnego od dawna Muru Amerykańskiego. To chyba najbardziej znany pomysł Trumpa, z którego najwięcej osób na ulicy go skojarzy.

      Zawsze mnie to dziwiło, bo dowodzi, że hasło "będzie Mur" wystarcza za całe wydarzenie. Mało kto wydaje się pytać w ogóle: jak mur? Co on konkretnie zrobi? Czy muru przypadkiem już nie ma?

       

      Tymczasem różnorakie przeszkody na granicy USA-MEX oczywiście istnieją od dawna. Na 3200 km granicy, około 1100 km posiada jakiegoś typu bariery - czasem bardziej symboliczne jak kilkumetrowy płot ze stalową siatką albo same ograniczenia przejazdu, a czasem wymagające faktycznej kombinacji, by je przekroczyć. Ustawę o murze podpisano w roku 2006, a więc większość z tych barier powstała za prezydentury Obamy. Budowano je oczywiście tam, gdzie ludzie przekraczają granicę - dodatkowy mur zapewne skupi się na tych fragmentach, gdzie jej i tak nie przekraczano. Oczywiście, mur sam w sobie oznacza dla kogoś przybywającego z nędzy i śmierci do USA, że musi wziąć ze sobą drabinę, więc za wybudowaniem go, jeśli ma dać efekt, stoi jak możemy się domyślić więcej patroli, których i tak jest sporo - na granicy używa się obecnie tysięcy kamer, sensorów, setek pojazdów poruszających się po ziemi, powietrzu i wodzie. Sam, słynny Mur - nie wiadomo właściwie, ile ma zmienić, gdy ucieczka do USA dla nielegalnych imigrantów jest często warta ryzyka życia i szukania odpowiedniego miejsca w górach przez te 3200 km. Ale hej, będzie mur! Zdaniem Trumpa, "nie do przejścia, fizyczny, wysoki, mocny, piękny".

       

      Jeśli liczba nielegalnych imigrantów spadnie np. o ponad połowę, to wszyscy będą mogli przyklasnąć, że co by nie mówić, Trump jak się zabierze do czegoś, to jak dobry Adolf - skutecznie. To by było skuteczne, co nie? Tyle że za prezydentury Obamy liczba nielegalnych imigrantow już spadła o ponad połowę. Typowy przykład, że w polityce można mieć dowolną opinię o każdym polityku i o każdej sytuacji w kraju, jeśli tylko... się chce, tyle, to jedyny warunek (w Polsce dobry przykład to chociażby "ideologiczny, skuteczny" Kaczyński czy też "miękki wobec Zachodu, postępowy, ugodowy' Tusk - nic, co zrobili w życiu, nie zmieni tych opinii "za twarz"!).

       

      Ludzie przekonani, że imigranci z Meksyku to rosnący i zaniedbany problem, nie mają racji. Zwolennicy Trumpa nie mają racji, duh. Ale warto zastanowić się, czemu akurat teraz mają takie wrażenie -  a nie mieli go tak mocno wcześniej (tak jak Koran z roku na rok zawiera zmieniającą się zawartość wzywania do przemocy).

      Zaznaczmy, że gdy się spyta zwolenników Muru, to zazwyczaj mówią, że na przybywaniu nielegalnych imigrantów cierpi gospodarka, chociaż liczne badania zdają się sugerować, że chyba jest wręcz odwrotnie.

       

      Jak sądzę, jednym z odpowiedzialnych czynników jest branie zbyt często dosłownie skrotu myślowego o "miejscach pracy". Gdy mówimy ze smutkiem, że "nie ma pracy", to oczywiście nigdy nie mamy tak właściwie na myśli, że nie można nic robić: że nie ma pieniędzy. Wiadomo, że brak pracy samej w sobie, gdyby miały być pieniądze, nikogo by specjalnie nie zamartwiał. Z kolei gdy praca jest, ale niepłatna (ot, moglibyście mi codziennie sprzątać w domu, byłoby fajnie - nie zapłacę jednak, bo nie mam), to większy problem. "Miejsca pracy" tworzone są nie z łaski serca pracodawcy, ale wyłącznie dlatego, że on sprzedając efekt tej pracy zarobi jeszcze więcej. I tutaj pojawia się pewien problem, który dręczy cały świat Zachodni w mniejszym lub większym stopniu od lat co najmniej 80.

      Otóż miejsc pracy dla osób niewykształconych nie przybywa. Nowoczesna technologia jest opłacalna - i wprowadzana - gdy usuwa np. 5 pracowników fizycznych, i zastępuje ich jednym informatykiem, w ten sposób oszczędzając. Ten mechanizm jest niepokojący dla społeczeństw co najmniej od czasu, gdy brytyjscy luddyści niszczyli maszyny do szycia, które "odbierały im pracę". Oczywiście nie chodziło tutaj o przyjemność dosłownej pracy, tylko o fakt, że przed powstaniem maszyn, które są własnością bogatych, pracownik fizyczny był potrzebny - i mógł liczyć na pieniądze.

       

      Meksykanie w USA zaś "odbierają pracę" Amerykanom oczywiście w ten sposób, że chcą mniej pieniędzy. Jeśli wykształceni ludzie łatwo widzą tylko negatywne skutki decyzji o kompletnej blokadzie imigrantów - to po części dlatego, że ICH życie faktycznie tylko zyskuje na tym, że do USA przybywają nowi ludzie, którzy budują im domy i czyszczą kible za niską gażę. ONI nie odczuwają tego, że jest problem.

      Ogólnie problemu z pracą, i nawet płacą, nie ma - ani w Polsce, ani w USA. W obu krajach mamy niskie bezrobocie, za czasów Obamy spadek był wręcz rekordowy. Jednak trudniej było z zatrzymaniem niepowstrzymanego kołowrota historii, więc nowe miejsca pracy były... no, nowe: jeśli jesteś programistą, lekarzem, konsultantem itp... specjalistą, to życie jest fajne. Jeśli pracowałeś w fabryce, na poczcie, w supermarkecie czy na słuchawce: to twoje miejsce pracy jednak więcej zwalniało, niż zatrudniało. Jeśli masz już mieszkanie w dużym mieście: super, o pracę i wypłatę łatwiej niż kiedykolwiek. Jeśli mieszkasz w liczącym 30 tysięcy mieszkańców Zadupcu Podkarpackim albo Lower Hillbilltwon, Kansas - sorry, mrzyj.

      Cóż poradzi rząd na prawidła technologii. Dzieje się tak wszędzie na świecie, choć w USA zwłaszcza, wraz z globalizacją, która obnaża fakt, że USA jest "tanie" tylko w porównaniu do Europy Zachodniej, nie całego świata (tak, to też analogiczne do Polski). W złotym okresie USA, gdy ludzie obecnie krzyczący "znajdź sobie pracę i nie narzekaj" pracowali 8 godzin dziennie w pracy niewymagającej dyplomu i przed trzydziestką spłacali dom, ćwierć Amerykanów pracowała w produkcji. Obecnie, dzięki technologii, jest to 8%, a zaoszczędzone na pracownikach pieniądze powiększyły majątek właścicieli.

      Podobnie jak w Polsce, w USA demografia (np. starzejące się społeczeństwo) zakrywa pod jedną cyferką "bezrobocia" fakt, że wskaźnik udziału siły roboczej spada (w Polsce - nie wzrasta, mimo rekordowo niskiego bezrobocia).

       

      Jestem pewien, że liczba nielegalnych imigrantów za czasów Trumpa będzie spadać - tak samo jak spada od kilkunastu lat cały czas. A to dlatego, że po prostu nie będą mieli po co przyjeżdżać. Szczelny mur przy granicy tylko podczas budowy wpłynie na rozbudzony biznes w tym miejscu - już ukończony, zmniejszy go. To oznacza, że będzie tylko jeszcze mniej domów do budowania, trawników do strzyżenia, dużych łazienek do czyszczenia. Fakt, że te prace będą mogli wykonywać "rdzenni", ale niekoniecznie za większą kasę. Ogólnie zmniejszy się ilość pieniędzy w kraju - jedyna pociecha dla Trumpowców, że dzielona w większej mierze między białych.

       

      Podany przeze mnie link do artykułu MIT przedstawia to ładnie: otóż przez ostatnie dekady wzrosła ilość pracy dla "najlepszych" - ogólnie dla "górnej połowy", czyli tych, którzy potrafią wykorzystać zdolności i pozycję społeczną, albo mają wyspecjalizowany zawód inżynierski, informatyczny, lekarski itp. Trochę wzrosła ilość pracy na samym "dole". Natomiast zmalała w sektorze pomiędzy 10% a 50%, jeśli chodzi o kwalifikacje.

       

      Nie ma mniej pracy, ale jeśli jesteś biedny - jest mniej pracy. Dlatego właśnie nie powinno tak dziwić, czemu w przytaczanej tu niedawno ankiecie wyborcy Trumpa zignorowali obiektywne liczby i większości wypowiedzieli się, że bezrobocie za kadencji Obamy wzrosło.

      "Winni" muszą być Meksykanie, no bo przyznajmy - to dużo fajniej wiedzieć, że winny twojemu nieszczęściu jest Obcy, a nie to wszystko, co wyżej przytoczyłem.

       

      Nie sądzę, by Trump miał jakąś metodę to zmienić - jako się rzekło, wydaje się planować odsączać gospodarkę, a biednych zawsze łatwiej pozbawić kasy, niż bogatych. Więc zapewne proces będzie trwał. Ale czy to znaczy, że ludzie zmienią opinię? Ha, jak widzimy doskonale w wypowiedziach polskich zwolenników pewnych partii, rzeczywistość nie musi stać na drodze, by uznać, że dzieje się w kraju zupełnie dowolna rzecz. Więc być może jedyny wniosek będzie np. taki, że trzeba jeszcze bardziej coś poradzić na Meksykanów.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      ogqozo
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 30 stycznia 2017 00:00
  • poniedziałek, 23 stycznia 2017
    • Naród, czyli osoby z naszymi poglądami, przeciwko Trumpowi

      Donald Trump jest oficjalnie prezydentem USA i w sumie nadal za bardzo nie wiadomo, czemu ludzie chcieli, by rządził. Większość ludzi z USA, z którymi rozmawiam w sieci, podaje ciągle ten sam powód: "media go nie lubią". "Mądrale płaczą". (Pomijam tu zdania będące po prostu obiektywnie nieprawdą, ale czasem używane zamiennie, bo brzmią fajniej, w stylu "Trump jest tak bardzo przeciwko elitom, establishmentowi i jest symbolem człowieka, który doszedł na szczyt ciężką pracą") To jest podstawowa kompetencja do kierowania państwem w dzisiejszych czasach - żeby wykształceni ludzie cię nie lubili. Dość podobnie jest zresztą w Polsce, dlatego tym bardziej warto na to spojrzeć.

      Nie do końca się zgadzam z tekstami po każdym niewybrednym żarcie z Trumpa czy manipulacji przeciwko niemu, że "oto dlaczego ludzie go wybrali". To zwyczajny absurd udawać, że inni politycy nie są traktowani w podobny sposób przez dużą część społeczeństwa i nie wytaczano przeciw nim znacznie bardziej nieprawdziwych manipulacji. Wtedy miałoby to sens, tak - nie ma. To nie jest powód, ale pokazuje w ciekawy sposób, jak za pomocą uogólnień ludzie potrafią wynaleźć swoją rzeczywistość.

       

      Przykładem jest chociażby przyciągający miliony osób "Marsz Kobiet", który, oczywiście, był generalnie marszem ludzi dowolnej płci będących przeciwko Trumpowi. Skorzystanie z możliwości pokazania protestu przeciw władzy jest normalną rzeczą, ale dość zabawnie przegląda się strony i media przychylne temu marszowi, gdy nagle cały czas powtarza się opinie, że bycie wściekłym i "nasty" to wielka zaleta aktywnego obywatela. Internet wokół mnie masowo chwalił, że zaatakowano Richarda Spencera, jednego z liderów miłośników białej rasy. Danie mu w ryj i ogólne bycie niemiłym było odebrane wśród anty-trumpistów dokoła jako głównie dobre. W końcu jak ktoś jest nazistą, to się go bije, proste, nawet gwiazdy pisały czasem, że bardzo śmieszne jest oglądanie wideo bitego Spencera do jakiejś piosenki. Agresywne zachowania i retoryka to żaden wstyd, jeśli są "po naszej stronie". Wystarczy rzec, że całe USA zrodziło się z buntu, "nikt nie pokonał nazistów grzecznością", i tak dalej (z czym oczywiście nie mówię, że się nie zgadzam: niemal każdy człowiek uważa, że w określonych przypadkach przemoc jest dobra, tyle że różną mają listę owych casusów. Na pewno o propagandystach Trumpa czy polskich warto z góry wiedzieć, że nie ma szans ich w żaden sposób pokonać odwołując się do logiki - jeśli w ogóle to możliwe, to zapewne jedyną metodą, którą oni uznają, czyli zaiste siłą). To wszystko dominuje przekaz do spółki ze zdjęciami kapeluszy w kształcie sromu i kolejnych bystrych kalamburów ze słowami "szyjka macicy", "cipka" czy "jajowody". Dla komentatorów pro-Trumpowskich, oczywiście, nagle okazuje się, że nieposłuszeństwo przeciw władzy to, by użyć bliskiego tym wypowiedziom popularnego słowa w Polsce, "zbydlęcenie", jak tak można wygrażać, niemiłym być, wulgarnym, tacy to oni są niedobrzy! Nie trzeba chyba dodawać, że nie podoba im się nazywanie miłośników białej rasy "nazistami", no bo, panie, to takie kłamstwo manipulacyjne, to żadni naziści, tylko chcą sobie żyć w białym kraju, kłamliwe media zawsze tak mówią żeby uzasadnić wszystko przeciw nim. Standard. Zawsze jak się z czymś zgadzasz, to szanujmy się, bądźmy mili itp., a jak nie zgadzasz, to panie, trzeba walczyć ze złem, wyrażać sprzeciw.

       

      Logiki typu "jestem wrogiem kogoś złego - więc oczywiście jestem dobry!" używają non stop ludzie wszelkich poglądów, wielce z siebie zadowoleni. Ileż to już mieliśmy wojen, w których każda strona walczyła bohatersko o pokój, do śmierci pewnie samemu wierząc we wmówione sobie teksty, że stali po stronie dobra, a tamci zła. Tyle że tamci też tak myśleli, bo łatwo jest sobie myśleć przy takich kryteriach. Taka logika napędzała popularność Adolfa Hitlera, który w latach 30. zyskiwał w całej Europie poklask ówczesnych Kukizów i Trumpów, bo robił z komunistami to, co należy, powstrzymując sowieckie zagrożenie dla bogaczy całego świata (nacjonalizm nazistów był doskonałym powodem do sympatyzowania z nimi, jako że prawicowcy całego świata nie mieli przecież u siebie w mieście Niemców, by ich to obchodziło - ale mieli u siebie komunistów i nierzadko, zwłaszcza wśród osób najbogatszych i władców politycznych, ich chcieli wytępić). Gdyby Hitler nie przegrał wojny, kto wie, może by cały świat tak uważał i do dziś, chwaląc za walkę z komunizmem. Oczywiście dla sympatyków komunizmu wszelkie zniszczenia Armii Czerwonej blakną wobec faktu, że przecież walczyli z nazistami. Z nazistami i komunistami walczyła chociażby popularna ostatnio z racji filmu Wołyń UPA i Banderowcy. Z nazistami walczyli też jedni z pierwszych profesjonalnych terrorystów, jak niemiecki Rote Armee Fraktion. Gdy Reagan i Bush rozkręcali na masową skalę przemoc ekstremizmu islamskiego, to też nie robili nic złego, tylko walczyli z komunistami. Do dziś pomaga się największym oszołomom i opresyjnym ekstremistom zbierać broń i przejmować władzę w różnych krajach, bo są przeciwni czemuś tam złemu. Można by tak długo. W skrócie mówią - każdy walczy ze złem. Jeszcze nie słyszałem, żeby ktoś walczył z dobrem. To nie jest żaden argument na metody.

       

       

      Dyskusji zbyt fascynującej nie ma, gdy obie strony nazwajem sobie łaskawie tłumaczą, że to oni są "Amerykanami", "kobietami", a tamci są przeciw Ameryce czy kobietom. Na Marszu Kobiet - jak to zazwyczaj na takich eventach bywa - uważano powszechne prawo do aborcji i prawa kobiet za synonim, z klasycznym tekstem "czemu o moim losie ma decydować facet", kompletnie nie widząc w tej retoryce jakiegoś wykluczenia tych 46% kobiet w USA, które nie uważają się za "pro-choice" (przy czym oczywiście sprawa nie jest binarna i jest dużo różnych konkretnych przepisów, które mają rozłożone w gradualny sposób poparcie w USA). Oczywiście, tak, ja to wszystko rozumiem - te tamte kobiety, co się nie zgadzają, są też mizoginistyczne i w ogóle głupie i tak naprawdę są przeciw kobietom, tylko tego nie wiedzą. No, wytłumaczone! Cokolwiek o tym myślicie - fakt faktem, że "Marsz Kobiet" nazwą nadrabiał brak jakiegokolwiek pozoru odpowiedzi na problemy, które faktycznie rodzą konflikt.

       

      Różnica w stosunku do aborcji koreluje znacznie bardziej z poparciem partii (68% wśród Demokratów i 31% wśród Republikanów), niż wśród płci. Ba, powiem więcej - to jest większa korelacja, niż w przypadku popieranych partii i większości spraw ekonomicznych. I to samo w sobie mówi tak wiele o popularnej sytuacji politycznej w USA, wbrew obiegowemu nazywaniu Demokratów "lewicą". To tak jak z Razemem - prawo do aborcji jakoś ze 100x ludzi więcej obchodzi, niż podatki, które już tak popularne nie są, więc i na marsz ludzie wyjdą tłumnie głównie w tej pierwszej sprawie.

      Swoją drogą, co do do argumentu "ktoś inny decyduje o tym, co mogę robić, a co nie!". No tak, to się nazywa prawo i każde tak wygląda. Pomijając fakt, że może być złe czy dobre - to taka jest definicja prawa, że władza (w tym przypadku demokratycznie wybrana, przez znaczącą część obywateli) ci zakazuje rzeczy, bo uznała, że to złe (i, w tym przypadku, nie kryła się z tym podczas kampanii wyborczej zakończonej zebraniem m.in. 42% głosów kobiet, co nie jest większością - ale nie jest niczym, jak można by pomyśleć po tych tekstach). Ciekawe to od wielu już lat (ale efekt się nasila), że w tej sprawie tak duże masy osób nagle wzajemnie zmieniają podejście co do kwestii osobistej wolności jednostki wobec władzy. Republikanów obchodzi kontrola ciał, Demokratów - pieniędzy, i bardzo ważny jest "brak kontroli" w tej drugiej kwestii. Oczywiście, nie są to sfery symetryczne - ciała mieliśmy zawsze od milionów lat, zanim wymyślono politykę i państwa, za to pieniędzy jeszcze nikt nie wypocił ze swojego organizmu, ale zawsze je de facto dostał od państwa, na ustalonych zasadach. Ale fakt pozostaje faktem - tak, ludzie często chcą, żeby władza czegoś zakazywała.

      Wyobraźmy sobie, że ktoś w tym kocidołku ma jeszcze coś jakby empatię. Jak sądzicie, co właściwie czuje wyborca Trumpa, gdy jego poglądy są zanegowane na zasadzie "my wspieramy kobiety a wy jesteście kobietami antykobiecymi, a w ogóle to nie mów mi co mam robić"? No cóż, pewnie byście pomyślały "ty, faktycznie, udowodnione". Zaorane! Zmasakrowane! Bo jedna strona powiedziała, że to złe, a druga, że nie, niespecjalnie. Logika naszych czasów.

       

       

      Karierę zrobił też obrazek z inauguracji prezydenta Trumpa. Mniej ludzi niż za Obamy, dużo mniej! Kraj go nie akceptuje, oto dowód! Czasem obrazek z podpisem: tak wygląda mandat społeczeństwa. I znów doskonale widzimy arogancję typu "naród to ludzie, którzy się ze mną zgadzają". W końcu inauguracja prezydenta miała miejsce w stolicy, w Waszyngtonie, gdzie poparcie dla "konserwatystów" od dawna jest wyjątkowo małe. Powody są dość oczywiste: DC to duże miasto, w większości czarne, pełne osób wykształconych, i to raczej humanistycznie.

      (Trump oczywiście podszedł do sprawy po swojemu: jego sekretarz prasowy powiedział, że tak naprawdę inaugurację Trumpa oglądało najwięcej osób w historii, "kropka", i że media "poniosą konsekwencje łaszywych informacji". Boże, co to są za ludzie. Ale jak ktoś chce w to wierzyć - będzie wierzyć, i nadal będzie człowiekiem. Wśród krytyków, wyrażenie "alternatywne fakty", które miał mieć sekretarz prasowy, stało się już pierwszym symbolicznym hasełkiem tej kadencji).

      Jeśli uważacie, że tylko tłum w DC i innych największych miastach to "Ameryka"... cóż, chyba naprawdę nie muszę wam tłumaczyć, że to tylko nakręca mechanizm, który sprawia, że ludzie z mniejszych miejscowości i bez jakże drogiego w USA wykształcenia - pamiętajmy, już z samej tej racji mający w życiu coraz gorzej, niż "nasi ludzie" - z taką radością głosują na Trumpa i widzą "ból dupy lewaka" z ogromną satysfakcją, bez względu na to, ile ustaw niszczących kraj w zamian za usługi kolesiów miały nowy prezydent wprowadzić.

       

      Tak więc, manipulacja tego typu, którą stosują ludzie różnych poglądów w różnych krajach. Używamy takiego słownictwa, by prezentować się jako wyłączni reprezentanci grupy tak naprawdę bez wątpienia, obiektywnie, 100% pewne, znacznie szerszej. W Polsce nie brak osób, które np. uważają, że Polakami są tak konkretnie osoby, które mają ten sam co oni światopogląd. To bardzo przyjemne wewnątrz grupy - uczucie wspólnoty oraz wpływu na świat działa wręcz jak narkotyk, te same teksty słyszeliśmy przecież wszyscy po Czarnym Marszu, gdy Razemy jak nigdy czuli, że mogą wszystko i że to początek czegoś wielkiego - ale na zewnątrz jest bardzo nieprzyjemne. Tak, spróbujmy znów założyć możliwość empatii. Mnie np. nieco wkurwia, gdy ktoś mi mówi, że nie jestem Polakiem, bo nie uważam podatków za kradzież. Jakby ktoś mi powiedział, że moje poglądy - popierane przez 55% mężczyzn, a przez 45% nie - są z natury antymęskie i nie ma co tu dyskutować, to też raczej nie wyobrażam sobie, żeby mnie przekonał. "Ale nie rozumiesz. To są błędne i szkodliwe poglądy". Aha. "Ale z naziolami się nie empatyzuje tylko bije". Nie no fakt, mocny argument.

      (Nota bene aktualna na dziś histera polskiego internetu - że obozy były niemieckie!!! - też oparta jest na czarowaniu uogólnieniami. Zdaniem większości czołowych propagandystów prawicowych, zbrodnią jest zarówno powiedzenie, że obozy były nazistowskie (jak to nazistowskie, że niby to nie byli Niemcy to kochanku Niemiec antypolaku???), jak i powiedzenie, że np. obozy typu Zgoda były polskie (jak to polskie, to nie Polacy sami wszyscy robili tyko komuniści!). Nikt przy tym nie kłóci się o żadne fakty dotyczące najszerzej omawianego okresu historii świata, ale tylko o to, które z nietrafnych uogólnień jest dobre i nakazane, a które fe. To w sumie temat na osobną notkę, ale czysta głupota tej gadki odbiera mi na razie siły, żeby napisać o tym coś serio).

       

      Manipulacja jednak nie oznacza koniecznie, że nic nie ma na rzeczy. Trump ma naprawdę małe poparcie! Jeszcze mniejsze, niż podczas wyborów - zaledwie 40% badanych. Do tej pory prezydenci USA mieli poparcie zdrowej większości narodu, przynajmniej gdy zaczynali. Fakt największych może od czasów wojny w Wietnamie protestów społecznych mówi sam za siebie. Z jakiegoś powodu ludzie przestali chcieć głosować na najbardziej "akceptowalnego" kandydata w wyborach politycznych, a bardziej im zależy na tym, by był jak najbardziej nieakceptowalny przez ludzi, których nie lubią.

      Na przykład ludzi, którzy czują się lepsi - ze swoim miejskim stylem życia, liberalizmem seksualnym, wykształceniem, posiadaniem porządnej pracy i doznawaniu wielu fajnych i klasowych rzeczy w życiu.

       

      Ja oczywiście uważam oczywiście, że warto działać. Osobiście jestem fanem pokojowej metody, choć naukowo trudno to nazwać czymś innym niż opinią. Nie lubię specjalnie bycia chamskim Trumpa i innych wobec Trumpa takoż. Ale obojętnie, co bym wolał - przede wszystkim widzę, że w sumie tylko seks i Kościół potrafią zachęcić masy, by faktycznie się zainteresowały więcej niż czubkiem własnego nosa.

      Na szczęście Trump pewnie będzie miał okazję niejedno zrobić właśnie w tych sferach. Ale czy więcej osób to zachęci, czy zniechęci, z wyżej wymienionych powodów - wcale nie przesądzam.

       

       

       

      Image przeciętnego Amerykanina jako idealnego wyborcy obecnych Demokratów (przede wszystkim seks i laickość, a z kasą, no dobrze by było coś tam dbać o ludzi, ale bez szału) i vice versa kreuje też Hollywood. Rok temu na ceremonii rozdania Oscarów tematem całego wieczoru był brak nominacji dla czarnych aktorów. Jeśli się zastanawiacie, czy kiedyś np. bieda rożnych ludzi, czasem białych, będzie kiedykolwiek tematem roku w Hollywood - nie, to tak nie działa. W tym roku, oczywiście, spodziewać się możemy serii docinek i możliwej krytyki Trumpa. Bywa już i na innych nagrodach.

      Oscara dostanie zapewne film La La Land, który robi dokładnie to, czego tępe biedaki, jak ja czy stereotypowy wyborca Trumpa, tak nie znoszą jako dumy: kreuje najszczęśliwych ludzi na Ziemi na everymanów. To widać tylko z perspektywy niedowartościowanej zawiści, ale z niej to widać. Niejeden aktor czy człowiek dostający pieniądze za pisanie o filmach popłacze na La La Landzie, że to piękny przykład ludzi, którzy nie mieli nic poza marzeniami. Ale oni wcale nie mają nic. Ryan Gosling w tym filmie - choć czasem widzimy, że gra za kilka dolarów - jakoś zawsze jeździ wspaniałym autem, ma pianino, nosi na sobie dobre wełniane garnitury, no i, cóż - ma mieszkanie w Los Angeles. Widz La La Land, jak film ewidentnie pokazuje, powinien czuć smutek, że to mieszkanie słabe, nieładne - ale to nadal mieszkanie w Los Angeles. Ale może nawet większym przywilejem niż mieszkanie w LA jest kompetencja - Gosling umie świetnie grać na instrumencie, który nie jest tani. To nie jest dane każdemu dziecku, i nie chodzi tu nawet o kasę, ale pokierowanie w życiu tak, by w odpowiednio młodym wieku mieć czas, siły i mentalne zapoznanie z tą tematyką, które nie bierze się z ulicy, nie z każdej. To wszystko w sumie daje coś, o czym faktyczny biedak może często pomarzyć. Znowu kwestia empatii. Gdyby była szczątkowa, to nie byłoby sensu w ogóle opowiadać, że ktoś walczący o tysiaka czy dwa miesięcznie, bez ubezpieczenia, niemogący absolutnie nic odłożyć, naprawdę może nie odebrać tak jak założone tekstów typu "och, mam auto za 50 tysiaków, moje życia to taka porażka, nie umiem nawet zostać znaną w całym kraju gwiazdą ekranu".

      Gosling nie ma w sobie nic z faktycznego biedaka, który oczywiście nie byłby materiałem na głównego bohatera musicalu, ale może na jakiegoś pomniejszego psychopatycznego mordercę w "Fargo" czy "Hannibalu". Ludzie, którzy w życiu doznają dużo biedy, cierpienia - niestety nie mają zazwyczaj najbardziej rozkosznych charakterów.

      Bohaterom La La Land zwykłe przyzwoite życie nie wystarcza. Sęk w tym, że niektórym akurat wystarcza. I dramaty tych ludzi, którzy mają 3x lepsze życie od nich, ale przeżywają męki duchowe, bo czują, że zasługują na życie 1000x lepsze - są odbierane przez nich jak wywyższanie się. Meryl Streep mówiąca, że aktorzy Hollywoodu "należą do najbardziej tępionych grup w społeczeństwie", i że "jeśli nas wyrzucicie, będziecie mieli do oglądania tylko sport i MMA, a to nie jest sztuka!" też tak działa. Nie każdy czuje potrzebę wspaniałej hollywoodzkiej sztuki w swoim życiu. I tutaj paradoksalnie objawia się pewien kulturowo egalitarny charakter dzisiejszych "konserwatystów".

      Trump oczywiście niczego raczej nie wyrówna, ale zapewne żaden inny prezydent by tego nie zrobił, za to ten przynajmniej sprawia, że "wywyższający się" są smutni. To nie jest taka równość, o którą walczyć miał lud francuski czy różnoracy socjaliści, ale chyba najlepsza równość, na jaką tępy biedak może liczyć.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Naród, czyli osoby z naszymi poglądami, przeciwko Trumpowi”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      ogqozo
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 23 stycznia 2017 00:28
  • wtorek, 17 stycznia 2017
    • Lista znajomych z PiS nie jest wydarzeniem

      Słowo pełni wiele funkcji. Wśród nich taką, że stwarza rzeczywistość. Kto wie, może nawet była to podstawowa funkcja słowa w dzisiejszym rozumieniu - wystarczy spojrzeć na dużą część spośród najstarszych zachowanych pism. Czasami ktoś jest jakiś - bo się mówi, że jest jakiś. I tyle, naprawdę nie ma dalszego powodu. Czasami można go nawet z tego powodu zabić i wszyscy się cieszą, jeśli był np. wiedźmą, komunistą albo wrogiem partii. Tak jak niegdyś pisałem, w kontekście europejskim dość absurdalna jest na przykład opinia w Polsce o Donaldzie Tusku, w Europie źle ocenianego głównie za wszystkie te cechy, które faktycznie objawia - które w Polsce uważane są za pozytywne... ale Tuska się nie lubi, bo uważa się, że stanowi ich przeciwieństwo. Czemu? Bo tak się uważa.

      O dziwo, i to najważniejsze tutaj - nie tylko jego krytycy, ale, jak zauważyłem, zazwyczaj nawet wyborcy PO zgadzają z takimi opiniami. "No wiadomo, że PO to skrajny nepotyzm, miliard uchodźców, podlizywanie się Niemcom i Rosji, ale i tak ich wolę, bo...". Nigdy wręcz nie słyszę: "nie, czekaj, czemu ludzie tak mówią".

      Kaczyński też ma swoją reputację. Ledwie wczoraj czytałem w "Do rzeczy", że kolejną kompromitacją opozycji ma być fakt, iż Merkel rozmawia z Kaczyńskim i go traktuje dobrze. Przez tyle lat dobre traktowanie przez Merkel było w tym piśmie dowodem na antypolskość, koniotrojańskość, Volskdeutschyzm itd. Zazwyczaj na zasadzie logiki: przecież Niemcy dbają o swój interes, czyli o stratę Polski [to wynikanie to ciekawy element prawicowej logiki, ale na inną notkę], czyli jak kogoś lubią, to widać najlepiej, że zamiast z nimi walczyć o polskie dobro, to je oddaje Niemcom. No, ale to była tylko prawda o Tusku. Teraz rozmowy z Merkel świadczą o doskonałej niepokorności, że nawet Merkel kolesia szanuje, mimo że taki niepokorny wobec Merkel. A czemu niepokorny wobec Merkel? Bo tak się uważa.

      To samo zauważyłem, jeśli chodzi o "uczciwość". Kaczyński z jakiegoś powodu jest uważany za kolesia, który - hejterzy powiedzą - jest nawiedzonym dyktatorem, ale nawet oni zdają się być oporni na możliwość dopuszczenia, żeby był zwykłym pragmatycznym, materialistycznym, dbającym o strefę wpływów politykiem. Czemu? Może dlatego, że dla nich to nie jest cecha negatywna? W każdym razie, PiS zawsze krytykowany jest bardziej jako ogólnie źli i brzydcy ludzie, niż np. "złodzieje", czyli łatka, którą naklejoną na czoła PO i PSL widziałem tysiące razy.
      (Nie, żeby same partie się nie starały. PO i Nowoczesna mają swoje własne strony o nazwach "Pisiewicze" i "Misiewicze", ale w społeczeństwie to po prostu nie znalazło żadnej trakcji. Tak samo jak Razem codziennie czymś się zajmuje i o czymś informuje, ale społeczeństwo obeszła jak na razie tylko aborcja, oraz może - ale tylko w sensie negatywnym - najbardziej kojarzony z partią podatek 75%).

       

      W każdym razie, jestem dość zadziwiony, że nikt wczoraj nie rozmawiał o raporcie "stanowisk za znajomości" stworzonym przez Puls Biznesu. Pismo podało 1000 nazwisk, które już w ciągu roku od objęcia władzy dostało posadkę po znajomości. Nie jest to przecież jakaś kompletna nowość, począwszy od składu rady ministrów pełnej ludzi nominowanych za bycie wiernym prezesowi, na czele chyba z teką ministra środowiska dla kolesia, który chciał demolować środowisko, by droga nie przebiegała zbyt blisko jego posesji, zaniżając mu wartość domu. Ta informacja nie jest więc jakimś burzącym stereotypy rewolucyjnym unikatem - ale mogłaby takim być, gdyby raczyli się nią zainteresować ci na co dzień tak niby zatroskani tym, co "państwo robi z moimi pieniędzmi", "ośmiorniczkami" i tak dalej.Powiem nawet, że sporo osób hejtujących PiS to podało. Tomasz Lis itp. puścił tweeta. Ale bez ekscytacji. Jak zawsze z takimi tematami. Cały dzień dyskutowali i tak o tym, jakie to niesamowite, że TVP zmazała znaczek WOŚP.

       

      Swoją drogą, Boże. To naprawdę jest temat tygodnia w tym kraju. Najważniejsza rzecz. Każdy, kto ma pół serca, by heroicznie rzucić 5 zł raz na rok, wzywał do zwolnienia odpowiedzialnej za tę abominację osoby w TVP (strony "konserwatywne" czasem nawet pisały nawet osobne posty: widzicie, jacy jesteśmy obiektywni i bezwzględni? Nawet piszemy negatywnie o TVP!!! Tak, właśnie na tym polega racjonalne ocenianie informacji - jeśli czasem lubisz, a czasem nie lubisz jakiejś jednej organizacji na świecie, to wszystko co piszesz jest prawdą). WOŚP wypełnił całe strony Onetu czy Gazety.pl. Z kolei krytycy albo skupiali się na tym, że Owsiak niedobry cywilizacja śmierci aborcja nie kocha Jezusa, a z lubością - w retweetowanej niemal przez każdego "konserwatystę" grafice - przypominali, że TVN i PO robili to samo, bo usunęli krzyż i kotwicę ("skandalicznie", jak komentuje "walcząca z propagandą" popularna strona).

      Boże, kiedy zabrnęliśmy na ten etap? Czemu zawsze dzielenie oczywistych spraw na czworo zajmuje czołówki zamiast jakiegokolwiek konkretu? Wszystkie te sprawy wydają się zasługiwać na 0 sekund uwagi.

      Gdy widzimy, że TVN wrzuciło zdjęcie demonstracji queer z wyciętą kotwicą - nikt, kto nie wyrzuci rozsądku przez okno, nie znajdzie tu milimetra materiału na kłótnię. Redaktor powiedział "znajdź mi jakieś mega gejowskie zdjęcie, żeby nawet na małym TV było widać, że gejowo". Znaleźli to zdjęcie. Redaktor na to: "hmm, ale tu jest znak Polski Walczącej, lepiej nie pokazujmy tak, bo ktoś powie, że szkalujemy powstanie, polskość itp., wiesz jacy ludzie są... to ma być materiał tylko o tym, że gejowo". "Ok, to skasuję kotwicę i będzie zdjęcie że stoją gejowo". SZKALUJĄ POWSTAŃCÓW NIENAWIDZĄ WSZYSTKIEGO CO POLSKIE KIBICOWALI HITLEROWI PODCZAS WOJNY

      Usunięty z Giewontu krzyż pochodzi z klipu, gdzie chłopak wyobraża sobie, że góra to śpiący olbrzym. Bardzo wiele faktycznych polskich miejsc zmieniono w klipie tak, by pasowały do fabuły. W tym przypadku olbrzym nie miał na twarzy wystającego poziomo krzyża. Chociaż potem w tym samym klipie, w konwencji już faktycznej, Giewont widać i z krzyżem. Niesamowite wydarzenie. Jaka to świetna robota, że ktoś wypunktował tę skrajną manipulację i to, jak bardzo rządzący nienawidzą Kościoła, tradycji i wszystkiego, co polskie. Wydarzenie dnia.

      W TVP ktoś miał materiał, gdzie koleś świeci serduszkiem WOŚP. Ktoś mówi: "hm, ale mieliśmy nie promować WOŚP, to jak tak puszczać materiał gdzie cały czas superwyraźnie widać czerwone serduszko? Wyjdzie, że zamiast pokazywać wypowiedź na temat promujemy cichaczem WOŚP, jeszcze cię wywalą". "Ok, to usuniemy, przecież nie o to chodzi w materiale". Powalająca historia, nigdy wcześniej w historii się nie zdarzyła w żadnej firmie.

      Ok, ta historia może nieco się różni od powyższych, bo wynika z faktycznej niechęci władz TVP do WOŚP. Wiadomo, że ktoś na górze musi być krytyczny wobec tej organizacji, może z powodów "konserwatywnej" ideologii itp. I mówi szefowi: proszę, nie promujcie tego zła niedobrego. Przynajmniej tyle, że odnosimy się do jakiegoś faktycznego zjawiska. Ale serio, powiedzcie to na głos... telewizja nie promowała wydarzenia. To jest wydarzenie tygodnia? To jest, mam wrażenie, najbardziej niepopularna decyzja w historii tych władz?

      Naprawdę, serio, jesteście dorosłymi ludźmi i uważacie, że państwo mające setki miliardów budżetu może być dowolną kloaką, ale jak telewizja tępi WOŚP, to akurat wtedy kurde przegięli?

       

       

      "Puls Biznesu" przez kilka miesięcy sprawdzał składy rad i spółek. Znalazł tysiąc osób z partii, które już teraz mają posadkę w radach, kasach, zarządach, agencjach, firmach, strefach ekonomicznych, i tak dalej.

      Energa, Agencja Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa, Stadion Narodowy, Azoty, Dolnośląski Urząd Wojewódzki (i oczywiście każdy inny), Orlen, KGHM, PZU, i tak dalej, i tak dalej.

      Prezesi, członkowie zarządu, prokurenci, członkowie rady, rzecznicy, kuratorzy, i tak dalej.

      Radni miejscy i regionalni PiS, ich prawnicy, czasem sojusznicy z rad, czasem po prostu przyjaciele Kaczyńskiego, Szydło i innych wystarczająco ważnych osób.

      1000 osób, czyli więcej, niż naliczono jakże kolesiowskim rządom PO i PSL po pięciu latach rządów.

      Naszą wspólną własnością zarządzają za niezłe pieniądze ludzie wybrani na to miejsce pracy za to, że są znajomymi.

      I nic, zero reakcji ludzi.

      Najważniejsze, czy usunięto serduszko w TV, której nikt komu nie każe oglądać, czy może później sobie facet przykleił.

       

      To doskonały, demokratyczny wskaźnik dla rządu na przyszłe lata: może nie tępcie tak bardzo WOŚP, lepiej by było wspierać, a znajomych nawalajcie do spółek ile wlezie. Tak się powinno rządzić.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      ogqozo
      Czas publikacji:
      wtorek, 17 stycznia 2017 19:42
  • poniedziałek, 16 stycznia 2017
    • Anarchia w Los Angeles

      Jednym z podstawowych wyzwań merytorycznych w Polsce jest oczywiście kwestia: jak żyć z faktem, że dobrze się żyje we wszystkich krajach "lewackich", a źle w "słusznych", i mimo wszystko nawoływać w przekonujący sposób do zmiany przepisów i sposobu życia w kierunku tych drugich. W skrócie mówiąc - jak uzasadniamy, że trzeba iść na wschód, by dojść na Zachód.

      Odpowiedzią oczywiście są kłamstwa i manipulacje.

      (Naturalnie, w myśl poprzedniej notki: wierzę, że ci ludzie tak o tym nie myślą. Oni po prostu nie interesują się na tyle, by dywagować, czy mówią rzecz bardzo spójną).

       

      Metod jest wiele. Doskonałą jest na przykład cherry picking sugerujący, że kraje zachodnie tak naprawdę robią to, co chcemy. Tak więc nigdy w życiu nie widziałem absolutnie żadnej treści w popularnym polskim internecie, w której by przytaczano fakt, że w krajach zachodnich wyższy jest podatek dochodowy, zwłaszcza dla najbogatszych. Z kolei często przytacza się kwestię np. kwoty wolnej od podatku, by każdy mógł sobie powtórzyć, że "w rozwiniętych krajach się mniej płaci podatku, w Polsce tak dużo". I tak dalej ze wszystkim.

      Jako się rzekło, dla neoliberałów ideałem politycznym jest rozkład instytucji - im mniej, tym lepiej. Potrzebne jest więc obejście faktu, że państwa zapewniające dobry poziom życia, łatwość prowadzenia dochodowego biznesu czy też zachowanie zdrowia i życia wyrosły z robienia dokładnie odwrotnie (w porównaniu do Polski). Dlatego też popularne są wszelkie "ciekawostki" mające świadczyć o tym, że na Zachodzie rządów praktycznie nie ma, każdy robi co chce bez żadnej organizacji ani pomocy rządowej. Jednym z popularnych memów tego typu jest ten, że "w Los Angeles jest 15 radnych, a w Warszawie 500". Ma to oczywiście tłoczyć kapitalną wizję śiata, że miastem na wiele milionów ludzi da się doskonale rządzić w kilkanaście osób, rynek i ludzie robią całą resztę, wiadomo, na pewno wszystko jest w LA prywatne - z kolei w Warszawie, zawsze ma iść domysł, radnych jest 500, żeby wszyscy z nich mogli nic nie robić i pobierać milionowe premie za nasze podatki.

      Ponieważ Kukiz to generalnie partia memopolityki i niczego poza tym, to właściwie nie zdziwiłem się, że serio użyli tego jako argumentu w interpelacji do ministra, a po otrzymaniu odpowiedzi - napisali do mediów, które oczywiście nazwały to "kolejnym głosem rozsądku z Kukiz '15".

       

      Głupota tej logiki wydaje się oczywista. Ani 15 radnych, ani 500 radnych to nie są wszyscy ludzie, którzy z naszych podatków coś robią dla miasta. Budżet Warszawy to miliardy złotych (płace radnych, na które tak płacze Kukiz, to zawrotne jak na stołeczne warunki 2500 zł miesięcznie). Budżet LA to miliardy dolarów. Nie przeznaczają tego na pensje kilkunastu osób. Jest to cała wielka organizacja, która... okej, nie będę uznawał czytelników tego bloga za geniuszy typu Warzechy czy Kukiza, którzy idąc ulicami miasta nie zdają sobie sprawy, ile osób na to pracuje. Publicznie. Bo samo się nie robi, niestety, od tego że każdy idzie do pracy, wraca do domu i może czasem przystrzyże trawnik przed domem.

      (Przekonanie Kukizowców, oczywiście wynikające z popularności tego poglądu w obecnym młodym polskim społeczeństwie, że z połączenia indywidualnych egoizmów magicznie powstaje wspólnota i organizacji, jest jednym z fenomenów tego kraju. Oczywiście, nie tylko tego kraju).

      Słynnych "15 radnych" czy "20 radnych", o których słyszałem setki razy w różnego typu wypowiedziach, to więc oczywiście kompletnie abstrakcyjna liczba - ci radni nadal zatrudniają inne osoby, których są setki czy tysiące, część na etacie miasta, a wielu innych wykonujących dla niego odpowiednią pracę w ramach swojej osoby prawnej. Na terenie miasta oddziałują też kwestie państwowe, stanowe/wojewódzkie, hrabsta/gminy itp., które mogą być rozwiązane na sto różnych sposobów, z różnie nazwanymi stanowiskami po drodze. Porównywanie liczby "ilu jest radnych Warszawy" i "ilu jest radnych Los Angeles" bez jakiegokolwiek kontekstu i uważanie tego za wyznacznik ogólnego poziomu wydajności publicznej, korupcji itp., jest w sposób oczywisty skrajnie głupie.

       

      Oraz, cóż, uznawane za "głos rozsądku" przez wielu popularnych ludzi opinii w Polsce. Na takich zdaniach właśnie opierają swą wizję świata.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      ogqozo
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 16 stycznia 2017 22:38
  • niedziela, 15 stycznia 2017
    • Moja postprawda jest najmojsza

      (Tak jak wszyscy... Nadal uwielbiam ten film).

       

      Kariera niewiarygodnych informacji na temat rosyjskich "haków" na Donalda Trumpa wywołuje we mnie niesmak, bo świadczy o znacznie szerszym trendzie. Widzicie - to nie jest kwestia sympatii osobistej. Uważam, że Trump jest trochę jak król z bajki "Nowe szaty króla", tylko że zamiast ubrań wstawcie mózg. Facet dostał za darmo masę pieniędzy, więc oczywiście przez całę życie nigdy nie miał problemu ze znalezieniem masy osób, które będą przytakiwać bez względu na to, co powie. To zbudowało jego charakter. Ten... dystans do prawdy wpływa na jego szalone zachowanie, a wybrani przez niego ministrowie to galeria antyracjonalnych, antynaukowych, nepotycznych postaci.

      Ale... to nie znaczy, że widzę jakikolwiek sens podawania nieprawdziwych czy wątpliwych informacji tylko dlatego, że są negatywne wobec Trumpa. W ogóle nie widzę w tym przyjemności, tylko smutek. Może coś jest ze mną nie tak, ale prawda interesuje mnie trochę bardziej niż to, czy wypowiemy się bardziej czy mniej negatywnie o jakiejś osobie.

       

      I tutaj sęk tej notki. Otóż wiecie, kto jeszcze jest tak niesamowicie wyjątkowy, że kieruje się w swojej wizji świata prawdą, a nie sympatiami? Otóż każdy.

       

      Serio. Znacie kogoś, kto mówi: ja kłamię? Oto piszę kłamstwo, pozdrawiam, Jan Kowalski. Nie. Zawsze kłamią inni. Zdania typu "mi chodzi tylko o prawdę" są w regularnym repertuarze przytaczanych tu często największych prawicowych propagandystów internetu, jak Rafał Ziemkiewicz, Krzysztof Stanowski, strony web 2.0 jak Wykop itp., fanpage'e na Facebooku (często rzucające niesamowite bzdury, ale zawsze pod szyldem "walki z manipulacją", z nazwami jak ironiczna "Żelazna logika" czy "Nagroda Złotego Goebbelsa", gdzie oczywiście zawsze osoby krytyczne wobec "konserwatywnej" wizji świata są Goebbelsami, cokolwiek nie powiedzą). Ich zdaniem, kłamie zawsze Wyborcza. Z kolei zdaniem pisarzy Wyborczej, kłamie Ziemkiewicz. Oni zawsze się troszczą o prawdę.

       

      Postprawda była słowem roku 2016, nawet dosłownie. Na Facebooku ilość kliknięć na nieprawdziwe informacje przekroczyła kliki na te prawdziwe, i trend narasta. Komentatorzy z całego świata uznali: hm, wiecie, czemu ludzie się ze mną nie zgadzają? Bo nie obchodzi ich prawda! Kłamstwo się sprzedaje! I nie są jakoś do końca w błędzie. To w końcu prawda, że w ankietach 40% wyborców Trumpa uznało, że podczas prezydentury Obamy giełda spadła, 67% - że wzrosło bezrobocie, 40% - że Trump dostał więcej głosów. Wydawaloby się, że to sprawy obiektywne... Wyborcy Trumpa uważają, zgodnie z wieloletnią kampanią samego miliardera, że Barack Obama nie urodził się w USA i jest muzułmaninem, chociaż do dziś nie ma skrawka konkretnego argumentu na to, czemu miałoby tak być - poza tym, że jest to złe, a Obama jest zły. Sprawdzanie danych prowadzi do wniosku, że Trump mówi nieprawdę setki razy miesięcznie, średnio co kilka minut dowolnej publicznej wypowiedzi. Inni politycy, jak np. Hillary Clinton, kłamią znacznie rzadziej, a ich wyborcy nieco rzadziej wierzą w totalne bzdury, które stawiają kandydatów w dobrym/złym świetle, więc teoretycznie można powiedzieć, że jest zauważalna różnica.

      To wszystko prawda. Wielu z "nich" żyje w bąbelku informacyjnym, filtrując wszystkie treści niezgodne ze swoimi poglądami. Ale powszechność tego zjawiska powinna dla osób faktycznie zaangażowanych w prawdę być sygnałem, że to samo dotyczy i ich. Tak się nie dzieje. Pisarze z "Wyborczej" nieraz potrafią w swoim temacie (sport, polityka, wydarzenia społeczne, czasem i pieniądze) powtarzać informacje ewidentnie naciągane, niesprawdzone, albo stosować "cherry picking" danych, by sprawiać mylne wrażenie. W USA podobną rolę - krzyczmy na "postprawdę", sami czasem piszmy nieprawdę albo naciągając - odgrywają choćby Vox, CNN, Buzzfeed... okej, w sumie wszyscy. Trochę znam tych ludzi. Oni nigdy nie "kłamią". Po prostu czytają coś gdzieś - i powtarzają. Bo przecież było napisane.

      Akurat to nie jest dla nich tak ważne. Nikt nie kłamie - ale dla każdego pewne rzeczy akurat nie są tak ważne, by poświęcać czas i je sprawdzać.

      Nikt z nas przecież nie może dosłownie sprawdzić każdej informacji, w którą wierzy. Wymagałoby to bycia w tysiącach miejsc, badań od podstaw przez setki lat w każdej dziedzinie, sprawdzania każdego badania, które wykonano w historii, jeśli wyniki zostały do czegoś użyte, i tak dalej. Wiedza, niestety, zawsze opiera się na JAKIMŚ społecznym zaufaniu. Oczywiście, wydaje się niemożliwe, by np. statystyki GUS-u kłamały, i np. budżet Polski był 400 razy niższy, niż podają. Ale czy ja to wiem empirycznie? Czy gdyby GUS mnie oszukiwał, wiedziałbym o tym? No coż, w tym przypadku po prostu ufam. Granice tego zaufania, komu ile, to skomplikowana gra.

      Ledwie wczoraj na pewnym forum internetowym zobaczyłem nagłówek "Nutella wycofana ze sklepów". Jak to mam w zwyczaju, odruchowo napisałem komentarz: nie nie, nic nie wycofali, ten nagłówek przekręcono z faktów X i Y... Jakie były następne komentarze? Nie dotykały w ogóle kwestii, czy to w ogóle się stało. Komentowano dalej, o czym to ich zdaniem świadczy zakaz Nutelli: ktoś komuś dał w łapę, może i sama Nutella żeby zwiększyć popularność, może konkurencja, i tak dalej... całe analizy. Przekaz "hej, ale tak w ogóle to nieprawda" spłynął niczym reklama Google'a pomiędzy postami, nie przeszkadzał wyciągać wniosków z faktu zakazania Nutelli. Widząc to, byłem nieco mniej zdziwiony, że gdy pojawia się komentarz np. o miliardach podpaleń w Niemczech, 400% bezrobociu imigrantów w Szwajcarii czy o tzw. Pizzagate, również wszystko to jest brane jako oczywisty fakt, bez kwestionowania. Po prostu nie ma sensu podejmować wysiłku, by to jakoś sprawdzać. Gdyby pojawiło się jakieś info niezgodne z kolei ze światopoglądem - też nie ma sensu sprawdzać, można od razu uznać za zmyślone. W końcu żyjemy w epoce postprawdy! Ktoś tam sobie napisał coś w internecie, phi.

       

      W skrócie mówiąc - obecnie każdy się zgadza, że w internecie jest sporo nieprawdy. Tylko różne są opinie na temat tego, co konkretnie nią jest.

      The Federalist - strona prawicowa, którą czytam z raczej pozytywnymi uczuciami, bo choć może są ewidentnie stronniczy, to przynajmniej nie udają, że nie, a zawsze starają się jednak napisać coś konkretnego - stworzył tekst, który stworzyła chyba każda "konserwatywna" strona w 2016 roku: tytuł brzmi dosłownie "Histeria lewaków na punkcie zmyślonych informacji to zmyślanie!". Jak w piaskownicy. "Jesteś głupi". "Nie, ty jesteś głupi". Dziennikarstwo XXI wieku. Ale są i argumenty. Nie wiem, czy lepsze, niż "drugiej strony", nazwijcie ich liberałami, wyborcami Demokratów itp., ale też jakieś. Federalist ponadto zwraca uwagę, że gdy prawda nie jest czarno-biała, mamy tendencję do uznania za "szkodliwe" po prostu opinii, z którymi się nie zgadzamy. Wszyscy wiecie, o co chodzi - tę samą sprawę można bardzo różnie czasem nazwać słowami, zmieniając kompletnie wydźwięk. "Zwolennicy mordowania dzieci" vs "zwolennicy prawa kobiety do kontroli nad swoim ciałem" itp. "Los Angeles ma 15 radnych, a Warszawa prawie 500". "Niemcy obniżyły podatki, a Polska podwyższyła" (zamiast innego, też prawdziwego, zdania na temat: "Niemcy mają wyższe podatki, niż Polska"). Można to robić na wiele bardzo różnych sposobów.

      Pamiętacie jak wspomniałem, że na Facebooku w 2016 roku kliknęło się więcej zmyślonych informacji? No właśnie - zależy, kto mierzy "zmyśloność". Inna prawicowa strona Washington Examiner poddaje je (mało wnikliwej, ale zawsze) analizie. Pokazuje, że Buzzfeed, jakże zatroskany o rzetelne dziennikarstwo, sam mocno naciąga w tym pomiarze: po pierwsze, wybiera tylko niektóre media, po drugie - nie mierzy wszystkich informacji, tylko 20 najczęściej klikanych, po trzecie - "prawdziwe informacje" z tego badania to niekoniecznie takie superkonkretne dziennikarstwo, jak sobie wyobrażamy to słysząc, ale np. felietony czy ploteczki o celebrytach.

       

      Mówi się obecnie o wprowadzeniu filtra na Facebooka w Niemczech - w kraju, gdzie Cukieras otrzymał wyjątkowo sporo sugestii, że po prostu musi to prawnie zrobić. Syryjczyk Adas Modamani walczy z Facebookiem w sądzie po tym, jak po portalu krążyły nieprawdziwe informacje na jego temat: jego zdjęcie (słynne, bo z Angelą Merkel) krążyło z podpisami, że to Najim Laachraoui (jeden z zamachowców z Brukseli i Paryża, nota bene pochodzący z Maroka, ledwo 4000 km od Modamaniego), albo też, że złapano go za podpalenie bezdomnej osoby w Berlinie. Oczywiście - nikt, kto te informacje klikał, nie myślał pewnie "ok, oto kłamię". Po prostu to nie było dla nich tak ważne. Chodziło o ogólny przekaz, że Angela Merkel uśmiechnęła się na zdjęciu z jakimś kolesiem z szeroko rozumianego Bliskiego Wschodu, podczas gdy jakiś koleś z Bliskiego Wschodu z radością zabijał.

      (Bardzo częsty wątek, swoją drogą. Dziś znów na Demotywatorach - jednej z najpopularniejszych stron w Polsce - widziałem historię o tym, że "Imigranci gwałcicli porwaną Szwedkę w knajpie podarowanej im przez miłośników imigrantów". Mniejsza o samą historyjkę, ale w jej początkowej wersji, którą promowała fanatyczna strona Fria Tider - nota bene, jak przystało na reporterów dokładnie znających sprawę z pierwszej ręki, wrzucając zdjęcie z Facebooka - nie było wątku, że niby knajpa była podarowana jako jakiś "dar dla imigrantów", ale widocznie ten pomysł by za fajny, by w głuchym telefonie go nie dodać. Historyjki o tym, że dokładnie ten imigrant, którego witano, "ugryzł karmiącą rękę", klikają się znacznie lepiej, niż te o tym, że tylko jakiś imigrant zrobił coś złego - więc taka staje się prawda).

      Niemniej - dla Modamaniego było to pomówienie (okej, bądźmy serio: to było pomówienie, dość niebezpieczne dla jego życia, a na pewno komfortu wyjścia na ulicę bez hejtu) i może dostać sporo pieniędzy od Facebooka. Po tego typu sprawach... mają pojawić się filtry, czy też informacje na niemieckim Facebooku: "to jest fałszywa informacja". Ależ to będzie cudowne! Na pewno ludzie, którzy się tym obecnie dzielą, nie pomyślą wcale o każdej takiej informacji "okej, lewaki z Facebooka w ramach swojej ideologii uznają prawdę za nieprawdę, bo prawdy nienawidzą manipulatory jedne, inżyniera społeczna marksizm polityczna poprawnoś bezstresowe wychowanie". Na pewno tak nie będzie, nastanie konsensus, co jest prawdą!

      Tak samo jest z każdą "nieprawdziwą" informacją! I cóż tu poradzić. Sorry, prawda nie istnieje. Spójrzmy na aspekt psychologiczny tego mechanizmu.

       

      Ludzie lubią myśleć, że świat jest przeciw nim - efekt wrogich mediów. Donald Trump na Twitterze dostał dzieisątki tysięcy "lajków" pisząc, że "Google, Facebook i Twitter zakopują informacje o śledztwie FBI wobec Clinton", chociaż trudno było znaleźć jakikolwiek argument, że niby tak było, news był wszędzie. Na pewno w Polsce nieraz trafiliście na podobną mentalność: wszyscy krzyczą o "tuszowaniu sprawy"... o której wszyscy krzyczą. Ale to brzmi przyjemnie, że system jest przeciw nam! Pamiętacie może niesamowity dym w mediach (także Wyborczej!), gdy na bodaj dzień czy dwa zablokowano konto Facebookowe Marszu Niepodległości? Do dzisiaj wiele osób wydaje się przekonanych, że Facebook banuje tylko "patriotów", czyli generalnie "konserwatystów". Nie odwiedzają w końcu innych stron i nie wiedzą, że wszelkie, także jak najbardziej antyrasistowskie strony, są dość często blokowane, często i na dłużej, bo po prostu tak się czasem zdarza. Nie - oni całe życie będą pewni, że Facebook ich nienawidzi za "niepoprawność" i "niepokorność", bo fajnie żyć tak myśląc.

      Dzięki mediom społecznościowym można kompletnie zamknąć się na inne źródła newsów. Można czytać tylko redaktorów "W Sieci" i "Do Rzeczy" oraz tych, którzy oni lajkują na Twitterze, łącznie z Goebbelsami i Logikami itd... W ten sposób każdy może być "królem" ze wspomnianej bajki - cokolwiek nie uważacie, w internecie łatwo jest znaleźć miejsce, gdzie każdy wam przytaknie. To może być też prawda. Ale może być też cokolwiek innego. W medioznawstwie nazywa się to efektem komory pogłosowej, przez izolację. Możecie cały dzień czytać np. tylko o tym, że czarny pobił białego, albo tylko o tym, że biały pobił czarnego - i nigdy o żadnym innym biciu. I tak dalej. Trochę się śmiałem, gdy "Guardian" nazwał ten efekt "wyzwaniem XXI wieku". To nie jest wyzwanie! My, ludzie, robimy to, bo to przyjemne! Swoją drogą, "Guardian" to jedna z solidniejszych gazet na świecie, wspomniany tekst napisał profesor filozofii na Oxfordzie, ale wiecie co? Ja powiem tak - w kilku konkretnych sprawach, które są w linii, "Guardian" naciąga mocno. Inni za to powiedzą, oczywiście wśród "konserwatystów", że "Guardian" ciągle kłamie. I co im zrobisz.

      Badania Uniwerystetu Michigan wykazały w 2010 roku, że im bardziej nieprawdziwa jest informacja, w którą wierzymy - tym bardziej w nią wierzymy. Być może jest to ewolucyjna pozostałość po czasach plemiennych wojen. W każdym razie, różnica między "nie wiem, czy bezrobocie w Szwajcarii wynosi 400%, może tak...", a "wiem, że wynosi 400%" jest bardzo duża. Ta druga osoba będzie odporna na wszelkie argumenty - będą zmyślone, zfabrykowane przez propagandę władzy, powtarzane przez pożytecznych idiotów itp. Ten typ człowieka - mający błędne informacje i do nich przekonany - jest najbardziej pewien swojej wizji świata. Jest to rodzaj efektu potwierdzenia, nazwany przez dziennikarzy z Columbii w 2009 roku efektem rykoszetu. W bardzo ciekawym badaniu, gdzie np. okazało się, że ludzie częściej zgadzają się z obiektywnym niby tekstem typu "cięcia podatkowe Busha nie obniżyły wpływów do budżetu", gdy... dostają sporo informacji od ekonomistów i samych polityków z obozu Busha, że to nieprawda. Podobny efekt wykazano u wyborców Trumpa, którego poparcie w grupie rosło... po pokazywaniu negatywnych informacji o nim. Efekt ten widzę na forach, Facebookach i rozmowach każdego dnia. Może to efekt męczennika? Być może to samo kierowało np. chrześcijanami 2000 lat temu czy terrorystami z RAF czy teraz ISIS, którzy tym bardziej wierzą w sens swojej "misji", im większe szanse na to, że ich za to zabiją? Walka o coś - nadaje życiu sens? A może to efekt współczucia? Badani poczuli potrzebę wspierania biednego niewinnego Donaldka, którego tak brzydko krytykowano? Można by o tym pisać długo.

       

      Można by długo. Ale pora na wydarzenie, które było pretekstem do tej notki. "Taśmy Trumpa". "Teczki Trumpa". Zaczęło się od strony Buzzfeed. Tej samej, która uczula nas niejednokrotnie na "zmyślone newsy". Teraz opublikowali teczkę "haków" na Trumpa - niepotwierdzonych. Największą karierę w mediach zrobiło bodajże info o "złotym deszczu", czyli, ekhm, sikaniu na Trumpa przez prostytutki. Oczyiwście rosyjskie, bo jak krytykujesz Trumpa zawsze warto wspomnieć o Rosji. Podobno (wygląda to na prawdę...) to akurat info zostało wysłane do Ricka Wilsona, polityka przeciwnego Trumpowi, kompletnie dla żartu - przez osobę, która pochwaliła się wcześniej żarcikiem na forum 4chan (cały link jest świetny - np. fragment "źródła" o tym, że zazwyczaj chcąc dopiec Wilsonowi wysyłał mu tzw. "goatse". To też taki internetowy... ekhm, fenomen). W każdym razie - danie są niepotwierdzone. Od początku wiadomo, że nie ma potwierdzenia, by były prawdą. Taki to "raport" - wersja robocza możliwych haków na Trumpa, których jednak nie dało się wykorzystać. Ale Buzzfeed go opublikował. Ale każdy o nim napisał. Wyborcza np. pod tytułem: "Czy Rosjanie mają haki na Donalda Trumpa? Szokujący raport". Co nie jest nieprawdą - jest znak zapytania, a "szokujący" to oczywiście opinia. Ale... wiemy, jak to działa. To inny nagłówek niż "ktoś coś napisał o Trumpie i wydrukował, może jest w tym coś prawdy, ale nie mamy na to żadnych dowodów".

      Tak zrobiła większość mediów. Hej, nie kłamaliśmy! Daliśmy znak zapytania!

      Tak też tłumaczył decyzję o publikacji redaktor Buzzfeed. "Jak napisaliśmy od razu, są poważne powody, by wątpić w te posądzenia. Ale uznaliśmy, że Amerykanie mogą sami wydać osąd na ich temat". Tak można wytłumaczyć każdą bzdurę! "Może dzisiaj każdy z 7 miliardów ludzi, którzy mają ciemniejszą skórę, zgwałcił twoją matkę. Nie mamy dowodów, ale wrzucamy tę historię, sami osądźcie wiarygodność". Powalający cynizm.

       

      I wiecie co? Oczywiście mojej opinii o Trumpie to w ogóle nie zmienia. Czemu by miało? Ale włącza się "efekt rykoszetu". Buzzfeed na tym traci wiarygodność i sympatię - przynajmniej wśród większości tych, którzy nie są już przekonani. Trump zyskuje - bo oto jest jasny sygnał dla ludzi, którzy interesują się tylko troszeczkę, że jak szkalują Trumpa, to niecelnie.

       

      Cała historia jest ciekawa dużo dalej. Ale ta notka jest tylko o prawdzie, nieprawdzie i postprawdzie. Ogólny temat powiązań Trumpa z Putinem COŚ w sobie wydaje się mieć. Ale to tylko gadanie. Są pewne wskazówki, że Rosja działała w internecie, by zwiększyć szanse Trumpa. Niemniej wyborcy nie mają żadnych konkretnych podstaw, oficjalnych danych, by uważać, że np. "Rosjanie zhackowali liczbę głosów w głównych wyborach" - a połowa wyborców Clinton w to wierzy.

      O Rosji gada się cały czas. To źle, że Trump lubi Putina - mówi wielu przeciwników prezydenta. Przecież to łajdak! Wywołuje wojny i kłamie! Tak, ludzie z kraju, którego największymi sojusznikami od dekad są Izrael i Arabia Saudyjska, kraju który dla walki z komunizmem stworzył liczebny islamski terroryzm i rozwalił Bliski Wschód wpływając od 1945 roku politycznie, militarnie i ekonomicznie - ten kraj musi się martwić o sojusz z Putinem... bo Putin to gangster!

       

      Kilka dni temu Trump zrobił świetny show w TV, odmawiając odpowiedzi na pytanie dziennikarza CNN. "Wy zmyślacie informacje", powiedział, a zwolennicy zaczęli bić brawo. Był to news na wielu forach. Na jednych oczywiście pisano, że to bezcześci powagę prezydenta, że koleś jest aroganckim bucem, że zwolennicy Trumpa nigdy nie podają dokładnie, gdzie CNN "zmyśla", że reporter miał usłyszeć potem od ochrony, że dostanie niedługo zakaz wstępu, jak i inni "niewłaściwi" reporterzy. Aha, CNN napisało też artykuł o treści "Nieprawda! My mówimy prawdę, a ty nieprawdę. Serio. Na innych forach, oczywiście, komentarze hrzmiały: brawo, sama prawda, CNN mówi nieprawdę a Trump prawdę, wreszcie polityk postawił się mediom, a ten dziennikarz to w ogóle niesamowicie agresywny, rzuca się wściekły że raz ktoś mu grzecznie odmówił... I tak dalej.

      Trump poprosił pytanie od Breitbarta - medium bardziej klakierskiego, niż w Polsce TVP. Trump zawsze bierze pytania od Breitbarta. Breitbart spytał: "media były okropne podczas tych wyborów. Jakie zamierzasz wprowadzić reformy w tej kwestii?".

       

       

      To chyba najlepsza pointa. Zaznaczmy: doskonale rozumiem ludzi, którzy kierują się przede wszystkim aspektem społecznym, oceniając "prawdę". To działa nieco inaczej u "roboli", "swoich chłopów", "intelektualistów" itd., ale zawsze musi być w ramach społecznych. Jeśli to ignorujemy - cóż, skazujemy się na samotne życie. Bo, z wyżej wymienionych powodów: by znaleźć prawdę, trzeba wyjątkowo nieufnie traktować "swoich", a ci nie mają powodu, by się z tego cieszyć.

      Sprawy te mają wyjątkowo absolutne znaczenie w dziedzinach polityki i mediów, jako że prace te polegają na zdobywaniu popularności. Fizyk nie jest oceniany za to, ile ludzi w całym kraju się z nim zgadza, za to polityk i pisarz - właśnie za to.

      Mimo wszystko mam nadzieję, że na tym anonimowym blogu jeszcze nie raz będę miał okazję napisać coś, z czym nikt nie chce się zgadzać. Na przykład że można pisać anty-trumpistycznie w sposób po prostu nieprawdziwy, że można pisać lewicowo w sposób nieprawdziwy, że można pisać feministycznie w sposób nieprawdziwy, że można pisać anty-rasistowsko w sposób nieprawdziwy i tak dalej. Można. Więc jeśli interesuje was prawda - nie zakładajcie, że coś nią jest tylko dlatego, że daje wam przyjemne uczucie wyższości i przynależności do grupy.

      Ale jeśli chcecie mieć spoko miłe życie - lepiej nie wnikajcie zbyt głęboko w kwestie tego, co jest prawdą, a co "fake newsem"...

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Moja postprawda jest najmojsza”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      ogqozo
      Czas publikacji:
      niedziela, 15 stycznia 2017 21:07
    • Dobre intencje? Łatwe intencje

      Przez rok właściwie nie znalazłem nic nowego do powiedzenia o przygnębiającej społecznej euforii z wrzucenia 2 zł na WOŚP, czego bym nie mówił rok temu. Chociaż chciałbym, bo wszyscy dokoła zdają się uważać to za coś niesamowitego.

      Nawet krytycy Wielkiej Orkierstry przypisują jej jakąś magiczną moc, jakby pieniądze dane akurat przez puszeczkę z serduszkiem rozmnażały się tysiąckrotnie. Mówią często rzeczy w stylu: "chciałbym im dać, bo to szlachetny cel, ale nie mogę wspierać Owsiaka, bo defrauduje/narkotyzuje/abortuje! Trudno!". Tak jakby naprawdę nie można było po prostu wysłać przelewu na 2 zł jednej z setek innych organizacji lub indywiduów zbierających kasę na tego typu sprawy i się zamknąć. Nie - obojętnie, czy dajecie, czy nie dajecie, wszyscy dokoła zdają się uważać, że poprzez akurat tę organizację COŚ SIĘ DZIEJE. Coś wyjątkowego.

      Nic się nie dzieje. Ewidentnie, obiektywnie nic się nie dzieje.

      Okej, troszeczkę się dzieje - 50 mln zł rocznie to nie nic. To jak budżet całego jednego szpitala, spośród około tysiąca działających w Polsce. Ale w skali całego kraju na 40 mln ludzi - to naprawdę drobnostka. Gdyby jakiś samorząd ufundował taką akcję, byłoby może ćwierć strony gdzieś w głębi gazet, niemało w gazecie lokalnej, którą czyta 10 tysięcy ludzi, zero trakcji w internecie.

       

      Przypomnijmy liczby, które wypowiedzi całej Polski tak radośnie ignorują.

       

      Przeciętny Polak zarabia brutto 4000 zł. Każdego dnia pracy zarabia ze 200 zł.

      Przeciętny Polak codziennie daje kilka-kilkanaście złotych na służbę zdrowia, po prostu pracując.

      Przeciętny Polak raz na rok daje średnio 2 zł na Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy.

      wait for it...

      WOŚP to niesamowite wydarzenie, które odmienia całą sytuację w kraju i warto o nim dyskutować 100x więcej, niż się dyskutuje o CAŁEJ SŁUŻBIE ZDROWIA.

       

      Rozmawianie działa. Interesowanie się działa. Popatrzcie na kwestię zanieczyszczenia powietrza. Miałem o tym okazjonalną notkę z okazji faktu, że Wrocław przebił na mapie AQICN wszystkie inne miasta. Wtedy jeszcze nie tak dużo o tym mówiło, teraz nagle wszyscy, z jakiegoś powodu. I jestem pewien, że władze będą nieco na to reagować, by dać sygnał wyborcom. Może zrobią wiele, może mało - ale zrobią COŚ. Jestem pewien, że więcej, niż gdyby wszyscy nadal mieli to w dupie.

      A służbę zdrowia macie w dupie. Za to gadacie od miesiąca o WOŚP-ie, jakby te, przypomnę, 0,07% było ważniejsze, niż 100%.

      Robicie źle.

       

      Empatycznie zakładam zawsze, że ludzie powodowani są "dobrymi intencjami". Ale nie można pochwalać czynów za "dobre intencje". To by było absurdalne. Czyny ocenia się po tym, jakie były rozsądnie przewidywalne skutki. A rozsądnie przewidywalne skutki kultury, w której społeczeństwo i dziennikarze uważają publiczne środki i służbę zdrowia za "kradzież", a przekonani są, że kwestię leczenia da się rozwiązać rzucając 2 zł do puszki raz na rok - to skutki bardzo, bardzo niekorzystne dla stanu zdrowia mieszkańców.

      Jeśli ktoś ma "dobre intencje", to robi jak najwięcej, by pomagać. Zamiast 2 zł na WOŚP - może dać 2 zł na dowolną inną instytucję. Albo kurde więcej, jeśli was stać! Jeśli ważne jest dla ciebie nie pomaganie, ale pomaganie akurat pod konkretnym szyldem - to znaczy, że twoje intencje nie opierają na czynieniu świata lepszym, sorry.

      Nie lubicie pomagać - lubicie myśl, że nie trzeba robić tego wszystkiego, co się robi - wystarczy raz na rok dać tylko 2 zł i świat naprawiony. Paradoksalnie, tak rozumiana dobroczynność zdecydowanie objawia przede wszystkim intencje skąpstwa.

       

      Czuję się sam w tej kwestii. Nawet nieliczna polska "lewica" wydaje się uwielbiać WOŚP i wierzyć w jego zmieniającą kraj moc.

      Tymczasem idea dobra rozumianego jako spontaniczna, okazjonalna zrzuta jest skrajnie prawicowa. Oparta jest na religijnej wierze, że kapitalizm i chciwość muszą być najwłaściwszą, dającą najlepsze efekty drogą do wszystkiego, także do zapewnienia potrzebującym opieki medycznej. Moje "dobre intencje" muszą wystarczyć - obojętnie co zrobię, myśląc, że ratuję świat, na pewno uratuje świat. Pieprzyć liczby, różnicę rzędu kilku wartości, jakikolwiek racjonalizm - WOŚP po prostu MUSI być znacznie ważniejszy od systemowej, zaplanowanej, niewydającej kasy na promocję tylko na realizację pomocy. Bo podoba mi się myśl o świecie, w którym tak jest. Świecie, w którym osobista wola bogatych ludzi jest zawsze najlepszą metodą dla wszystkich, dla bogatych i biednych - nie ma między nimi konfliktu, wspaniałe jednostki jak Donald Trump, poprzez swój geniusz i pracowitość tworzące bogactwo, których bez nich by nie było. Którym trzeba pozwolić zarabiać bez ograniczeń, bo potem te "stworzone" przez siebie (w przypadku Trumpa: poprzez bycie w banku, faktycznie coś się stworzyło z niczego) kwoty łaskawie dzielić na biednych, którzy bez nich ewidentnie by padli z głodu. To logiczny partner myśli o tym, że tworzyć można tylko bogactwo, nigdy biedę - że przedsiębiorcy "dając miejsca pracy" tak jakby tworzyli z niczego pieniądze (jak wiadomo, przez miliony lat zanim powstał kapitalizm, wszyscy ludzie nic nie jedli, bo skąd, skoro nie było "miejsc pracy"). Dawanie kasy bogatym jest jedyną metodą, by biedni mieli się dobrze. Wszystko jest bardzo proste i idealny świat jest możliwy bardzo prosto - zupełnie przypadkowo, chodzi zawsze o to, by osobie tak myślącej zostało jak najwięcej w kieszeni. I będzie dobrze.

      Aby problemy ludzkości rozwiązały się - musisz oddać ich rozwiązanie w ręce Donalda Trumpa i Kulczyka. To jedyna droga. Gdyby tylko im nie przeszkadzać... Ech, gdyby urodzili się w jakiejś Somalii i państwo nie krępowało im rąk... Od razu by świat naprawili. Bo państwo jest od tego, by ograniczać ludzi dla radości polityków.

      Tak samo z klimatem. Daj na organizację ekologiczną, która przy okazji inwestuje dla zysku w firmy paliwowe, czyli daje kasę na działania prowadzące do zmian klimatu mających kolosalny wpływ na biedę, choroby i wściekłość w Afryce i Bliskim Wschodzie - ale spoko, COŚ zrobiłeś, na pewno skutek musi być dobry, przecież to działanie charytatywne i "dobre intencje".

      Weźmy też choćby zanieczyszczenie powietrza. Skoro nam się to krótkoterminowo opłaca, musimy je generować - tak by, przypomnę, krakowskie czy wrocławskie dzieci wdychały każdego roku zanieczyszczenia analogiczne do tysięcy paczek papierosów. Jak te dzieci się rozchorują - część z nich bohatersko ratujemy, wpłacając na WOŚP. Bohaterzy z nas. Uratowaliśmy życie.

      Współdziała to z bardzo popularnym w Polsce, anty-politycznym rozumieniem polityki. Polityki ma się nie robić, mówi przeciętny Polak czy wyborca Trumpa. Ma się DZIAŁAĆ. Teraz. Ręcyma. Jak? Byle jak, byle było widać, że się działa. Byle nie myśleć - a na pewno będzie się działać. Według tej logiki, krzyczący z mównicy Kukiz zrobił w życiu dużo więcej dobrego dla kraju, niż biurokraci, którzy zbudowali nam przez ostatnie 10 lat sieć autostrad. Czemu? Bo Kukiz jest w dżinsach. I krzyczy, że nie lubi bezczynności. Czyli - zdaje się myśleć przeciętny Polak - DZIAŁA. Tamci nie krzyczą, że nie lubią bezczynności - czyli ewidentnie nie działają. I tak dalej.

       

      Rozumiem to uczucie. Ja też bym chciał porzucić podatek i dawać raz na rok 2 zł, gdyby efekt miał być ten sam. Ale nie jest. Gros sprzętu, szpitale, placówki, część leków, przede wszystkim operacje - to wszystko kosztuje znacznie, znacznie więcej.

      No więc - nie, to nie działa. Całe to organizowanie koncertów za setki tysięcy złotych dalej daje tylko 50 mln zł rocznie. To ogromnie, ogromnie za mało na potrzeby kraju. Dla osiągnięcia standardów z krajów bardziej sensownych, w Polsce budżet służby zdrowia powinien być wyższy o co najmniej 60% - nie o 0,07%.

      To nie działa. Bogaci mają masę kasy - i wiecie co, wydają coś tam na pomaganie chorym czy biednym, ale tylko ułamek tego, co "optymalizują" podatkowo. Procentowo - mogą w ten sposób dawać na społeczeństwo mniej, niż wy.

      To nie może nigdy zadziałać. Na planecie Ziemia nie ma tyle surowców, by każdy z 8 miliardów ludzi naraz, obojętnie jak pracowity i utalentowany, żył jak europejska klasa średnia. Albo nawet niższa. Po prostu się nie da. Ktoś musi cierpieć. Mówię to bez radości, bo przyznam, że lubię codziennie jeść mięso i w sumie egoistycznie to raczej nie poświęciłbym tego dla równości. Ale to, że mi się nie podoba ta myśl, nie czyni jej mniej oczywiście prawdziwą - mój przywilej wynika z czyjejś straty.

       

       

      Symbolem kinder-filantropii stał się m.in. Bono, muzyk U2, który wydaje się nieustannie przekonany, że tylko konsumpcja może wyzwolić świat od głodu. Kupujcie odpowiednie produkty Apple, Converse'a, Armaniego, wódki Belvedere, nasze single - a AIDS zniknie. Wystarczy kupować, a problemy się rozwiążą. Na razie świetnie mu idzie. A bez ironii - idzie mu świetnie przynajmniej tyle, by przekonywać do tego masy. W książce Pro Bono? Mikkel Thorup mierzy się z faktami o tym, jak to świetnie i wydajnie dla publicznego zdrowia działa dawanie bogatym coraz większych kwot.

      W tej chwili - przypomnijmy to po raz tysięczny - niecała setka najbogatszych ludzi świata posiada więcej, niż biedniejsze PÓŁ LUDZKOŚCI. Każdego dnia ta przepaść się powiększa. Nadal za mało. Muszą mieć jeszcze wielokrotnie więcej, żeby biednym było w końcu z czego pomagać.

      Podobnie jak Thorup, znany z redefinicji "realizmu kapitalistycznego" Mark Fisher w książce Capitalist Realism: Is There No Alternative? prezentuje tryb myślenia Bono, Owsiaka i ich fanów jako przede wszystkim spektakl, zakochany w kapitalizmie bezkrytycznie, niewidzący alternatywy, pozbawiony wiary w jakiekolwiek społeczeństwo i jakąkolwiek wartość mentalną kogoś, kto nie jest bogaty. Musicie po prostu robić na nas cały dzień, a potem kupić wskazany produkt i będzie dobrze. Tytułowy "realizm" dotyczy właśnie "zdania sobie sprawy", że alternatywy do metody kapitalistycznej nie ma - nawet jeśli chodzi o kwestie masowych chorób. "Zmienić świat" można tylko kapitalistycznie.

      Wspieraj firmy i ludzi, których majątek opiera się na tym, że płacą grosze pracownikom - później one oddadzą małą część zarobku tamtym, i ta-dam, naprawione!

       

       

      Wiara w to, że WOŚP ma niesamowite znaczeni - powtórzmy, doskonale wiemy, że w "dobrych intencjach" - to część tego myślenia. Wiem doskonale, że charytatywność poprawia humor, mi też - ale fajnie by było, gdyby przestano udawać, że właśnie to nie jest jej główną funkcją.

       

      Chcecie dać na WOŚP - to dajcie. Chcecie dać na inny cel - dajcie na inny cel. Super. Serio. Nie ma tu kwasu. Spoko że komuś dacie raz na rok 2 zł, czy powyżej średniej - aż 5 zł czy 10 zł czy ile. Ale jeśli będziecie udawać, że to wielkie wydarzenie - to, z całą sympatią, jesteście ogromnymi hipokrytami.

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      ogqozo
      Czas publikacji:
      niedziela, 15 stycznia 2017 04:02
  • piątek, 02 grudnia 2016
    • Francja na prawo z Fillonem

      To nie będzie jakiś mocny tekst o czymś, o czym się rzadko mówi, bo nie mam specjalnej opinii na temat wyborów we Francji. Ale zaznaczmy kilka faktów, bo wydaje się, że prawie znamy prezydenta.

      Prawie, bo można odnieść wrażenie, że nowy pomysł prawyborów przyniósł najważniejsze rozstrzygnięcie: kto będzie kandydatem Partii Republikańskiej. W praktycznie każdym sondażu zdecydowanie dwa pierwsze miejsca zajmują kandydaci Frontu Narodowego, który na pewno będzie reprezentować w wyborach i w drugiej turze Marine Le Pen, oraz kandydat właśnie Republikanów. Okej, w sondażach prawie zawsze podawano jako wybór nie Francois Fillona, który wygrał szokująco prawybory, ale dotychczasowego faworyta Alaina Juppé. Ale już po triumfie Fillono przeprowadzono kilka sondaży typu "kto w drugiej turze - Fillon czy Le Pen?" i nowy facet ma przewagę rzędu 70-30. To ogromna przewaga. Fillion PRAWIE jest prezydentem. Ale... hej, pamiętamy, ile miał przewagi pół roku przed wyborami 2015 Komorowski, co nie?

      Załóżmy na chwilę, że Fillon jednak wygra, i opowiedzmy historię z nim jako kolejnym punktem, bo o Le Pen wszyscy chyba więcej wiemy - jest uważana za dość skrajną, i ma spory elektorat negatywny. I wydaje się, że nigdy tego nie przeskoczy, skoro nie udaje się od tylu lat. Francuzi znów wydają się tkwić w pułapce systemu politycznego. Republikanie (wcześniej pod nazwą UMP) rządzili przez 17 lat, mimo że lud nie był zadowolony z sytuacji w kraju. W końcu zmienił ich reprezentant Socjalistów Francois Hollande tylko po to, by nie zmienić wiele, nie rozwiązać żadnych problemów, a z dodatkiem mało porywającej persony medialnej stać się najmniej lubianym prezydentem w historii, dziś mającym najwyżej 10% poparcia w sondażach. W stawce są same staruchy, działające w tym systemie od dekad (Fillon pracował wiele lat pod Sarkozym). Nikt, kogo by ktokolwiek w ludzie specjalnie lubił - poza może naziolkami czującymi autentyczną sympatię do Le Pen, ale będącymi nadal dość niewielką grupą. Ogólnie to nikt nie jest przekonujący, ale na kogoś trzeba zagłosować. Skąd to znamy?

      Kraj nadal nie może się podnieść ze spowolnienia, które zaczęło się na dobre w latach 80. Jak dziś widzimy, reakcja na spowolnienie gospodarcze, które nastąpiło po pewnym boomie powojennym, do dziś jakoś ciąży: wykluczono spore grupy osób, którym trudno o nową pracę, i są wkurzone. Przez ten czas zdążyli mieć dzieci, które wychowane bez grosza też zbyt wielkich szans na karierę w przyszłościowej branży nie mają. W dużej liczbie są to osoby pochodzenia zagranicznego, co skłania do powstawania ruchów opartych o rasę i religię, także agresywnych, w każdą stronę. Podziałom sprzyja też budownictwo masowe z lat 60., które wtedy było sypialnią dla nowych robotników, a dziś - jest dla bezrobotnych. Osławione, przerażające Les Banlieues, w których nieraz bezrobocie wśród młodych przekracza 40% - jeśli nie są faktycznie największym problemem Francji, to jeśli wierzyć relacjom, wydają się być przynajmniej najbardziej odczuwalnym.

      20% ludności Francji mieszka w tych biednych slumsach, gdzie wszystko się może wydarzyć, a kolejne 20% na wsi, na której coraz mniej jest pracy, usług, wszystkiego. To drugie zjawisko jest na pewno nieco lepiej znane z perspektywy polskiej.

       

      Powstają "dwie Francje": niby praca tak ogólnie jest, ale tę naprawdę solidną dostają ci, którzy już mają pozycję, wykształcenie, znajomości, mieszkanie w dużym mieście itp. Ci gorsi - biedni, "głupi", imigranci, zwłaszcza młodzi - dostają pracę najgorszego sortu: tymczasową, niepewną, z płacą niewystarczającą na rosnące koszty wynajmu w dowolnym mieście, w którym jest płaca. Ceny zaś rosną dla każdego. Im mniej masz, tym trudniej jest ci zarobić określoną kwotę, wskutek czego mniej masz: welcome to capitalism. Co nieco pisał o tym W. Orliński, relacjonując ksiązkę "Le mystere francais". Nota bene to autor - jak chyba każdy, kto dziś coś publikuje - który oczywiście zna tę drugą połowę tego dualizmu, pochodząc z Warszawy, dostając pracę w mediach latach 90., gdy brakowało wykształconych, no i jakoś tak sobie żyjąc za marne kilka tysiaczków. Możemy rozmawiać o tych samych rzeczach, ale nasze żywoty przez sekundę nie będą do siebie zbliżone.

       

      Wymiar kulturowy tego dualizmu (który, jak się uprzeć, nazwać i możecie "problemem z islamem"), paradoksalnie, wydaje się być skutkiem republikańskich wartości i neutralności: traktujemy wszystkich równo, więc nie pomagamy specjalnie imigrantom (porównajmy tu kulturę Francji do Niemiec czy Skandynawii). Jesteśmy neutralni ideologicznie, więc wszystkie zmiany mające przekazać muzułmanom, że to nie ich kraj, wprowadzamy pod płaszczykiem obrony neutralnego państwa laickiego, serio, zero tępienia mniejszości (popatrzmy na przykład na zakaz zakrywania twarzy: dotyczący w praktyce ledwie ok. 2 tysięcy kobiet w kraju, ale wprowadzony z dość dużym szumem, reklamowany przez Nicolasa Sarkozy'ego jako "obrona kobiet przed nakazywaniem im noszenia nikabu". Niby zrozumiałe, ale popatrzcie na perspektywę muzułmańskich "prawdziwych patriotów": kraj ich broni przed robieniem tego, co chcą!). I tak dalej. W skrócie mówiąc: to niby kraj, gdzie osoby "spoza Europy" najmniej się kulturowo "różnią" od "rdzennych" (ten współczesny język...), a jednak jakimś cudem ich problemy wydają się największe.

       

      Może to po prostu kwestia tego, że dzięki podziałom rasowym jest O CO się kłócić. I tyle. W końcu czy nie wszędzie na świecie niewyżyci ludzie nie szukają zrozumienia w intepretacji nacjonalistycznej, religijnej, rasowej? Obojętnie, czy są mniejszością, czy większością. Zwróćmy uwagę: obsesja walki z "inwazją islamu" dotknęła młodzież choćby i w Polsce i Słowacji, gdzie z braku laku trzeba czasem oklepać turystów z Gwatemali czy Ghany, bo prawdziwych muzułmanów tak trudno wygrzebać. Ale problem jest, oni go odczuwają. Może powinniśmy uznać ten trend za zjawisko globalne i w ogóle o tym nie mówić, jakby we Francji dało się z tym zrobić cokolwiek inaczej? Nie przesądzam, ale nie będę na pewno spędzał nad tym więcej czasu.

      Może po prostu: gdyby pracy było tyle, co w Niemczech, to i byłoby spokojnie, jak w Niemczech, obojętnie, kto ma jakie pochodzenie. Mam wrażenie, że ludzie najedzeni i mający poczucie, że przez najbliższe lata bez problemu zapłacą czynsz, wydają się jakoś znacząco mniej rozsierdzeni faktem, że ktoś tam inaczej wygląda albo jest niewiernym. Rasa to zawsze prosty temat, który ekscytuje ludzi. Do tego dochodzi nieco losowy element pod tytułem: los decyduje o tym, jakie ruchy polityczne się wybiją (we francuskim systemie partii jest sporo - . Jeśli nie pojawi ci się żaden Podemos ani Syriza, jak w dwóch krajach dotkniętych prawdziwą plagą bezrobocia, to niech będzie i Ruch Narodowy.

       

      Na pewno widać konkretne problemy: ciągle od lat 10% bezrobocia, niski wzrost gospodarczy (najniższy w UE, wyłączywszy sprowincjonalizowane do reszty Włochy), stagnacja i zatęchłość wielkiej sceny politycznej. Niewiara we własny naród, liderów, i rosnące ubóstwo. Wystarczy. Nie do końca jest ŹLE. To nadal dobry kraj do życia, w uśrednieniu. Licząc wartości "nieprzeliczalne", może i najlepszy. No bo, c'mon, to Francja. Wolelibyście gdzie indziej? Wskaźniki nie kłamią: ani nierówności, ani bieda, ani jakość życia (w tym uważana za najlepszą na świecie służba zdrowia) nie wypadają jeszcze specjalnie słabo. Jeśli nie zapuszczacie się do banlieues, możecie podobno nawet nie odnieść wrażenia, że lada dzień wybuchnie krwawa wojna domowa. A jednak i tak narzekacie, bo... rozwój się zatrzymał. To bardzo, bardzo ogólnikowy opis problemów Francji - ale na razie musi wystarczyć na krótką notkę o perspektywie Fillona.

       

      Być może w tej sytuacji pasuje, że wobec niewypału alternatywy - Holland niewiele rzeczy kompletnie schrzanił, ale też niewiele naprawił - wracamy do Fillona, czyli lekkiej odmiany od Republikanów, rządzących w latach 1995-2007. Za wiele się CHYBA nie zmieni.

      A czym się od Sarkozy'ego różni? Otóż jest bardziej na prawo. Najczęściej o Fillonie - osobie mało wyrazistej, na razie w pewien sposób "nieodkrytej" medialnie - mówi się w dwóch hasłach. Po pierwsze: podobno prawdziwy katolik (co w tym bezbożnym kraju wiele znaczy). Po drugie, dla mnie ciekawsze: podobno fracuskie wcielenie Margaret Thatcher. Prawe skrzydło prawicy, jak się popularnie o nim mówi. Przy okazji wierzący, że może być nowym De Gaullem, przynajmniej w tym sensie, że będzie "niepoprawny", "niegrzeczny" i będzie "mówił jak jest" i "robił co trzeba" bez patrzenia na jakieś tam poprawności. A więc, gorliwe chrześcijaństwo i bezlitosny autorytarny faworytyzm wobec biznesu. Dziwne połączenie, ale wszak nie pierwszy przykład, że politykiem się nie zostaje z nadmiaru spójności persony.

      Jak obiecuje, ma zmienić wiele i od razu, by, oczywiście, "make France great again". Wiele jego pomysłów gospodarczych nie spodobało się rywalom takim jak Juppé jako zbyt radykalne, wywracające kraj do góry nogami, niemożliwe do skutecznego wprowadzenia - i właśnie to było doskonałe dla powodzenia Fillona wśród wyborców, którzy uznali: hej, ten koleś wkurza establishment, że niby zbyt radykalny, czyli już go lubię. Przecież - najpopularniejsza opinia wśród wyborców w każdym kraju - COŚ TRZEBA ZMIENI, więc jakżeby zmiany radykalne mogły być złe. Fillon, który oprócz "Przeciw islamskiemu totalitaryzmowi" ma też książkę pod jakże fajnym tytułem "Faire" ("Robić"), odwołuje się do wizji świata, w którym źródłem wszelkiego dobra jest biznes, a rolą państwa jest przede wszystkim ułatwienie biznesowi zarobku - a wtedy on bez wątpienia będzie w końcu "miał wystarczająco pieniędzy", by dać pracę każdemu, kto chce pracować. W ten sposó biedni odzyskają godność - na pewno zarabiając wreszcie wszyscy godziwie, o ile tylko będą chętni, nie jak te inne leniuchy, których, tak mi mówią, wszędzie pełno. Produkcja ma znowu być siłą gospodarki. Tak, skojarzeń z wyborami w USA można tu kilka by jeszcze wymienić.

       

      Katolicyzm Fillona jest nieco powodem do żartów jako dziwactwo. Jeden z częstych wniosków na tym blogu brzmi: Jezu, przestańmy udawać, że religia jest czymkolwiek innym, niż pretekstem - i Francja to doskonały przykład na to, jak to działa w praktyce. Do kościoła nie chodzi tam prawie nikt, seks uprawia każdy z każdym, a rozwody niedługo będzie się brać przed ślubem, ale "chrześcijańska tożsamość" kraju przydaje się, gdy trzeba znaleźć ładne słowa na to, czemu nie podobają się nam ludzie, śluby homoseksualne niszczą rodzinę, role płci są za mało rozdzielone i tak dalej. Niektórzy nazywają to wręcz ateistycznym katolicyzmem czy zombie-katolicyzmem, ale nie lubię tych określeń. Bo pod hasłem "katolicyzmu" już nie tylko te, ale też wszystkie inne poglądy podawano. Wolę po prostu oceniać każdy pogląd konkretnie za jego treść.

       

      Ok, jest też chrześcijańskim nacjonalistą. Słusznie czy nie, Fillon wygrał jako koleś "bardziej antyislamski" od Sarkozy'ego czy Juppé. Bardziej wyraziście wypowiadał się w poparciu dla idei Francji jako kraju katolickiego. Okres kolonializmu uważa za piękny i wspaniały - "Francja dzieliła się swoją kulturą z innymi krajami", zaś obecnie zagraża mu, nie wiadomo skąd, islamski totalitaryzm. Muzułmanie niech sobie będą, ale nie są u siebie. "Żydzi, buddyści i sikhowie nie zagrażają naszej jedności", zaznacza łaskawie Fillon o tych marginalnych dość grupach. Tutaj nie ma co wiele gadać, bo ktokolwiek żyje w Europie, pewnie doskonale zna ten tok myślenia. Nie różni się on znacząco od opinii Frontu Narodowego i Le Pen. Fillon też zapowiada zamknięcie imigracji, dokładne testowanie osób wpuszczanych ewentualnie do Francji i inne rzeczy, które w praktyce wiele nie zmienią i będą kontynuacją kierunku z ostatnich dekad. Chociaż w praktyce "Francji narodowej" z tej wizji nigdy nie było i raczej być nie może bez jakiejś kompletnej katastrofy, to według życzeń większości wyborców, innej niż taka być nie powinno.

      Jeśli chodzi o sojusze zagraniczne, Fillon wykazuje sporo sympatii wobec Rosji i Iranu. Raczej kosztem więc takich stron jak rebelianci w Syrii czy kraje Zatoki. Co z tego będzie w praktyce, gdy dorzucimy jeszcze Trumpa i jego Suicide Squad - cholera wie. Może będzie lepiej, może gorzej. Dajcie znać, jeśli wiecie.

       

      Ciekawszy jest program gospodarczy Fillona, ponieważ stoi on na prawo od poprzedników, a także zwłaszcza od Frontu Narodowego - który przez najbliższe pół roku będzie prezentować się jako ludowa, lewicowa alternatywa dla bezdusznego Thatcherzysty, dbająca o niesprawiedliwie wykluczonych (czyli "rdzennych" wykluczonych). Fillon obiecuje rozprawienie się z największym złem świata, czyli związkami zawodowymi, a ponadto obniżenie podatków dla firm. Jakie efekty ekonomiczne daje takie podejście zazwyczaj w wielu krajach Europy czy USA - opowiadać wiele nie trzeba. Ludzi ma być łatwo zwalniać, mają pracować dłużej (koniec 35-godzinnego tygodnia), a państwo ograniczyć wydatki, by przedsiębiorcom zostało w kieszeni więcej. Państwo zwolnić ma pół miliona "zbędnych" urzędników.

      Może się wydawać, że pomysł naśladowania Thatcher brzmi dziwacznie w kraju, w którym bezrobocie już teraz jest wystarczająco wysokie. Wyrzucić kolejne miliony na bruk? Wyobrażenie podobnych zjawisk, jak te, które miały miejsce w Wielkiej Brytanii w latach 80. - przemnożonych przez skalę wściekłości już obecnych młodych biednych Francuzów - wydaje się sugerować, że wojna domowa pod rządami Fillona wybuchnie dużo szybciej, niż by to mogła uczynić Le Pen. Tylko że politycznie nie będzie wiadomo, kogo z kim. Więc oczywiście będą się tłuc o religię. Klasyczna historyczna metoda na bezrobocie wśród młodych.

       

      Oczywiście to tylko jeden sposób patrzenia na sprawę. Inni zwracają uwagę na to, że Francja może faktycznie przesadziła ze związkami zawodowymi i obciążaniem bogatych na rzecz całego kraju. Strajków jest sporo, a prawa pracowników niemałe. Trudność w otrzymaniu prawdziwie dobrej pracy według tej wizji ma być tego efektem. Być może, mówią, ta zmiana w kierunku neoliberalizmu, jaką podjęto w większości krajów Europy od lat 70. czy potem 90., miała swoje zalety, których brak odczuwa teraz Francja ze swoim dobrym poziomem życia, służbą zdrowią i przyzwoitymi wskaźnikami, ale stagnacją, znudzeniem i zatęchłością. W tej wizji, Francja nie zrobiłaby pod wodzą Fillona nic, czego nie zrobiły już wtedy (czy choćby w 2008 roku) Niemcy. Według różnych danych, Niemcy nijak nie zbliżają się do francuskich wydatków rządowych ani budżetu rządu. Podatki dla firm w Niemczech nie są oczywiście na poziomie Polski ani innego Fidżi, ale od wspomnianego 2008 r. też raczej są o te kilka punktów procentowych niższe, niż francuskie, zgodnie ze stawkami.

      Ach, Niemcy. Niska przestępczość, stabilny wzrost, masa miejsc pracy i tak dalej. Jak na ironię, Francja chyba naprawdę trochę chce być Niemcami, choć nigdy nie przyzna, że chce być tylko jedyną, niepowtarzalną, prawowicie najlepszą i królującą Francją.

       

       

      Według WSJ, szef CGPME (związku przedsiębiorców) Francois Asselin miał powiedzieć o Fillonie: "Francuzi chcą kraju, który nie boi się porażek i chce wygrać". Na pewno miał na myśli pozytywny wydźwięk tego zdania - przedsiębiorcy gorąco wspierają tego kandydata. Ale możecie to rozumieć, jak chcecie. Czy to faktycznie takie najważniejsze, żeby się nie bać porażki? I czemu akurat tego rodzaju porażki jest fajnie się nie bać, a innych to owszem, warto się bać? Fakt faktem - Francuzi chcą, żeby COŚ kurde zrobić, no więc wybiorą faceta (albo kobietę), który mówi, że COŚ kurde zrobi.

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      ogqozo
      Czas publikacji:
      piątek, 02 grudnia 2016 04:16
  • niedziela, 13 listopada 2016
    • Na co pozwoli anty-establishmentowy Trump

      Bardzo wiele można napisać o wyborach w USA. Tak się zresztą składa, że napisałem wiele mądrych rzeczy - choć, przyznam, w momentami mętny sposób - jeszcze w maju, i to wszystko nadal jest prawdą.

      A więc prawdą jest między innymi to, że osoba prezydenta nie znaczy aż tak wiele, jak ludzie lubią udawać.

       

      Naród poparł Trumpa? Tak samo jak Hillary

      Więc zaznaczmy na początek wniosek nr 1: wygrana Trumpa o włos nie świadczy o społeczeństwie USA inaczej, niż by świadczyła przegrana Trumpa o włos. Hillary Clinton dostała nawet więcej głosów ogółem, jako drugi prezydent przez ostatnie 100 lat, po Alu Gore w 2000 roku, przegrywając wybory mimo wygranej w tzw. "popular vote". Tak czy siak: oboje mają praktycznie takie samo poparcie, co było prawdą i przed wyborami, gdy Hillary była zdecydowanym faworytem, bo w określonych stanach miała przewagę 3-4 pkt. proc. Nie lubię więc generalizowania, że "naród poparł Trumpa" i teraz jedziemy z wnioskami o zjawiskach społecznych, które byłyby niby zupełnie inne, gdyby wygrała Hillary.

      Dodajmy do tego, że pomimo szalonych dość emocji w niektórych kręgach, frekwencja nie była specjalnie wyższa, niż zazwyczaj - 57%. Byli też inni kandydaci, zbierający po kilka procent. W sumie - na zarówno Trumpa, jak i Hillary zagłosowało po 26% Amerykanów mających prawo głosu. To bynajmniej nie całość.

      W senacie bez zmian

      No i wniosek nr 2, na którego poparcie polecam poprzedni tekst: absolutnie nikogo nie obchodzą wybory do parlamentu, który to blokował Obamę przez cały okres jego rządów. Także Sąd Najwyższy od dawna naginał zasady, by nie przyjmować kandydata Obamy - czekając na wybór Trumpa, który oczywiście wskaże sędziego postępującego zgodnie z interesami republikanów i ich kolegów, a nie demokratów i ich kolegów.

      Cały czas słyszymy, że "naród amerykański powiedział: dość", ludzie w mediach opowiadają, jak to wściekłość białego ludu się przebrała i zagłosowali "antyestablishmentowo", na miliardera-celebrytę.

      Tymczasem w wyborach do parlamentu, jak zawsze, wygrali ci, co byli. W USA co 2 lata wybiera się jedną trzecią senatu - tym razem chodziło o 34 miejsca. Władza zmieniła się... na dwóch. W Illinois i New Hampshire demokraci zmienili republikanów. W tym drugim, kandydat zwycięski zdobył 47,97% głosów - rywal 47,87%.

      Rewolucja! Naród powiedział dość!

      Na co Trump pozwoli

      W istocie być może większe znaczenie dla USA i świata ma nie to, jakie koncepty na władzę ma Trump sam w sobie wobec innych kandydatów, ale fakt, że oto "blokowania" nie będzie i wszystkie genialne pomysły, które koledzy przez tyle lat mieli, teraz mogą w sposób niekrępowany być wprowadzane w życie. Trump wydaje się jeszcze mniej skłonny do stawania jakiemukolwiek koledze na drodze do zysku, niż Bush czy Reagan, których wyniki ekonomiczne oraz ilość spraw przeprowadzonych pod ich egidą mówią same ze siebie.

      Wola Trumpa znacznie mniej mnie interesuje niż to, komu będzie robić przysługi, jak to ma w zwyczaju całe życie. Znajomości czynią cuda, co mnie nie dziwi - czyż przyjaźń fajnych ludzi nie jest warta każdego poświęcenia? Zwłaszcza, że biografowie Trumpa nie mają wątpliwości, iż popularność wśród elit wydaje się być jedynym zainteresowaniem tego człowieka. Łatwo sobie wyobrazić, że Trump wciska przycisk nuklearny po prostu dlatego, że go do tego przekonał kolega czy kochanka. Z podobnych powodów może nie wcisnąć.

      To samo dotyczy oczywiście wszelakich polityków, aczkolwiek w przypadku Trumpa ilość zasad, których będzie się trzymał bez względu na okoliczności, wydaje się znikoma - to go różni.

      Powiedziałbym, że dla lobbystów zaczyna się "open season", ale czyż nie trwa on zawsze? Nie chodzi tu nawet o prezydenta, twarz rządu i niby-władcę, a o setki ludzi, którzy faktycznie wykonują pracę i wprowadzają przepisy. Naprawdę, nie szarżujmy z potęgowaniem stopnia kontroli, jaką może mieć jeden człowiek nad całym krajem. Nie bądźmy głupi. Jak większość mediów.

      Antyestablishment

      Można by bardzo długo komentować te wybory. Ogólnie zaznaczmy: tak, dla wielu osób to była przede wszystkim okazja do powiedzenia światu, że USA należy do białej rasy. Nie ma wątpliwości. Tak samo jak Brexit, niosący za sobą tysiąc konsekwencji, w największej mierze był okazją do wykrzyczenia, że nie lubi się polskiej i azjatyckiej "inwazji" na Wielką Brytanię. Nic z tym nie zrobimy. Niemniej - nie dzieje się to bez powodu. W końcu byłoby śmieszne powiedzieć, że w kraju zwanym USA zjawisko imigracji jest czymś nowym. A więc na emocje rasowe wpływają inne czynniki.

      Dziś skupię się na kwestii "antyestablishmentu". W Polsce wielu komentatorów lubiących głównie PiS, Korwina, Kukiza itp. nazwało tak Trumpa - co może być zabawne, gdyż takiej księżniczki jak on nie było na tronie zachodniego mocarstwa od niepamiętnych czasów, ale odzwierciedla to opinię wielu wyborców Trumpa, a tylko ta opinia ma przecież wpływ na wybory. Po części na pewno wynika to z efektu wrogich mediów, syndromu oblężonej twierdzy i paru innych powiązanych - jest coś przyjemnego w uważaniu, że nasze poglądy są jakieś niepopularne, że system jest przeciwko nam, elity zawsze kombinują tak, by osoby o właśnie naszych poglądach wykluczać ze wszelkiej szansy. Kukizowcy i inne Ziemkiewicze uważają, że ludzie może z naturzy są "dobrzy" (tacy jak oni), a wszelka inna opinia musi być skutkiem tego, że posiadając władzę, socjaliści uwielbiający homoseksualne aborcje piorą ludziom mózgi. Więc oczywiście - Trump, jako "konserwatysta", musi być przeciwko elitom.

      Nie bawmy się w wymienianie, jakie to głupie mówić to o osobie, która właściwie niczym innym się nie zajmowała jak wykorzystywaniem swojej odziedziczonej fortuny dla rozwoju kontaktów z elitami (w tym i politykami włącznie z państwem Clinton). Która nie wygłasza żadnego niepopularnego poglądu, a działa zgodnie z... tym, jak wiatr zawieje. Generalnie: tak, Trump oczywiście jest tak dobrym ucieleśnieniem słowa "establishment", jak nikt inny. Ale zamiast męczyć logikę zwolenników Trumpa, którzy i tak nie wejdą na tego bloga, spróbuję zaznaczyć, jak rozumiana i postrzegana jest ta "antysystemowość" nowego cara USA.

      Przynajmniej Trump nie jest mądralą

      W tym celu najbliższy sedna wydaje mi się tekst z Harvard Business Review autorstwa Joan C. Williams. Ujmuje on ładnie sporo aspektów z tego, co chciałem napisać, linkuje też dalej do wielu innych ciekawych rzeczy.

      W skrócie mówiąc: Trump jest popierany, bo jest mniej nadęty. Ale ok, słuchajcie, dlaczego jest to wbrew systemowej opresji.

      Dla klasy średniej dość typowym podejściem do życia jest podział obowiązków i kompetencji oraz dzielenie się nimi, którego zwłaszcza ja jestem miłośnikiem. Wygląda to tak: słuchajcie mnie w kwestiach, na które spędziłem czas, a ja z kolei posłucham was tam, gdzie wy znacie się lepiej - i wszyscy zyskamy. Tyle że, no właśnie - nie każdy zyskuje. Zyskuje ten, kto posiada jakąś wyjątkową wiedzę. A nie każdy takową posiada. Wiele osób utrzymuje się po prostu z roboty. Dla nich, ten świat "intelektualistów" jest jedną wielką opresją: ludzie mówią im, co mają robić. Za to oni nikomu nie mówią, co mają robić. Brzmi niesprawiedliwie? No właśnie.

      To jest powód, dla którego klasa robotnicza (zwłaszcza w USA, gdzie z racji kosztów uniwersytetów, wyższe wykształcenie i co za tym idzie, możliwość lepszej pracy, są trudne do osiągnięcia) nienawidzi kompetencji, ale uwielbia bogaczy (słowo "nienawidzi" jest tutaj niezręczne - chodzi o uczucie najbliższe resentymentowi). Dobry, fajny człowiek - to ktoś taki jak oni, tyle że bogatszy. Fajny jest właściciel firmy, który używa pracowników. Niefajny jest szef firmy, który nie z racji posiadania, ale z racji jakiejś niby "mądrości" ma być wart więcej od pracownika. Fajne nie są te "mędrki", które im "filozofują", co mają robić. Trump tego nie robi. Różnie to bywa ubierane w słowa, co stało się już wręcz tradycją wśród kandydatów republikańskich od czasów jakże lubianego Reagana: "prosty chłop", w Polsce często mówi się na takiego "redneck", albo też, że "mówi jak jest" - chociaż ściśle rzecz biorąc, mówi, jak nie jest, ale to może tym lepiej, bo to świadczy o tym, że Trump na pewno mądralińskim nie jest i nie sprawdza w źródłach zanim powie, co mu na sercu leży.

      Jest taki jak oni, tyle że bogatszy. Zgodnie z ideą demokracji - reprezentuje ich, można by powiedzieć! Oczywiście: ściśle rzecz biorąc, nie jest, ale po pierwsze - zamknij mordę mądraliński ze swoim "ściśle rzecz biorąc", a po drugie - wyborcy nie mają z tym kontaktu, bo nie znają życia Donalda Trumpa. Za to z kompetencją stykają się codziennie, gdy ten nadęty szef mówi im, co mają robić.

      Trump jako walka o godność

      Nie skupiajmy się jednak na łapaniu retoryki za słówka, bo tak niczyich poglądów nie wytłumaczymy. Kluczem jest oczywiście wspomniana odwieczna, wbudowana głęboko w naszych genach, ludzka tendencja: aby mieć wartość. Ludzie potrafią być zaskakująco obojętni na to, że nie tylko oni sami, ale wszyscy dokoła też właśnie tym się kierują. Naprawdę nikt nie ma ochoty, by po prostu wylądować na śmietniku. "Aha, okej, jestem niefajny i nieprzydatny czyli mam uznać waszą wyższość i się nie pchać do fajnych ludzi, spoko, zgoda" - zdanie, które nigdy nie padło.

      Przede wszystkim, chcemy uniknąć bycia zbędnym, bo człowiek, który nikogo nie obchodzi - umiera.

      Białym to jednak znacząco w USA "grozi". Tak, wiem - ściśle rzecz biorąc... nadal biali są znacząco bogatsi, niż inne grupy w USA. Nie zmieni się to i przez 200 lat, bo takie są prawa kapitalizmu - im więcej masz kasy, tym łatwiej ci zarobić określoną kwotę. Ale utożsamiając to z wszechobecnym przywilejem każdego, kto jest biały, popełnia się ten sam błąd, co ludzie uważający, że za patriarchatem idzie od razu logicznie uprzywilejowanie każdego mężczyzny. Nie obchodzi ich, w tym przypadku, że wielokrotnie więcej mężczyzn jest bezdomnymi, bez pracy, popełnia samobójstwa, idzie do więzień i ogólnie panowie są przodem w praktycznie każdym mierniku odrzucenia przez system, co być może zasługiwałoby na skorygowanie takich opinii - skoro najbogatsi ludzie na świecie są mężczyznami, to jak widać podział jest bardzo prosty i system zawsze faworyzuje facetów. Na pewno znacie parę osób, które tak to widzą.

      Może mają rację, niektórzy może się nie zgodzą - fakt jednak faktem, że nigdy nie przekonają o zaletach bycia niesamowicie uprzywilejowanym tego biednego, białego mężczyzny, który martwi się o to, jak wyżyć - i nie tylko, ale też zwłaszcza nie być samotnym, pogardzanym - w świecie, gdzie bogaci się tylko wybrana grupa klasy średniej szefów i informatyków, zaś rolę przeciętnego robotnika przejmują albo maszyny, albo tańsi robotnicy w Azji i Afryce (z których korzystają również firmy Donalda Trumpa, mówiącego o tym z radością jak i o tym, że unika płacenia podatków).

      Biedni ludzie nie są zazwyczaj specjalnie piękni, zazwyczaj nie mają też fascynującego życia. Nasz świat skazuje ich na bezużyteczność - nie zawsze śmierć, ale życie bez niczego, po co się faktycznie żyje, zaś zwłaszcza mężczyźni bez pieniędzy nie mają metod, by konkurować o dosłownie cokolwiek, co w życiu ważne. Inaczej niż 99% komentatorów w mediach, ja akurat znam to uczucie, a inaczej niż zapewne 99% zwolenników Trumpa, Kukiza czy innej Le Pen - także je rozumiem, a zza klawiatury na blogasku, którego nikt nie czyta - można to nawet przyznać. Robienie tego na żywo byłoby oczywiście społecznym samobójstwem.

      Jako procesy wyrównywania szans, media zwracają uwagę na konieczność wspierania mniejszości etnicznych i kobiet (co często jest w 100% trafne, ale jak to bywa z tak szerokimi definicjami, w innych instancjach bywa wątpliwe: przykładowo, choć obecnie duża większość magistrów w USA to kobiety, to nadal w ramach "wyrównywania szans" dziala czterokrotnie więcej stypendiów dla kobiet, niż dla mężczyzn. Oczywiście, wspieranie specjalnie mężczyzn jest głupie, tak, wiem, razemowcy - ale łatwo zauważyć, jak efekt "równościowy" tych akcji staje się mniej wiarygodny w oczach wielu osób). Wiadomo, że nie czyni to od razu tych grup bogatymi. Ale na pewno daje to, co wielu wyborców uważa za niezwykle ważne w danym polityku: wrażenie, że w ogóle go obchodzą. Z wielu powodów, Hillary Clinton była naprawdę słaba w sprawianiu wrażenia, że biali ją obchodzą.

      Oczywiście, można odpowiedzieć jasno: "jeśli ktoś przyjeżdża z Meksyku, nie znając języka i nie mając kontaktów, i kradnie ci pracę, to być może zasługujesz na utratę pracy". Ale to żadne pocieszenie w obliczu utraty tego, co jest nam potrzebne do życia - i niesamowitej kompromitacji idącej za tym, że pokolenie czy dwa wstecz, przeciętny poziom życia białego robotnika był o tyle wyższy. Praca w byle fabryce pozwalała nie martwić się o dom, samochód, rachunki. To jest życie, którego biedny chce, a w przypadku USA do niego tęskni (w Polsce działa to dość podobnie, przy czym zamiast wspomnień rodziców mamy relacje z krajów Europy Zachodniej) - aby być sobą, tylko nie być biednym.

      Nie: "być biednym i dostawać wsparcie z tej racji". To wcale nie brzmi jak wspaniały sposób na życie dla osób, których rodzice nie byli objęci taką jałmużną. Robotnicy głosujący na prawicę wierzą, że w dobrym systemie mogą być sobą, jakimi są, ale żyć lepiej - a tych, którzy mówią im, że są "niższą klasą" i z tej racji powinni "indetyfikować się klasowo" i głosować na lewicę, która "wspiera klasę niższą" - uważają za niesamowicie poniżających. Odbierających im godność. Nie jestem klasą niższą - jestem wartościową osobą, której nie należy się los gorszy, niż moich rodziców i dziadków.

       

      W tej perspektywie, lewica - a przynajmniej na pewno "lewica" klasy średniej chcącej przede wszystkim mieć spokój, brak uprzedzeń o wygląd i płeć oraz aborcje, i u nas często występująca pod tym słowem - jawi się jako "establishment".

      Przypominanie dużej grupie osób, że nikogo nie obchodzą, że i tak mają zbyt fajnie w porównaniu do reszty świata, a na więcej nie zasługują, bo trzeba się było uczyć baranie - to klasyczny przepis na wywołanie uczucie zniewolenia i opresji. Władzy. Establishmentu.

       

      Dla "intelektualistów", żyjących ze swoich kompetencji - swojej niezmiennej lepszości od robotnika, potrzebujących od państwa głównie szacunku dla swoich poglądów i wyglądów, Hillary była "mniejszym złem" wobec odrzucenia przez polityków demokratycznych Bernie'ego Sandersa. Dla robotników - ignorowanych jako ludzie za to, że śmieli pochodzić z rodziny, która miała lepiej - to Donald Trump może się jawić jako "mniejsze zło", a przede wszystkim - ktoś, kto obiecuje walkę z establishmentem kompetencji. Głos na Trumpa często był jak rozwalenie bezjbolem drukarki w kultowym filmie Office Space.

      Oczywiście, nie tak naprawdę

      Bo charakter prezydenta USA ma bardzo małe znaczenie dla losów świata. Trump będzie robił zapewne mniej więcej to samo, co robiłaby Hillary - podpisywał kolejne traktaty o wolnym handlu pozwalające uczynić jak najwięcej amerykańskich robotników bezużytecznymi. Nie ma innej metody, by zachowywać konkurencyjność - a nie ma innego skutku, niż odarcie dużej liczby istot ludzkich z ich dotychczasowej wartości i godności. Talk about establishment.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Na co pozwoli anty-establishmentowy Trump”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      ogqozo
      Czas publikacji:
      niedziela, 13 listopada 2016 21:44
  • niedziela, 15 maja 2016
    • Przepis na powszechnie uznawaną bzdurę

      Ten artykuł ze strony Co.Exist to krótki i przystępny tekst, który można uznać za typowy przykład dziennikarskiej publicystyki - źródła są wygodnie klikalne w postaci linków, a artykuł skupia się jedynie na wnioskach z nich. Jak przystało na XXI wiek, jest na górze nawet napisane, że jego przeczytanie zajmuje 9 minut, żebyście nie mieli obaw, że zaczniecie czytać a tu się okaże, że dokonano wam zbrodnię czytania czegoś długiego, zdradzeni niczym bogaty facet dowiadujący się, że kochanka tak naprawdę nie bierze pigułek. Ale nie oszukujmy się: 9 minut tekstu to nadal gdzieś tak 9 minut za wiele, żeby w XXI wieku przekaz mógł jakoś zarezonować społecznie. Obrazek, może wideo mające gdzieś tak z 15 sekund, okej, ale to... pozostanie raczej głosem wołającego na puszczy, pokazującego w serii przygnębiających przykładów, że w epoce internetu zalewani jesteśmy rokrocznie coraz większą ilością bzdur.

      W skrócie, tekst opisuje rodzaj bańki informacyjnej, w której internet pozwala nam się utrzymywać. Temat ten był tu wspominany parokrotnie jako jeden z powodów, dla których życie społeczne idzie w kierunku, który trudno opisać racjonalnymi kategoriami. Ostatecznie informacje potwierdzające nasz światopogląd wydają się po prostu przyjemniejsze, niż inne, a dzięki algorytmom Facebooka i Twittera możemy otaczać się wyłącznie nimi. Załóżmy, że mamy sobie grupy Białych i Czerwonych. Nie ma problemu, by miłośnik Białych zafollowołował na Twitterze 400 osób, z których wszystkie będą wrzucać jedynie screenshoty dowodzące, że Czerwoni biją Białych, i w ogóle ich nienawidzą. Ale w drugą stronę działa to tak samo. Jeśli polubicie na Twitterze któregoś z polityków Razemu, pewnie pojawią się w podpowiedziach wszyscy inni, a od tego połowa z nich będzie retweetować Bernie'ego Sandersa, więc polubicie też jakieś strony hołubiące jego, może aż do dość głupkowatych stron "lewicowych" typu The Other 98% - może dojdziecie aż do komunistycznego 1maja.info (które czasami wygląda jak dowód na to, że jednak gdzieś tam są w polsce lewicowe oszołomy, ale też o dziwo często krytykuje mainstream z sensem, bo jest co), a może stopniowo, poprzez niechęć wielu lewaków do PiS-u, przejdziecie aż w rejony "Gazety Wyborczej", Tomasza Lisa, KOD-u i masę celebrytów którzy generalnie nie mają wiele do powiedzenia poza tym, że PiS be (komentarze pod mądrymi tekstami "Wyborczej" często są mądre, ale te pod tekstami typu "PiS be" to często spora żenada, tak jak tutaj gdzie, haha, się pośmiali, że PiS to wiocha, a w ogóle to Andrzej Dupa hehe). Z kolei jeśli polubicie na Twitterze Ziemkiewicza, to i zaraz w podobny sposób polubicie Samuela Pereirę, Stanowskiego, Katarynę, Warzechę, Bosaka itp, ludzi którzy nazywają KOD "kodomitami" i leją do rozpuku z celnych obserwacji typu "feministki założyły torby na głowę bo są brzydkie hehehe ale żałosne ludzie po co to żyje jeśli nie jest ładne", ale tego samego dnia wyżalają się na język nienawiści i "zbydlęcenie opozycji", bo ktoś tam w internecie napisał "Andrzej Dupa", a kto inny powiedział, że nie powinno się promować ONR-u. Każdy z nich oczywiście to indywidualna osoba i mogą nawet się o coś pokłócić - co tylk dodaje realizmu obrazu takiego zestawu medialnego jako kompletnego, żywego świata. Nie musicie czytać nic innego, a już na pewno brać tego pod uwagę. Wchodząc w internet macie więc cały świat, masę przekazów - i wszystkie się z wami zgadzają. Jak miło.

       

      Artykuł na Co.exist przytacza dość mocne fakty, które wyrażają, jak media społecznościowe w ciągu ostatnich kilkunastu lat spowodowały, że informacje oszołomskie przestały być zdecydowaną mniejszością, a zaczęły większością wszystkich komunikatów.Są tam podane dane, linki do badań i źródeł - tego nie będę powtarzał.

      Zwróćmy jednak uwagę na skutki pewnego paradoksu. Otóż większość Polaków nie musi się z czymś zgadzać, by oszołomstwo opanowało świadomość w danej dziedzinie. Weźmy choćby antyszczepionkowców. Dość dobry przykład, bo to absolutne oszołomy. Ich poglądy są w ogromnej większości kompletnie oderwane od naprawdę solidnych danych naukowych. W Polsce stanowią oni niszę, znacznie bardziej, niż w USA. Dlatego byłem wręcz nieco zdziwiony, widząc komentarze pod Robertem Lewandowskim zachwalającym szczepionkę. Zdecydowana większość "lajków" szła na komentarze o tym, jakie to szczepionki są okropne, a piłkarz-autorytet się skompromitował. Ale zwróćmy uwagę na czas komentarzy: 12 maja pojawia się fala antyszczepionkowców i oni dominują kompletnie. Wtedy wiele osób zwraca uwagę na ten fakt i zaczynają linkować. 13 maja pojawia się z kolei fala komentarzy typu "ale ci antyszczepionkowcy głupi", i ostatecznie - dostają więcej lajków, no bo jednak ludzie w większości mają właśnie taki pogląd.

      (Swoją drogą, obserwacja branżowa: 14 maja pędem pojawia się konto Facebookowe UNICEF Polska i się wypowiada. Poprawia mi humor ta szybka reakcja, zwłaszcza w połączeniu z dość mocnym przekonaniem, że UNICEF nie tylko wybrał daną osobę do RTM-ów, ale pewnie jej płaci kilka razy więcej, niż by musiał mi. Ale spoko, dobra robota, tylko dwa dni na Facebooku to wcale nie jest długi czas na reakcję).

       

      Mówimy jednak o poglądzie, z którym zdecydowana większość Polaków się kompletnie nie zgadza! A nadal zrobił on sporą karierę. Teraz pozwala nam to łatwiej zrozumieć, jak kompletne bzdury mogą podbić internet jeśli dotyczą tematu, na który większość społeczeństwa nie ma zdania. Wtedy jedyne co widzimy, to zbiór doniesień o tym, jak to znowu Unia wprostowała banany, uchodźcy islamscy zgwałcili 400 kobiet i 800 kóz tylko dziś między 9.00 a 10.00 w Zakopanem, Donald Trump był bardziej pracowity i utalentowany więc nie można go okradać podatkami itp. To jedyny pogląd, jaki w ogóle widzimy na dany temat, więc oczywiście zakładamy, że jest prawdziwy.

      Nieprawda w masowych mediach internetu napotyka odpór komunikacyjny jedynie wtedy, gdy naprawdę, naprawdę wiele osób się z nią nie zgadza. Z różnych powodów czy to wyznawcy zamachu smoleńskiego, czy szczepionek wywołujących autyzm, czy innej Płaskie Ziemi nie przebili się więc ze swoimi opiniami do mainstreamu - nie są przekonujący dla większości, która przed pojawieniem się komunikatu ma już ustalone poglądy w tej kwestii, i napotykają na silny odpór. Ale też warto zwrócić uwagę, że nadal przekaz ten istnieje i jest zarówno przez zwolenników, jak i odpierających popularyzowany.

       

      To pozwala nam jednak skonstruować wzór na bzdurę, która stanie się powszechnie uznawana w danym społeczeństwie. Musi ona być emocjonalnie istotna dla pewnej grupy osób, a jednocześnie dotyczyć tematu, którym większość społeczeństwa się nie interesuje. Tyle na dziś.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      ogqozo
      Czas publikacji:
      niedziela, 15 maja 2016 15:36
  • wtorek, 10 maja 2016
    • Donald T. czyli lewe skrzydło prawicy, albo odwrotnie

      Rok 2016 to w polityce, oczywiście, rok wyborów w USA. Trump czy Clinton? Nagłówki. Zdjęcia. Twarz Trump. Twarz Clinton. Która twarz będzie rządzić Ameryką i stanie się Przywódcą Wolnego Świata, decydując, jak można się domyślić, o cholernie wielu rzeczach i ogólnie będąc superważną? Kolejny obrazek z ich twarzami.

      Obrazuje to dosłownie, moim zdaniem, problemy jakie stoją w związku z prymitywnym i absurdalnie oderwanym od rzeczywistości poziomem rozmów o polityce. Czasami serio można pomyśleć, że ludzie uważają, że generalnie to, co się dzieje na świecie, zależy od tego, co sobie życzy prezydent USA, prezydent Rosji i może, nie wiem, Merkel, wszystkie wydarzenia świata wynikają z ich charakteru. W historiografii nazywa się to "teorią wielkiego człowieka" i już od grubo ponad 100 lat uważane jest raczej za śmieszność... ale z jakiegoś powodu w naszej obecnej kulturze to właśnie teorie z XIX wieku wydają się być tymi bazowymi (zwróćmy np. uwagę na to, że kolosalne odkrycia w dziedzinie genetyki i badań historii ludzkości w okresie 50-10 tys. lat temu, jakie ludzkość poczyniła w ciągu ostatnich ok. 25 lat, nie zmieniły absolutnie NIC w popularnych teoriach narodowych i rasowych - wygląda na to, że dla przeciętnego Europejczyka czas, za wyjątkiem może branży z której się utrzymuje, zatrzymał się w okolicach traktatu wersalskiego).

      Przeglądając internet często serio odnoszę wrażenie, że absolutnie wszystko, co się dzieje w Polsce, wynika z faktu, że Wódz siedzi w gabinecie i ma dwa przyciski: rób dobrze dla kraju albo rób źle dla kraju dla własnego zysku, i po prostu cała działalność polityczna ludzkości opiera się wyłącznie na tym, by dopuścić do władzy tego, który wybierze przycisk "dobrze". Bo jest dobry.

      Tymczasem jest tak boleśnie oczywiste, że to bajeczka bardzo dla nas samych szkodliwa. I nie tylko grotestkowy, opisywany tu już, obraz podziałów Polski na popularne partie, które nie wiadomo czym się różnią, jest tego doskonałym przykładem. Także polityka amerykańska, której massmediowy charakter również został sprowadzony do bitwy charakterów, do pokazywania twarzy i przytaczania zręcznych lub niezręcznych powiedzonek, zamiast do jakiegokolwiek poczucia związku wyborów z tym, co faktycznie będzie się dziać w państwie.

       

      Podam wam na szybko parę faktów, które moim zdaniem powinny naprawdę coś mówić. I naprawdę zdaje się, że ludzie z jakiegoś powodu uwielbiają je ignorować.

      1. Amerykanie wybrali w 2008 r. fajnego prezydenta. Wykształconego, w miarę miłego, skierowanego raczej na lewo, przynajmniej w porównaniu do Bushów i Raeganów. Zapowiadała się rewolucja. Której jednak nie było. I nie mogło być, ponieważ prezydent to tylko jedna osoba, zależna od tony władców, lobbystów, witalnych interesów bogaczy... i wreszcie, od kongresu, który jest mu przeciwny i po prostu nie przyjmował różnych prezydenckich projektów. W ostatnich latach republikańscy politycy często mówili zupełnie wprost, że cokolwiek się nie pojawi, będą zawsze głosować przeciwko Obamie bo go nie lubią i nie mają interesu w tym, by wprowadził on jakikolwiek przepis w życie. Zatwierdzić budżet? Odrzucamy bez patrzenia, bo to Obamy. Zatwierdzić sędziego do trybunału konstytucyjnego? Odrzucamy ktokolwiek by to nie był, bo to Obamy. Serio, w porównaniu z bezczelnością amerykańskich kongresmenów to, co robi obecnie w Polsce PiS można określić jakoś rząd pozbawionych ego idealistów. Może wam się wydawać, że to muszą być okropni ludzie... no i pewnie są, są politykami, ale pamiętajcie: generalnie prawie każdy człowiek robi w pracy to, czego się od niego wymaga, ignorując jakieś tam "moralne" aspekty i "jaki będzie skutek dla świata". Ja na przykład nieraz piszę reklamy dla firm, których działania średnio mi się podobają. Ale muszę mieć co jeść. A od republikańskiego kongresmena obecnie w pracy wymaga się głównie bycia na nie - jakikolwiek rodzaj "poparcia" dla czegoś, co robi Obama, znacznie by osłabił jego pozycję w partii, a to z kolei może się przekładać np. na problemy ze spłaceniem kredytów, niezadowolenie ukochanej żony czy też brak środków na leczenie chorego na raka członka rodziny. Więc robią swoją pracę - chamsko blokują wszystko, co wymyśli prezydent.

      2. W różnych sondażach, poparcie dla kongresu wyraża od lat ok. 15% Amerykanów. Potępienie - ok. 80%.

      3. Skład kongresu jest wybierany demokratycznie, tak jak prezydent.

      4. Skład kongresu nigdy się nie zmienia. Od wielu dekad w każdych wyborach 90-95% kongresmanów jest wybieranych ponownie.

       

      Niestety pozwala to ładnie unaocznić, na ile zaangażowani w politykę są wyborcy w USA. Żeby lubić jedną będącą non-stop w TV osobę bardziej niż drugą będącą non-stop w TV osobę? Spoko, będę się o to kłócić całymi dniami. Ale gdy najwyższej skali celebrycki spektakl nie ma miejsca, głosują po prostu na to samo, co zawsze. Nawet ich to nie obchodzi - większość Amerykanów nie potrafi odpowiedzieć na pytanie, która partia ma większość w Kongresie (a dodajmy, że w razie strzału masz 50% na udzielenie poprawnej odpowiedzi w tej ankiecie!). Z jakiegoś powodu, polityka nie jest aż tak ciekawa, żeby się nią przejmować. Spektakl to co innego. Koleś, który mówi "pora na zmianę" jest fajniejszy, niż faktyczna zmiana, nawet w sytuacji, gdy społeczeństwo w ciągu ostatnich dekad relatywnie zubożało. Choć elity mają najbogatsze, USA daleko już do poziomu Europy Zachodniej, Japonii, Australii itp., jeśli chodzi o poziom życia przeciętnego mieszkańca. Teoretycznie powinno to wywoływać demokratyczny sprzeciw. Ale nie wywołuje.

      Symbolem sytuacji przeciętnej osoby w USA stała się moim zdaniem historia miasta Flint w Michigan. Aby zaoszczędzić sporo pieniędzy, miasto postanowiło w 2014 r. by nie czerpać więcej wody z obiegu Detroit, ale z rzeki Flint - nie przeprowadzając działań odkażających i chroniących rury przed korozją. Tak więc mieszkańcy mają w kranach wodę z dużą zawartością metali ciężkich, takich jak ołów. Sęk w tym, że... są biedni, a ponadto nie zabija ich jakiś przedstawiciel grupy religijnej czy narodowej, tylko olewka władz, więc nie jest to jakaś specjalna tragedia. Oczywiście jest wolny rynek - zawsze można się wyprowadzić. Jeśli pracując w tym biednym, post-industrialnym miasteczku odłożyliście na jakis nowy dom, bo ten wasz w Flint jest obecnie nic niewart. Z racji na to, że Chińczycy są tańsi, problem postępującej biedy wśród klas niższych rozprzestrzenia się w USA. Za tym idzie też fakt, że w ciągu kilku dekad siedmiokrotnie wzrosła ilość więźniów, którzy obecnie stanowią już niemal 1% całej populacji Stanów Zjednoczonych (drugie tyle ma warunek).

      W kwietniu zastrzelono 19-letnią Sashę Avonnę Bell - pierwszą osobę, która złożyła pozew w sprawie zatrucia ołowiem, argumentując, że w ten sposób zaszkodzono jej rocznemu synowi. Zabójstwo takie właściwie nikogo nie zdziwiło w kraju, którego historia to jedna wielka seria bicia i mordowania działaczy związkowych i ruchów obywatelskich. Here's to you, Nicola and Bart. Nie zrozumcie mnie źle - wydaje się mało prawdopodobne, że dosłownie władze Flint ją zabiły. One są raczej ubezpieczone. Prawdopodobnie był to po prostu któryś z bankierów, który na procesie może stracić miliardy. A może przypadek. Ludzie w biednych miastach w USA czasem wpadają komuś na chatę i zabijają ludzi, których tam znajdą.

       

      Nie żeby ludzie nie byli niezadowoleni z ogólnej sytuacji politycznej. Jak widać z sondaży, są. Jednak zmian nie dokonują, z różnych powodów. Po pierwsze dlatego, że wybrani przez elity kandydaci po prostu mają pieniądze, by przekonać, że zmiana jest możliwa tylko dzięki nim. Gdy przeprowadzono badania w roku 2000, wykazały one, że urzędujący kongresmeni wydali ponad 90% wszystkich pieniędzy, jakie przeznayczone był na kampanie wyborcze. Ci nowi przegrywają więc po prostu "na wolnym rynku". W tym kontekście można uznać, że Amerykanie faktycznie w pewnym sensie są niezadowoleni - w końcu pomimo wydania 93% pieniędzy, urzędujący kandydaci zdobyli "tylko" 67% głosów. W systemie jednookręgowym, który zdaniem niektórych spośród najgłupszych polityków Polski jest atrakcyjną propozycją, te 67% przekłada się na to, że w każdym wyborach wymienia się kilka czy kilkanaście osób z liczącego 400 osób kongresu.

      Do tego dochodzi oczywiście inna zaleta JOW-ów, czyli gerrymandering. Jest to układanie wymyślnych kształtów okręgów przez partię rządzącą tak, by wygrać w większości z nich. To też wspaniała demokracja w działaniu, że w USA większość wyborów właściwie nie ma sensu - zazwyczaj znaczenie ma tylko część okręgów i stanów, gdzie walka między dwoma kandydatami faktycznie jest zacięta. W wielu stanach zawiązują się ruchy przeciwko gerrymanderingowi, ale partie są niechętne działać w tej kwestii, bo... nie jest przyjemnie tracić władzę.

       

      Dlatego więc nie miałem tyle pasji do śledzenia kampanii Barnie'ego Sandersa, co wielu lewicowców w USA. Mógłbym długo pisać o tym, jakie to fajne, że taki koleś w ogóle istniał jako prawie prawdopodobny zwycięzca przez tak długi czas. W Stanach jest niesamowicie trudno dostać nominację prezydencką bez wsparcia władzy, ale pod wieloma względami to Sanders wywołał entuzjazm wśród największej ilości przeciętnych ludzi. ALE. Nawet gdyby Sanders wygrał, to pewnie władza by totalnie zniszczyła jego optymistyczne plany. Załóżmy, że Sanders na dziś już raczej przegrał i faktycznie czekają nas wybory Trump-Clinton. Media każdego nurtu zdążyły już zresztą napisać setki tekstów o tym, jak to większość Amerykanów postrzega to jako wybór pomiędzy dwoma diabłami.

      Ten pierwszy został już opisany przez wszystkie możliwe media. Praktycznie każdy, kto ma trochę rozsądku, jest załamany. Coś poszło nie tak, bo oto duże szanse na zdobycie ważnego stanowiska w kraju ma facet, który, no cóż, wygląda na wariata i to z gatunku tych dość niebezpiecznych. Jak to działa - wydaje im się tajemnicze. Wygląda na to, że Trump po prostu idealnie uosabia emocję tak prostą i powszechną, by dało się na niej wygrać wybory - generalnie wkurwienie na to, jak jest. Oczywiście parę innych osób próbuje celować w te tony, ale Trump daje najłatwiejszą odpowiedź na to, jak zmienić obecny stan: czyniąc Amerykę czystą rasowo (aczkolwiek w USA wcale nie jest tak łatwo do końca sprecyzować, co to znaczy. W pewien paradoksalny sposób to kraj i różnorodności, i największego rasizmu, i Trump doskonale to ucieleśnia, rzucając uogólnieniami dotyczącymi np. czarnych, Żydów, muzułmanów, Latynosów na prawo i lewo, aczkolwiek niekoniecznie uogólnieniami natarczywie negatywnymi - wiecie, Żydki dobrze liczą a czarni są leniwi, ale ja tam ich lubię i zrobię dla nich dobry kraj. Muzułmanów też, jak zaznacza, "bardzo lubi", co sprawia, że jeśli nie będziecie nad tym w ogóle myśleć, jego obietnica zakazu pobytu w USA dla wyznawców tej religii nie zabrzmi jak wyraz Kaligulalowej hipokryzji, tylko smutna konieczność, która widać, mimo sympatii, musi być wprowadzona w życie).

      Każdy z nas pragnie wspólnoty, ale też do jej istnienia potrzebny jest wróg - kompletna równość wszystkich ludzi, jakiej chce papież czy inny Obama, niezbyt pociesza, bo co to za przyjemność być członkiem grupy, do której należą po prostu wszyscy, nawet te głupki co ich nie lubimy. Biali biedni ludzie w USA wiedzą, że żyje im się znacznie gorzej, niż pokolenie czy dwa temu, i Trump daje im przyjemność zwrócenia uwagi na ten problem - tak, to wy w tym kraju macie źle. W pewnym sensie to prawda - o ile pod pewnymi względami sytuacja mniejszości etnicznych poprawiła się na przestrzeni dekad, a "świeży" imigranci oczywiście mają w Stanach lepsze warunki ekonomiczne, niż w Meksyku, tak duża grupa, jaką są biali ludzie, których rodzice urodzili się już w USA, znają w swoim życiu tylko równię pochyłą. Można powiedzieć, że biali to oczywiście nadal w USA większość i grupa najbardziej uprzywilejowana - ale kontekst "ogólny" nikogo nie obchodzi, ludzi obchodzi głównie ich własne życie i to jest cały kontekst, z jakim patrzymy na świat (co być może w jakiejś mierze tłumaczy zdziczenie pokolenia Polaków, które nie wychowywało się w komunie, czyli niby miało lepiej i powinno być fajniejsze). A tutaj jest faktem, że biali to w USA jedyna grupa, która z roku na rok wymiera oraz traci pozycję. Wszyscy chyba znamy to uczucie, jak niemiło jest, gdy mamy systemowo przewalone, a tutaj jeszcze inni (bogatsi biali) próbują nam wmawiać, że wcale nie, jest spoczko.

      Polscy prawicowi dziennikarze hołubią Trumpa, bo "facet z majątkiem wartym 4,5 miliarda dolarów zna się na gospodarce i finansach" (w istocie, miałby dziś czterokrotnie więcej, gdyby na początku swej kariery po prostu włożył kasę na fundusz - ale nie czepiajmy się autorytetów), niemniej amerykańscy często wydają się po prostu zmęczeni tym żartem, że niby miałby on rządzić, przekonani i przekonujące, że trudno nawet zajmować się Trumpem na poważnie. To tylko ogólny sygnał, jak istotny w polityce jest po prostu spektakl i głosowanie nie za kimś, a przeciwko komuś - weź wielki, wyprostowany środkowy palec, dodaj miliardy dolarów na kampanię i masz najmocniejszego kandydata z możliwych.

      Clinton to ciekawszy przypadek. Odrzucenie jej przez szerokie grono wyborców to właściwie optymistyczny znak dla USA. Jak by nie patrzeć, okres prezydentury Billa Clintona był jednym z jasnych punktów dla gospodarki USA w uderzająco ciemnym okresie rozpoczętym przez rządy Reagana - aczkolwiek nie był to też powrót do dawnych, z dzisiejszej perspektywy powiedzielibyśmy "socjademokratycznych" czasów zakończonych, powiedzmy, przez Watergate. Jeszcze w 2008 roku emocje wobec Hillary wydawały się raczej przychylne - Obama, zdaje się, był po prostu głównie fajniejszy jako człowiek i bardziej przekonujący. Wtedy jednak jeszcze "elektorat negatywny" Clinton nie był tak duży. Dziś wiele osób nie ma już ochoty na prezydenta, który pochodzi z dynastii, dostaje mnóstwo pieniędzy od Wall Street i je wspiera, i generalnie jest po prostu... konserwatywna, uosabiając zadowolone, odseparowane od zwykłego życia kompletnie elity.

       

      I teraz powiem wam coś, czego polskie media nie mówią. Donald Trump właściwie może być bardziej lewicowym kandydatem, niż Hillary Clinton. No, przynajmniej w pewnym sensie.

       

      Tak bardzo przyjęło się patrzeć na pewne okropnie nieprzemyślane podziały, że nawet można to przegapić. W końcu od jakiegoś czasu to partia demokratyczna miała być tą "lewicową", a republikańska "prawicową". Media w Polsce zazwyczaj to identyfikują z automatu. W praktyce jednak... różnie bywa. Jeśli śledzimy tylko media, to zaiste raczej dziennikarze, artyści czy komentatorzy amerykańscy będący bardziej na lewo najbardziej boją się Trumpa - zapewne ma to związek z ich wyższym wykształceniem (i chociaż tępią oni obecnie tak samo niemal mocno Hillary Clinton, wspierając Sandersa, to nie miejmy wątpliwości - przed wyborami narodowymi nie będą mieli wątpliwości, kto jest mniejszym złem). Jednak jeśli popatrzymy na program i, przede wszystkim, na emocje... Trump, podobnie jak przywoływany w jego kontekście często do porównania Adolf Hitler, tak naprawdę pod wieloma względami uderza w lewicowe tony dużo bardziej. Zwróćmy choćby uwagę na podstawowy fakt, że udało mu się trafić do ludzi, którzy faktycznie mają źle. Jego wyborcy to przede wszystkim biedni, starzy, bezrobotni, niewykształceni (co w USA jest dużo bardziej powiązane ze statusem, niż u nas), w dużej mierze pracownicy produkcji. Może słuchają go, bo "są głupi", ale jednak. Wielu wyborców tej samej grupy - biedni biali - wspiera i Trumpa, i Sandersa (zdaniem wielu mediów: "skrajną lewicę" i "skrajną prawicę"), właśnie dlatego, że obaj deklarują chęć zmiany, która pomoże biednym. Elektorat wspólny nie jest zbyt duży, ponieważ oczywiście od pieniędzy ważniejsze są kwestie światopoglądowe: wiele osób po prostu nigdy nie zagłosuje na rasistę albo na anty-rasistę, bez względu na to, jaki miałby program.

      Z tego względu właśnie Trumpa nazywa się często zwyczajnie "skrajną prawicą", no bo jak rasista to prawicowiec. Co jest równie błędne, jak w przypadku Hitlera. Trump, miliarder, który w istocie bez wątpienia "powinien" uosabiać przywileje lepiej niż ktokolwiek, ponieważ całe życie tylko pływa w śmietanie i żyje z tego, że miał bogatego tatusia, nie robiąc nic wartościowego i nie znając się na niczym... mimo wszystko opiera swoją kampanię na niechęci do elit i chęci wyrwania jej przywilejów. Przede wszystkim kieruje swoje słowa do niezadowolonych, wskazując im jako wroga nie tylko osoby o innym kolorze skóry i wyznaniu, ale też ogólnie rozumianych miliarderów, bankierów i finansistów. To, że większość wykształconych ludzi nawołuje, by "przestać się wygłupiać" i nie głosować na tego faszystę, czubka, szkodnika - to dla wkurzonych często tylko zachęta, by właśnie na niego głosować. W końcu wszyscy ci mędrkowie mają lepiej niż oni i w sumie należą do elit - albo przynajmniej przyjemnie jest tak myśleć. To bardzo podobna sytuacja, jak w Polsce, gdzie od roku w końcu mamy partię mającą cel stać po stronie pracowników, ale przeciwnicy i tak starają się jak mogą, by budować jej wizerunek jako "hipsterów", "klientów Starbucksa" itp., by ignorując program uwydatnić, że nie mogą wspierać biednych - bo nie wyglądają jak biedni (co nota bene jest bzdurą, bo zebrania Razem to dość klasyczny Lumpex, ale bzdurność nie musi przeszkadzać w popularności danej opinii, zwłaszcza na polskim prawicowym Twitterze). Tak więc myślę, że podobny mechanizm w USA łatwo zrozumieć.

      Oczywiście, powtórzmy, Trump to szaleństwo - dlatego czasami trudno powiedzieć, jaki ma program. Często zmienia obietnice z dnia na dzień, głównie, zdaje się, kierowany po prostu tym, by zapewnić, że pomoże każdej grupie społecznej w każdy sposób. Teoretycznie planuje on skrajną obniżkę podatków... a jednak w przemowach nieraz ubierał to w słowa tak, by brzmiało, że dla dobra przeciętnego obywatela podwyższy podatki bogatym, rozpasanym świniom ("...w stosunku do mojego oryginalnego planu", dodawał potem po cichu pytany o sprecyzowanie). Tak jak wielu prawicowych polityków, zapewnia, że podwyższy pensje... ale nie prawnie, tylko poprzez obniżkę CIT (jak często powtarza, "najwyższego na świecie", co jest bzdurą), która sprawi, że wszystkie firmy będą chciały działać w USA i w ten sposób pensje będą dwukrotnie wyższe. Jednak da się zauważyć, że podobnie jak w przypadku postulatów NSDAP (czy wielu innych partii dominujących w międzywojennej Europie w różnych państwach), w jego nacjonalizmie jest też naturalnie wiele elementów lewicowych. Chociażby niechęć do wolnego handlu, który według jego przemów, winny jest "oddania" przemysłu i innych źródeł dochodu zagranicę. Trump obiecuje zamordystyczną kontrolę: będzie groził prezesom korporacji, by przestali prowadzić produkcję w Chinach, ale wrócili do USA, bo jak nie... jest to "prawicowa" metoda państwowej kontroli, ale jednak jakaś państwowa kontrola. I to w sprawie, która naprawdę porusza emocje przeciętnych Amerykanów, z których praktycznie każdy albo stracił pracę z racji przeniesienia produkcji do tańszego kraju zagranicą, albo ma taką osobę wśród znajomych lub rodziny (inna sprawa, że firmy samego Trumpa często produkują w Chinach i Meksyku. Znów: nie mieszajmy kampanii z faktami. Trump-decydent może być czystej wody Reaganowskim neoliberałem, ale wizerunek Trumpa-kandydata, czyli to, co widzi konkretna osoba głosując, nie musi mieć z tym nic wspólnego). Często wyraża niechęć do lobbystów, za sprawą których rząd podejmuje nieefektywne finansowo działania (co bez wątpienia jest prawdą przynajmniej w pewnej mierze). Trump zapewnia przykładowo, że chce, by państwo angażowało się w rynek leków, zaburzając zmowę cenową korporacji i obniżając ceny. Znów: typowy "lewak" raczej by chciał, by po prostu te niższe ceny wymóc systemowo, a nie taką nieprzewidywalną magią, ale... teraz widzicie może, na czym polega myk: Trump nie tyle jest czystej wody "prawicowcem", jak czasem się go przedstawia w tych obrzydliwie szkodliwych uproszczeniach... co zwyczajnie: obiecuje proste i efektowne rozwiązania problemów zwykłych ludzi, i to tak naprawdę jest celny opis jego kategorii politycznej, bardziej pierwotnej niż podziały na partie i strony.

      Trudno więc go do końca sklasyfikować (przykład polityka czy rządu, który medialnie deklaruje dbałość o klasę średnią, a działaniami wspiera jedynie elity, nie jest oczywiście niczym nowym - hello, Prawo i Sprawiedliwość). W wyborach decyduje ogólny emocjonalny przekaz - a ten jest w ustach Trumpa niechętny elitom.

       

      Kandydat prezydencki musi sprzedać się jak każdy produkt: nie prowadzić cholernej kampanii edukacyjnej, tylko odnieść się do odczuwalnych problemów klienta i zaoferować ich naprawę. Te problemy mogą być tak naprawdę skomplikowane, subiektywne, natury czysto emocjonalnej, mogą wynikać z innych niż pozorne przyczyn, mogą nawet być nierozwiązywalne... to bez znaczenia, tylko obietnica ich rozwiązania pozwoli sprzedać produkt. Ktoś inny może mieć rację albo nie, ale na pewno tym nie przeprowadzi sprzedaży.

      Dla zdecydowanej większości osób, w polityce nie chodzi w ogóle o rozwiązania, tylko o problemy. (Z tego powodu największe marsze w Polsce są tak durne, że serio nie umiem ogarnąć, czemu przyciągają ludzi i fascynują na tyle, by ilość maszerujących była tematem dnia. Bo Kaczyński, albo Tusk i Lis i Michnik, to problem, z którym duże grono osób się zgodzi, a że każda z nich ma inne rozwiązanie - jakoś nie ma znaczenia). Jeśli przestaniecie iść śladem wykształconych polskich politologów i zwrócicie na ten kluczowy aspekt życia politycznego uwagę, to zrozumiecie łatwo, czemu ludzie głosują na Trumpa. To złe rozwiązanie, ale na właściwy problem.

       

      I to, kto wie, może być paradoksalnie dobry znak dla USA, niemal tak samo jak kampania Sandersa - ostatecznie przegrana, ale bliższa powodzenia, niż kampania jakiegokolwiek polityka lewicowego od kilkudziesięciu lat. To przecież też kraj, w którym w tym roku w wielu stanach wprowadzono pensję minimalną 15 dolarów, a więc dwukrotnie wyższą, niż federalny standard. Kto wie, może w tym chaotycznym, pełnym ignorancji i neandertalsko subtelnych argumentów świecie, jakim są wybory powszechne, sam fakt, że ludzie wiedzą, że mają problem, coś już znaczy.

      A może nie i po jego wybraniu szybko dojdzie do kompletnego zniszczenia resztek demokracji w USA, pogromów, masowego rozprzestrzenienia biedy itp. Bo jest i druga strona medalu, poparta wieloma przykładami z historii - czasami rozwiązania niewłaściwych problemów mogą być zaiste mniejszym złem, niż rozwiązania tych właściwych. I tak mniej więcej na dziś kształtuje się najpopularniejszy w USA argument za tym, by w listopadzie głosować za Hillary Clinton.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      ogqozo
      Czas publikacji:
      wtorek, 10 maja 2016 22:50