Ogórek postępowy

Wpisy

  • piątek, 02 grudnia 2016
    • Francja na prawo z Fillonem

      To nie będzie jakiś mocny tekst o czymś, o czym się rzadko mówi, bo nie mam specjalnej opinii na temat wyborów we Francji. Ale zaznaczmy kilka faktów, bo wydaje się, że prawie znamy prezydenta.

      Prawie, bo można odnieść wrażenie, że nowy pomysł prawyborów przyniósł najważniejsze rozstrzygnięcie: kto będzie kandydatem Partii Republikańskiej. W praktycznie każdym sondażu zdecydowanie dwa pierwsze miejsca zajmują kandydaci Frontu Narodowego, który na pewno będzie reprezentować w wyborach i w drugiej turze Marine Le Pen, oraz kandydat właśnie Republikanów. Okej, w sondażach prawie zawsze podawano jako wybór nie Francois Fillona, który wygrał szokująco prawybory, ale dotychczasowego faworyta Alaina Juppé. Ale już po triumfie Fillono przeprowadzono kilka sondaży typu "kto w drugiej turze - Fillon czy Le Pen?" i nowy facet ma przewagę rzędu 70-30. To ogromna przewaga. Fillion PRAWIE jest prezydentem. Ale... hej, pamiętamy, ile miał przewagi pół roku przed wyborami 2015 Komorowski, co nie?

      Załóżmy na chwilę, że Fillon jednak wygra, i opowiedzmy historię z nim jako kolejnym punktem, bo o Le Pen wszyscy chyba więcej wiemy - jest uważana za dość skrajną, i ma spory elektorat negatywny. I wydaje się, że nigdy tego nie przeskoczy, skoro nie udaje się od tylu lat. Francuzi znów wydają się tkwić w pułapce systemu politycznego. Republikanie (wcześniej pod nazwą UMP) rządzili przez 17 lat, mimo że lud nie był zadowolony z sytuacji w kraju. W końcu zmienił ich reprezentant Socjalistów Francois Hollande tylko po to, by nie zmienić wiele, nie rozwiązać żadnych problemów, a z dodatkiem mało porywającej persony medialnej stać się najmniej lubianym prezydentem w historii, dziś mającym najwyżej 10% poparcia w sondażach. W stawce są same staruchy, działające w tym systemie od dekad (Fillon pracował wiele lat pod Sarkozym). Nikt, kogo by ktokolwiek w ludzie specjalnie lubił - poza może naziolkami czującymi autentyczną sympatię do Le Pen, ale będącymi nadal dość niewielką grupą. Ogólnie to nikt nie jest przekonujący, ale na kogoś trzeba zagłosować. Skąd to znamy?

      Kraj nadal nie może się podnieść ze spowolnienia, które zaczęło się na dobre w latach 80. Jak dziś widzimy, reakcja na spowolnienie gospodarcze, które nastąpiło po pewnym boomie powojennym, do dziś jakoś ciąży: wykluczono spore grupy osób, którym trudno o nową pracę, i są wkurzone. Przez ten czas zdążyli mieć dzieci, które wychowane bez grosza też zbyt wielkich szans na karierę w przyszłościowej branży nie mają. W dużej liczbie są to osoby pochodzenia zagranicznego, co skłania do powstawania ruchów opartych o rasę i religię, także agresywnych, w każdą stronę. Podziałom sprzyja też budownictwo masowe z lat 60., które wtedy było sypialnią dla nowych robotników, a dziś - jest dla bezrobotnych. Osławione, przerażające Les Banlieues, w których nieraz bezrobocie wśród młodych przekracza 40% - jeśli nie są faktycznie największym problemem Francji, to jeśli wierzyć relacjom, wydają się być przynajmniej najbardziej odczuwalnym.

      20% ludności Francji mieszka w tych biednych slumsach, gdzie wszystko się może wydarzyć, a kolejne 20% na wsi, na której coraz mniej jest pracy, usług, wszystkiego. To drugie zjawisko jest na pewno nieco lepiej znane z perspektywy polskiej.

       

      Powstają "dwie Francje": niby praca tak ogólnie jest, ale tę naprawdę solidną dostają ci, którzy już mają pozycję, wykształcenie, znajomości, mieszkanie w dużym mieście itp. Ci gorsi - biedni, "głupi", imigranci, zwłaszcza młodzi - dostają pracę najgorszego sortu: tymczasową, niepewną, z płacą niewystarczającą na rosnące koszty wynajmu w dowolnym mieście, w którym jest płaca. Ceny zaś rosną dla każdego. Im mniej masz, tym trudniej jest ci zarobić określoną kwotę, wskutek czego mniej masz: welcome to capitalism. Co nieco pisał o tym W. Orliński, relacjonując ksiązkę "Le mystere francais". Nota bene to autor - jak chyba każdy, kto dziś coś publikuje - który oczywiście zna tę drugą połowę tego dualizmu, pochodząc z Warszawy, dostając pracę w mediach latach 90., gdy brakowało wykształconych, no i jakoś tak sobie żyjąc za marne kilka tysiaczków. Możemy rozmawiać o tych samych rzeczach, ale nasze żywoty przez sekundę nie będą do siebie zbliżone.

       

      Wymiar kulturowy tego dualizmu (który, jak się uprzeć, nazwać i możecie "problemem z islamem"), paradoksalnie, wydaje się być skutkiem republikańskich wartości i neutralności: traktujemy wszystkich równo, więc nie pomagamy specjalnie imigrantom (porównajmy tu kulturę Francji do Niemiec czy Skandynawii). Jesteśmy neutralni ideologicznie, więc wszystkie zmiany mające przekazać muzułmanom, że to nie ich kraj, wprowadzamy pod płaszczykiem obrony neutralnego państwa laickiego, serio, zero tępienia mniejszości (popatrzmy na przykład na zakaz zakrywania twarzy: dotyczący w praktyce ledwie ok. 2 tysięcy kobiet w kraju, ale wprowadzony z dość dużym szumem, reklamowany przez Nicolasa Sarkozy'ego jako "obrona kobiet przed nakazywaniem im noszenia nikabu". Niby zrozumiałe, ale popatrzcie na perspektywę muzułmańskich "prawdziwych patriotów": kraj ich broni przed robieniem tego, co chcą!). I tak dalej. W skrócie mówiąc: to niby kraj, gdzie osoby "spoza Europy" najmniej się kulturowo "różnią" od "rdzennych" (ten współczesny język...), a jednak jakimś cudem ich problemy wydają się największe.

       

      Może to po prostu kwestia tego, że dzięki podziałom rasowym jest O CO się kłócić. I tyle. W końcu czy nie wszędzie na świecie niewyżyci ludzie nie szukają zrozumienia w intepretacji nacjonalistycznej, religijnej, rasowej? Obojętnie, czy są mniejszością, czy większością. Zwróćmy uwagę: obsesja walki z "inwazją islamu" dotknęła młodzież choćby i w Polsce i Słowacji, gdzie z braku laku trzeba czasem oklepać turystów z Gwatemali czy Ghany, bo prawdziwych muzułmanów tak trudno wygrzebać. Ale problem jest, oni go odczuwają. Może powinniśmy uznać ten trend za zjawisko globalne i w ogóle o tym nie mówić, jakby we Francji dało się z tym zrobić cokolwiek inaczej? Nie przesądzam, ale nie będę na pewno spędzał nad tym więcej czasu.

      Może po prostu: gdyby pracy było tyle, co w Niemczech, to i byłoby spokojnie, jak w Niemczech, obojętnie, kto ma jakie pochodzenie. Mam wrażenie, że ludzie najedzeni i mający poczucie, że przez najbliższe lata bez problemu zapłacą czynsz, wydają się jakoś znacząco mniej rozsierdzeni faktem, że ktoś tam inaczej wygląda albo jest niewiernym. Rasa to zawsze prosty temat, który ekscytuje ludzi. Do tego dochodzi nieco losowy element pod tytułem: los decyduje o tym, jakie ruchy polityczne się wybiją (we francuskim systemie partii jest sporo - . Jeśli nie pojawi ci się żaden Podemos ani Syriza, jak w dwóch krajach dotkniętych prawdziwą plagą bezrobocia, to niech będzie i Ruch Narodowy.

       

      Na pewno widać konkretne problemy: ciągle od lat 10% bezrobocia, niski wzrost gospodarczy (najniższy w UE, wyłączywszy sprowincjonalizowane do reszty Włochy), stagnacja i zatęchłość wielkiej sceny politycznej. Niewiara we własny naród, liderów, i rosnące ubóstwo. Wystarczy. Nie do końca jest ŹLE. To nadal dobry kraj do życia, w uśrednieniu. Licząc wartości "nieprzeliczalne", może i najlepszy. No bo, c'mon, to Francja. Wolelibyście gdzie indziej? Wskaźniki nie kłamią: ani nierówności, ani bieda, ani jakość życia (w tym uważana za najlepszą na świecie służba zdrowia) nie wypadają jeszcze specjalnie słabo. Jeśli nie zapuszczacie się do banlieues, możecie podobno nawet nie odnieść wrażenia, że lada dzień wybuchnie krwawa wojna domowa. A jednak i tak narzekacie, bo... rozwój się zatrzymał. To bardzo, bardzo ogólnikowy opis problemów Francji - ale na razie musi wystarczyć na krótką notkę o perspektywie Fillona.

       

      Być może w tej sytuacji pasuje, że wobec niewypału alternatywy - Holland niewiele rzeczy kompletnie schrzanił, ale też niewiele naprawił - wracamy do Fillona, czyli lekkiej odmiany od Republikanów, rządzących w latach 1995-2007. Za wiele się CHYBA nie zmieni.

      A czym się od Sarkozy'ego różni? Otóż jest bardziej na prawo. Najczęściej o Fillonie - osobie mało wyrazistej, na razie w pewien sposób "nieodkrytej" medialnie - mówi się w dwóch hasłach. Po pierwsze: podobno prawdziwy katolik (co w tym bezbożnym kraju wiele znaczy). Po drugie, dla mnie ciekawsze: podobno fracuskie wcielenie Margaret Thatcher. Prawe skrzydło prawicy, jak się popularnie o nim mówi. Przy okazji wierzący, że może być nowym De Gaullem, przynajmniej w tym sensie, że będzie "niepoprawny", "niegrzeczny" i będzie "mówił jak jest" i "robił co trzeba" bez patrzenia na jakieś tam poprawności. A więc, gorliwe chrześcijaństwo i bezlitosny autorytarny faworytyzm wobec biznesu. Dziwne połączenie, ale wszak nie pierwszy przykład, że politykiem się nie zostaje z nadmiaru spójności persony.

      Jak obiecuje, ma zmienić wiele i od razu, by, oczywiście, "make France great again". Wiele jego pomysłów gospodarczych nie spodobało się rywalom takim jak Juppé jako zbyt radykalne, wywracające kraj do góry nogami, niemożliwe do skutecznego wprowadzenia - i właśnie to było doskonałe dla powodzenia Fillona wśród wyborców, którzy uznali: hej, ten koleś wkurza establishment, że niby zbyt radykalny, czyli już go lubię. Przecież - najpopularniejsza opinia wśród wyborców w każdym kraju - COŚ TRZEBA ZMIENI, więc jakżeby zmiany radykalne mogły być złe. Fillon, który oprócz "Przeciw islamskiemu totalitaryzmowi" ma też książkę pod jakże fajnym tytułem "Faire" ("Robić"), odwołuje się do wizji świata, w którym źródłem wszelkiego dobra jest biznes, a rolą państwa jest przede wszystkim ułatwienie biznesowi zarobku - a wtedy on bez wątpienia będzie w końcu "miał wystarczająco pieniędzy", by dać pracę każdemu, kto chce pracować. W ten sposó biedni odzyskają godność - na pewno zarabiając wreszcie wszyscy godziwie, o ile tylko będą chętni, nie jak te inne leniuchy, których, tak mi mówią, wszędzie pełno. Produkcja ma znowu być siłą gospodarki. Tak, skojarzeń z wyborami w USA można tu kilka by jeszcze wymienić.

       

      Katolicyzm Fillona jest nieco powodem do żartów jako dziwactwo. Jeden z częstych wniosków na tym blogu brzmi: Jezu, przestańmy udawać, że religia jest czymkolwiek innym, niż pretekstem - i Francja to doskonały przykład na to, jak to działa w praktyce. Do kościoła nie chodzi tam prawie nikt, seks uprawia każdy z każdym, a rozwody niedługo będzie się brać przed ślubem, ale "chrześcijańska tożsamość" kraju przydaje się, gdy trzeba znaleźć ładne słowa na to, czemu nie podobają się nam ludzie, śluby homoseksualne niszczą rodzinę, role płci są za mało rozdzielone i tak dalej. Niektórzy nazywają to wręcz ateistycznym katolicyzmem czy zombie-katolicyzmem, ale nie lubię tych określeń. Bo pod hasłem "katolicyzmu" już nie tylko te, ale też wszystkie inne poglądy podawano. Wolę po prostu oceniać każdy pogląd konkretnie za jego treść.

       

      Ok, jest też chrześcijańskim nacjonalistą. Słusznie czy nie, Fillon wygrał jako koleś "bardziej antyislamski" od Sarkozy'ego czy Juppé. Bardziej wyraziście wypowiadał się w poparciu dla idei Francji jako kraju katolickiego. Okres kolonializmu uważa za piękny i wspaniały - "Francja dzieliła się swoją kulturą z innymi krajami", zaś obecnie zagraża mu, nie wiadomo skąd, islamski totalitaryzm. Muzułmanie niech sobie będą, ale nie są u siebie. "Żydzi, buddyści i sikhowie nie zagrażają naszej jedności", zaznacza łaskawie Fillon o tych marginalnych dość grupach. Tutaj nie ma co wiele gadać, bo ktokolwiek żyje w Europie, pewnie doskonale zna ten tok myślenia. Nie różni się on znacząco od opinii Frontu Narodowego i Le Pen. Fillon też zapowiada zamknięcie imigracji, dokładne testowanie osób wpuszczanych ewentualnie do Francji i inne rzeczy, które w praktyce wiele nie zmienią i będą kontynuacją kierunku z ostatnich dekad. Chociaż w praktyce "Francji narodowej" z tej wizji nigdy nie było i raczej być nie może bez jakiejś kompletnej katastrofy, to według życzeń większości wyborców, innej niż taka być nie powinno.

      Jeśli chodzi o sojusze zagraniczne, Fillon wykazuje sporo sympatii wobec Rosji i Iranu. Raczej kosztem więc takich stron jak rebelianci w Syrii czy kraje Zatoki. Co z tego będzie w praktyce, gdy dorzucimy jeszcze Trumpa i jego Suicide Squad - cholera wie. Może będzie lepiej, może gorzej. Dajcie znać, jeśli wiecie.

       

      Ciekawszy jest program gospodarczy Fillona, ponieważ stoi on na prawo od poprzedników, a także zwłaszcza od Frontu Narodowego - który przez najbliższe pół roku będzie prezentować się jako ludowa, lewicowa alternatywa dla bezdusznego Thatcherzysty, dbająca o niesprawiedliwie wykluczonych (czyli "rdzennych" wykluczonych). Fillon obiecuje rozprawienie się z największym złem świata, czyli związkami zawodowymi, a ponadto obniżenie podatków dla firm. Jakie efekty ekonomiczne daje takie podejście zazwyczaj w wielu krajach Europy czy USA - opowiadać wiele nie trzeba. Ludzi ma być łatwo zwalniać, mają pracować dłużej (koniec 35-godzinnego tygodnia), a państwo ograniczyć wydatki, by przedsiębiorcom zostało w kieszeni więcej. Państwo zwolnić ma pół miliona "zbędnych" urzędników.

      Może się wydawać, że pomysł naśladowania Thatcher brzmi dziwacznie w kraju, w którym bezrobocie już teraz jest wystarczająco wysokie. Wyrzucić kolejne miliony na bruk? Wyobrażenie podobnych zjawisk, jak te, które miały miejsce w Wielkiej Brytanii w latach 80. - przemnożonych przez skalę wściekłości już obecnych młodych biednych Francuzów - wydaje się sugerować, że wojna domowa pod rządami Fillona wybuchnie dużo szybciej, niż by to mogła uczynić Le Pen. Tylko że politycznie nie będzie wiadomo, kogo z kim. Więc oczywiście będą się tłuc o religię. Klasyczna historyczna metoda na bezrobocie wśród młodych.

       

      Oczywiście to tylko jeden sposób patrzenia na sprawę. Inni zwracają uwagę na to, że Francja może faktycznie przesadziła ze związkami zawodowymi i obciążaniem bogatych na rzecz całego kraju. Strajków jest sporo, a prawa pracowników niemałe. Trudność w otrzymaniu prawdziwie dobrej pracy według tej wizji ma być tego efektem. Być może, mówią, ta zmiana w kierunku neoliberalizmu, jaką podjęto w większości krajów Europy od lat 70. czy potem 90., miała swoje zalety, których brak odczuwa teraz Francja ze swoim dobrym poziomem życia, służbą zdrowią i przyzwoitymi wskaźnikami, ale stagnacją, znudzeniem i zatęchłością. W tej wizji, Francja nie zrobiłaby pod wodzą Fillona nic, czego nie zrobiły już wtedy (czy choćby w 2008 roku) Niemcy. Według różnych danych, Niemcy nijak nie zbliżają się do francuskich wydatków rządowych ani budżetu rządu. Podatki dla firm w Niemczech nie są oczywiście na poziomie Polski ani innego Fidżi, ale od wspomnianego 2008 r. też raczej są o te kilka punktów procentowych niższe, niż francuskie, zgodnie ze stawkami.

      Ach, Niemcy. Niska przestępczość, stabilny wzrost, masa miejsc pracy i tak dalej. Jak na ironię, Francja chyba naprawdę trochę chce być Niemcami, choć nigdy nie przyzna, że chce być tylko jedyną, niepowtarzalną, prawowicie najlepszą i królującą Francją.

       

       

      Według WSJ, szef CGPME (związku przedsiębiorców) Francois Asselin miał powiedzieć o Fillonie: "Francuzi chcą kraju, który nie boi się porażek i chce wygrać". Na pewno miał na myśli pozytywny wydźwięk tego zdania - przedsiębiorcy gorąco wspierają tego kandydata. Ale możecie to rozumieć, jak chcecie. Czy to faktycznie takie najważniejsze, żeby się nie bać porażki? I czemu akurat tego rodzaju porażki jest fajnie się nie bać, a innych to owszem, warto się bać? Fakt faktem - Francuzi chcą, żeby COŚ kurde zrobić, no więc wybiorą faceta (albo kobietę), który mówi, że COŚ kurde zrobi.

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      ogqozo
      Czas publikacji:
      piątek, 02 grudnia 2016 04:16
  • niedziela, 13 listopada 2016
    • Na co pozwoli anty-establishmentowy Trump

      Bardzo wiele można napisać o wyborach w USA. Tak się zresztą składa, że napisałem wiele mądrych rzeczy - choć, przyznam, w momentami mętny sposób - jeszcze w maju, i to wszystko nadal jest prawdą.

      A więc prawdą jest między innymi to, że osoba prezydenta nie znaczy aż tak wiele, jak ludzie lubią udawać.

       

      Naród poparł Trumpa? Tak samo jak Hillary

      Więc zaznaczmy na początek wniosek nr 1: wygrana Trumpa o włos nie świadczy o społeczeństwie USA inaczej, niż by świadczyła przegrana Trumpa o włos. Hillary Clinton dostała nawet więcej głosów ogółem, jako drugi prezydent przez ostatnie 100 lat, po Alu Gore w 2000 roku, przegrywając wybory mimo wygranej w tzw. "popular vote". Tak czy siak: oboje mają praktycznie takie samo poparcie, co było prawdą i przed wyborami, gdy Hillary była zdecydowanym faworytem, bo w określonych stanach miała przewagę 3-4 pkt. proc. Nie lubię więc generalizowania, że "naród poparł Trumpa" i teraz jedziemy z wnioskami o zjawiskach społecznych, które byłyby niby zupełnie inne, gdyby wygrała Hillary.

      Dodajmy do tego, że pomimo szalonych dość emocji w niektórych kręgach, frekwencja nie była specjalnie wyższa, niż zazwyczaj - 57%. Byli też inni kandydaci, zbierający po kilka procent. W sumie - na zarówno Trumpa, jak i Hillary zagłosowało po 26% Amerykanów mających prawo głosu. To bynajmniej nie całość.

      W senacie bez zmian

      No i wniosek nr 2, na którego poparcie polecam poprzedni tekst: absolutnie nikogo nie obchodzą wybory do parlamentu, który to blokował Obamę przez cały okres jego rządów. Także Sąd Najwyższy od dawna naginał zasady, by nie przyjmować kandydata Obamy - czekając na wybór Trumpa, który oczywiście wskaże sędziego postępującego zgodnie z interesami republikanów i ich kolegów, a nie demokratów i ich kolegów.

      Cały czas słyszymy, że "naród amerykański powiedział: dość", ludzie w mediach opowiadają, jak to wściekłość białego ludu się przebrała i zagłosowali "antyestablishmentowo", na miliardera-celebrytę.

      Tymczasem w wyborach do parlamentu, jak zawsze, wygrali ci, co byli. W USA co 2 lata wybiera się jedną trzecią senatu - tym razem chodziło o 34 miejsca. Władza zmieniła się... na dwóch. W Illinois i New Hampshire demokraci zmienili republikanów. W tym drugim, kandydat zwycięski zdobył 47,97% głosów - rywal 47,87%.

      Rewolucja! Naród powiedział dość!

      Na co Trump pozwoli

      W istocie być może większe znaczenie dla USA i świata ma nie to, jakie koncepty na władzę ma Trump sam w sobie wobec innych kandydatów, ale fakt, że oto "blokowania" nie będzie i wszystkie genialne pomysły, które koledzy przez tyle lat mieli, teraz mogą w sposób niekrępowany być wprowadzane w życie. Trump wydaje się jeszcze mniej skłonny do stawania jakiemukolwiek koledze na drodze do zysku, niż Bush czy Reagan, których wyniki ekonomiczne oraz ilość spraw przeprowadzonych pod ich egidą mówią same ze siebie.

      Wola Trumpa znacznie mniej mnie interesuje niż to, komu będzie robić przysługi, jak to ma w zwyczaju całe życie. Znajomości czynią cuda, co mnie nie dziwi - czyż przyjaźń fajnych ludzi nie jest warta każdego poświęcenia? Zwłaszcza, że biografowie Trumpa nie mają wątpliwości, iż popularność wśród elit wydaje się być jedynym zainteresowaniem tego człowieka. Łatwo sobie wyobrazić, że Trump wciska przycisk nuklearny po prostu dlatego, że go do tego przekonał kolega czy kochanka. Z podobnych powodów może nie wcisnąć.

      To samo dotyczy oczywiście wszelakich polityków, aczkolwiek w przypadku Trumpa ilość zasad, których będzie się trzymał bez względu na okoliczności, wydaje się znikoma - to go różni.

      Powiedziałbym, że dla lobbystów zaczyna się "open season", ale czyż nie trwa on zawsze? Nie chodzi tu nawet o prezydenta, twarz rządu i niby-władcę, a o setki ludzi, którzy faktycznie wykonują pracę i wprowadzają przepisy. Naprawdę, nie szarżujmy z potęgowaniem stopnia kontroli, jaką może mieć jeden człowiek nad całym krajem. Nie bądźmy głupi. Jak większość mediów.

      Antyestablishment

      Można by bardzo długo komentować te wybory. Ogólnie zaznaczmy: tak, dla wielu osób to była przede wszystkim okazja do powiedzenia światu, że USA należy do białej rasy. Nie ma wątpliwości. Tak samo jak Brexit, niosący za sobą tysiąc konsekwencji, w największej mierze był okazją do wykrzyczenia, że nie lubi się polskiej i azjatyckiej "inwazji" na Wielką Brytanię. Nic z tym nie zrobimy. Niemniej - nie dzieje się to bez powodu. W końcu byłoby śmieszne powiedzieć, że w kraju zwanym USA zjawisko imigracji jest czymś nowym. A więc na emocje rasowe wpływają inne czynniki.

      Dziś skupię się na kwestii "antyestablishmentu". W Polsce wielu komentatorów lubiących głównie PiS, Korwina, Kukiza itp. nazwało tak Trumpa - co może być zabawne, gdyż takiej księżniczki jak on nie było na tronie zachodniego mocarstwa od niepamiętnych czasów, ale odzwierciedla to opinię wielu wyborców Trumpa, a tylko ta opinia ma przecież wpływ na wybory. Po części na pewno wynika to z efektu wrogich mediów, syndromu oblężonej twierdzy i paru innych powiązanych - jest coś przyjemnego w uważaniu, że nasze poglądy są jakieś niepopularne, że system jest przeciwko nam, elity zawsze kombinują tak, by osoby o właśnie naszych poglądach wykluczać ze wszelkiej szansy. Kukizowcy i inne Ziemkiewicze uważają, że ludzie może z naturzy są "dobrzy" (tacy jak oni), a wszelka inna opinia musi być skutkiem tego, że posiadając władzę, socjaliści uwielbiający homoseksualne aborcje piorą ludziom mózgi. Więc oczywiście - Trump, jako "konserwatysta", musi być przeciwko elitom.

      Nie bawmy się w wymienianie, jakie to głupie mówić to o osobie, która właściwie niczym innym się nie zajmowała jak wykorzystywaniem swojej odziedziczonej fortuny dla rozwoju kontaktów z elitami (w tym i politykami włącznie z państwem Clinton). Która nie wygłasza żadnego niepopularnego poglądu, a działa zgodnie z... tym, jak wiatr zawieje. Generalnie: tak, Trump oczywiście jest tak dobrym ucieleśnieniem słowa "establishment", jak nikt inny. Ale zamiast męczyć logikę zwolenników Trumpa, którzy i tak nie wejdą na tego bloga, spróbuję zaznaczyć, jak rozumiana i postrzegana jest ta "antysystemowość" nowego cara USA.

      Przynajmniej Trump nie jest mądralą

      W tym celu najbliższy sedna wydaje mi się tekst z Harvard Business Review autorstwa Joan C. Williams. Ujmuje on ładnie sporo aspektów z tego, co chciałem napisać, linkuje też dalej do wielu innych ciekawych rzeczy.

      W skrócie mówiąc: Trump jest popierany, bo jest mniej nadęty. Ale ok, słuchajcie, dlaczego jest to wbrew systemowej opresji.

      Dla klasy średniej dość typowym podejściem do życia jest podział obowiązków i kompetencji oraz dzielenie się nimi, którego zwłaszcza ja jestem miłośnikiem. Wygląda to tak: słuchajcie mnie w kwestiach, na które spędziłem czas, a ja z kolei posłucham was tam, gdzie wy znacie się lepiej - i wszyscy zyskamy. Tyle że, no właśnie - nie każdy zyskuje. Zyskuje ten, kto posiada jakąś wyjątkową wiedzę. A nie każdy takową posiada. Wiele osób utrzymuje się po prostu z roboty. Dla nich, ten świat "intelektualistów" jest jedną wielką opresją: ludzie mówią im, co mają robić. Za to oni nikomu nie mówią, co mają robić. Brzmi niesprawiedliwie? No właśnie.

      To jest powód, dla którego klasa robotnicza (zwłaszcza w USA, gdzie z racji kosztów uniwersytetów, wyższe wykształcenie i co za tym idzie, możliwość lepszej pracy, są trudne do osiągnięcia) nienawidzi kompetencji, ale uwielbia bogaczy (słowo "nienawidzi" jest tutaj niezręczne - chodzi o uczucie najbliższe resentymentowi). Dobry, fajny człowiek - to ktoś taki jak oni, tyle że bogatszy. Fajny jest właściciel firmy, który używa pracowników. Niefajny jest szef firmy, który nie z racji posiadania, ale z racji jakiejś niby "mądrości" ma być wart więcej od pracownika. Fajne nie są te "mędrki", które im "filozofują", co mają robić. Trump tego nie robi. Różnie to bywa ubierane w słowa, co stało się już wręcz tradycją wśród kandydatów republikańskich od czasów jakże lubianego Reagana: "prosty chłop", w Polsce często mówi się na takiego "redneck", albo też, że "mówi jak jest" - chociaż ściśle rzecz biorąc, mówi, jak nie jest, ale to może tym lepiej, bo to świadczy o tym, że Trump na pewno mądralińskim nie jest i nie sprawdza w źródłach zanim powie, co mu na sercu leży.

      Jest taki jak oni, tyle że bogatszy. Zgodnie z ideą demokracji - reprezentuje ich, można by powiedzieć! Oczywiście: ściśle rzecz biorąc, nie jest, ale po pierwsze - zamknij mordę mądraliński ze swoim "ściśle rzecz biorąc", a po drugie - wyborcy nie mają z tym kontaktu, bo nie znają życia Donalda Trumpa. Za to z kompetencją stykają się codziennie, gdy ten nadęty szef mówi im, co mają robić.

      Trump jako walka o godność

      Nie skupiajmy się jednak na łapaniu retoryki za słówka, bo tak niczyich poglądów nie wytłumaczymy. Kluczem jest oczywiście wspomniana odwieczna, wbudowana głęboko w naszych genach, ludzka tendencja: aby mieć wartość. Ludzie potrafią być zaskakująco obojętni na to, że nie tylko oni sami, ale wszyscy dokoła też właśnie tym się kierują. Naprawdę nikt nie ma ochoty, by po prostu wylądować na śmietniku. "Aha, okej, jestem niefajny i nieprzydatny czyli mam uznać waszą wyższość i się nie pchać do fajnych ludzi, spoko, zgoda" - zdanie, które nigdy nie padło.

      Przede wszystkim, chcemy uniknąć bycia zbędnym, bo człowiek, który nikogo nie obchodzi - umiera.

      Białym to jednak znacząco w USA "grozi". Tak, wiem - ściśle rzecz biorąc... nadal biali są znacząco bogatsi, niż inne grupy w USA. Nie zmieni się to i przez 200 lat, bo takie są prawa kapitalizmu - im więcej masz kasy, tym łatwiej ci zarobić określoną kwotę. Ale utożsamiając to z wszechobecnym przywilejem każdego, kto jest biały, popełnia się ten sam błąd, co ludzie uważający, że za patriarchatem idzie od razu logicznie uprzywilejowanie każdego mężczyzny. Nie obchodzi ich, w tym przypadku, że wielokrotnie więcej mężczyzn jest bezdomnymi, bez pracy, popełnia samobójstwa, idzie do więzień i ogólnie panowie są przodem w praktycznie każdym mierniku odrzucenia przez system, co być może zasługiwałoby na skorygowanie takich opinii - skoro najbogatsi ludzie na świecie są mężczyznami, to jak widać podział jest bardzo prosty i system zawsze faworyzuje facetów. Na pewno znacie parę osób, które tak to widzą.

      Może mają rację, niektórzy może się nie zgodzą - fakt jednak faktem, że nigdy nie przekonają o zaletach bycia niesamowicie uprzywilejowanym tego biednego, białego mężczyzny, który martwi się o to, jak wyżyć - i nie tylko, ale też zwłaszcza nie być samotnym, pogardzanym - w świecie, gdzie bogaci się tylko wybrana grupa klasy średniej szefów i informatyków, zaś rolę przeciętnego robotnika przejmują albo maszyny, albo tańsi robotnicy w Azji i Afryce (z których korzystają również firmy Donalda Trumpa, mówiącego o tym z radością jak i o tym, że unika płacenia podatków).

      Biedni ludzie nie są zazwyczaj specjalnie piękni, zazwyczaj nie mają też fascynującego życia. Nasz świat skazuje ich na bezużyteczność - nie zawsze śmierć, ale życie bez niczego, po co się faktycznie żyje, zaś zwłaszcza mężczyźni bez pieniędzy nie mają metod, by konkurować o dosłownie cokolwiek, co w życiu ważne. Inaczej niż 99% komentatorów w mediach, ja akurat znam to uczucie, a inaczej niż zapewne 99% zwolenników Trumpa, Kukiza czy innej Le Pen - także je rozumiem, a zza klawiatury na blogasku, którego nikt nie czyta - można to nawet przyznać. Robienie tego na żywo byłoby oczywiście społecznym samobójstwem.

      Jako procesy wyrównywania szans, media zwracają uwagę na konieczność wspierania mniejszości etnicznych i kobiet (co często jest w 100% trafne, ale jak to bywa z tak szerokimi definicjami, w innych instancjach bywa wątpliwe: przykładowo, choć obecnie duża większość magistrów w USA to kobiety, to nadal w ramach "wyrównywania szans" dziala czterokrotnie więcej stypendiów dla kobiet, niż dla mężczyzn. Oczywiście, wspieranie specjalnie mężczyzn jest głupie, tak, wiem, razemowcy - ale łatwo zauważyć, jak efekt "równościowy" tych akcji staje się mniej wiarygodny w oczach wielu osób). Wiadomo, że nie czyni to od razu tych grup bogatymi. Ale na pewno daje to, co wielu wyborców uważa za niezwykle ważne w danym polityku: wrażenie, że w ogóle go obchodzą. Z wielu powodów, Hillary Clinton była naprawdę słaba w sprawianiu wrażenia, że biali ją obchodzą.

      Oczywiście, można odpowiedzieć jasno: "jeśli ktoś przyjeżdża z Meksyku, nie znając języka i nie mając kontaktów, i kradnie ci pracę, to być może zasługujesz na utratę pracy". Ale to żadne pocieszenie w obliczu utraty tego, co jest nam potrzebne do życia - i niesamowitej kompromitacji idącej za tym, że pokolenie czy dwa wstecz, przeciętny poziom życia białego robotnika był o tyle wyższy. Praca w byle fabryce pozwalała nie martwić się o dom, samochód, rachunki. To jest życie, którego biedny chce, a w przypadku USA do niego tęskni (w Polsce działa to dość podobnie, przy czym zamiast wspomnień rodziców mamy relacje z krajów Europy Zachodniej) - aby być sobą, tylko nie być biednym.

      Nie: "być biednym i dostawać wsparcie z tej racji". To wcale nie brzmi jak wspaniały sposób na życie dla osób, których rodzice nie byli objęci taką jałmużną. Robotnicy głosujący na prawicę wierzą, że w dobrym systemie mogą być sobą, jakimi są, ale żyć lepiej - a tych, którzy mówią im, że są "niższą klasą" i z tej racji powinni "indetyfikować się klasowo" i głosować na lewicę, która "wspiera klasę niższą" - uważają za niesamowicie poniżających. Odbierających im godność. Nie jestem klasą niższą - jestem wartościową osobą, której nie należy się los gorszy, niż moich rodziców i dziadków.

       

      W tej perspektywie, lewica - a przynajmniej na pewno "lewica" klasy średniej chcącej przede wszystkim mieć spokój, brak uprzedzeń o wygląd i płeć oraz aborcje, i u nas często występująca pod tym słowem - jawi się jako "establishment".

      Przypominanie dużej grupie osób, że nikogo nie obchodzą, że i tak mają zbyt fajnie w porównaniu do reszty świata, a na więcej nie zasługują, bo trzeba się było uczyć baranie - to klasyczny przepis na wywołanie uczucie zniewolenia i opresji. Władzy. Establishmentu.

       

      Dla "intelektualistów", żyjących ze swoich kompetencji - swojej niezmiennej lepszości od robotnika, potrzebujących od państwa głównie szacunku dla swoich poglądów i wyglądów, Hillary była "mniejszym złem" wobec odrzucenia przez polityków demokratycznych Bernie'ego Sandersa. Dla robotników - ignorowanych jako ludzie za to, że śmieli pochodzić z rodziny, która miała lepiej - to Donald Trump może się jawić jako "mniejsze zło", a przede wszystkim - ktoś, kto obiecuje walkę z establishmentem kompetencji. Głos na Trumpa często był jak rozwalenie bezjbolem drukarki w kultowym filmie Office Space.

      Oczywiście, nie tak naprawdę

      Bo charakter prezydenta USA ma bardzo małe znaczenie dla losów świata. Trump będzie robił zapewne mniej więcej to samo, co robiłaby Hillary - podpisywał kolejne traktaty o wolnym handlu pozwalające uczynić jak najwięcej amerykańskich robotników bezużytecznymi. Nie ma innej metody, by zachowywać konkurencyjność - a nie ma innego skutku, niż odarcie dużej liczby istot ludzkich z ich dotychczasowej wartości i godności. Talk about establishment.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Na co pozwoli anty-establishmentowy Trump”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      ogqozo
      Czas publikacji:
      niedziela, 13 listopada 2016 21:44
  • niedziela, 15 maja 2016
    • Przepis na powszechnie uznawaną bzdurę

      Ten artykuł ze strony Co.Exist to krótki i przystępny tekst, który można uznać za typowy przykład dziennikarskiej publicystyki - źródła są wygodnie klikalne w postaci linków, a artykuł skupia się jedynie na wnioskach z nich. Jak przystało na XXI wiek, jest na górze nawet napisane, że jego przeczytanie zajmuje 9 minut, żebyście nie mieli obaw, że zaczniecie czytać a tu się okaże, że dokonano wam zbrodnię czytania czegoś długiego, zdradzeni niczym bogaty facet dowiadujący się, że kochanka tak naprawdę nie bierze pigułek. Ale nie oszukujmy się: 9 minut tekstu to nadal gdzieś tak 9 minut za wiele, żeby w XXI wieku przekaz mógł jakoś zarezonować społecznie. Obrazek, może wideo mające gdzieś tak z 15 sekund, okej, ale to... pozostanie raczej głosem wołającego na puszczy, pokazującego w serii przygnębiających przykładów, że w epoce internetu zalewani jesteśmy rokrocznie coraz większą ilością bzdur.

      W skrócie, tekst opisuje rodzaj bańki informacyjnej, w której internet pozwala nam się utrzymywać. Temat ten był tu wspominany parokrotnie jako jeden z powodów, dla których życie społeczne idzie w kierunku, który trudno opisać racjonalnymi kategoriami. Ostatecznie informacje potwierdzające nasz światopogląd wydają się po prostu przyjemniejsze, niż inne, a dzięki algorytmom Facebooka i Twittera możemy otaczać się wyłącznie nimi. Załóżmy, że mamy sobie grupy Białych i Czerwonych. Nie ma problemu, by miłośnik Białych zafollowołował na Twitterze 400 osób, z których wszystkie będą wrzucać jedynie screenshoty dowodzące, że Czerwoni biją Białych, i w ogóle ich nienawidzą. Ale w drugą stronę działa to tak samo. Jeśli polubicie na Twitterze któregoś z polityków Razemu, pewnie pojawią się w podpowiedziach wszyscy inni, a od tego połowa z nich będzie retweetować Bernie'ego Sandersa, więc polubicie też jakieś strony hołubiące jego, może aż do dość głupkowatych stron "lewicowych" typu The Other 98% - może dojdziecie aż do komunistycznego 1maja.info (które czasami wygląda jak dowód na to, że jednak gdzieś tam są w polsce lewicowe oszołomy, ale też o dziwo często krytykuje mainstream z sensem, bo jest co), a może stopniowo, poprzez niechęć wielu lewaków do PiS-u, przejdziecie aż w rejony "Gazety Wyborczej", Tomasza Lisa, KOD-u i masę celebrytów którzy generalnie nie mają wiele do powiedzenia poza tym, że PiS be (komentarze pod mądrymi tekstami "Wyborczej" często są mądre, ale te pod tekstami typu "PiS be" to często spora żenada, tak jak tutaj gdzie, haha, się pośmiali, że PiS to wiocha, a w ogóle to Andrzej Dupa hehe). Z kolei jeśli polubicie na Twitterze Ziemkiewicza, to i zaraz w podobny sposób polubicie Samuela Pereirę, Stanowskiego, Katarynę, Warzechę, Bosaka itp, ludzi którzy nazywają KOD "kodomitami" i leją do rozpuku z celnych obserwacji typu "feministki założyły torby na głowę bo są brzydkie hehehe ale żałosne ludzie po co to żyje jeśli nie jest ładne", ale tego samego dnia wyżalają się na język nienawiści i "zbydlęcenie opozycji", bo ktoś tam w internecie napisał "Andrzej Dupa", a kto inny powiedział, że nie powinno się promować ONR-u. Każdy z nich oczywiście to indywidualna osoba i mogą nawet się o coś pokłócić - co tylk dodaje realizmu obrazu takiego zestawu medialnego jako kompletnego, żywego świata. Nie musicie czytać nic innego, a już na pewno brać tego pod uwagę. Wchodząc w internet macie więc cały świat, masę przekazów - i wszystkie się z wami zgadzają. Jak miło.

       

      Artykuł na Co.exist przytacza dość mocne fakty, które wyrażają, jak media społecznościowe w ciągu ostatnich kilkunastu lat spowodowały, że informacje oszołomskie przestały być zdecydowaną mniejszością, a zaczęły większością wszystkich komunikatów.Są tam podane dane, linki do badań i źródeł - tego nie będę powtarzał.

      Zwróćmy jednak uwagę na skutki pewnego paradoksu. Otóż większość Polaków nie musi się z czymś zgadzać, by oszołomstwo opanowało świadomość w danej dziedzinie. Weźmy choćby antyszczepionkowców. Dość dobry przykład, bo to absolutne oszołomy. Ich poglądy są w ogromnej większości kompletnie oderwane od naprawdę solidnych danych naukowych. W Polsce stanowią oni niszę, znacznie bardziej, niż w USA. Dlatego byłem wręcz nieco zdziwiony, widząc komentarze pod Robertem Lewandowskim zachwalającym szczepionkę. Zdecydowana większość "lajków" szła na komentarze o tym, jakie to szczepionki są okropne, a piłkarz-autorytet się skompromitował. Ale zwróćmy uwagę na czas komentarzy: 12 maja pojawia się fala antyszczepionkowców i oni dominują kompletnie. Wtedy wiele osób zwraca uwagę na ten fakt i zaczynają linkować. 13 maja pojawia się z kolei fala komentarzy typu "ale ci antyszczepionkowcy głupi", i ostatecznie - dostają więcej lajków, no bo jednak ludzie w większości mają właśnie taki pogląd.

      (Swoją drogą, obserwacja branżowa: 14 maja pędem pojawia się konto Facebookowe UNICEF Polska i się wypowiada. Poprawia mi humor ta szybka reakcja, zwłaszcza w połączeniu z dość mocnym przekonaniem, że UNICEF nie tylko wybrał daną osobę do RTM-ów, ale pewnie jej płaci kilka razy więcej, niż by musiał mi. Ale spoko, dobra robota, tylko dwa dni na Facebooku to wcale nie jest długi czas na reakcję).

       

      Mówimy jednak o poglądzie, z którym zdecydowana większość Polaków się kompletnie nie zgadza! A nadal zrobił on sporą karierę. Teraz pozwala nam to łatwiej zrozumieć, jak kompletne bzdury mogą podbić internet jeśli dotyczą tematu, na który większość społeczeństwa nie ma zdania. Wtedy jedyne co widzimy, to zbiór doniesień o tym, jak to znowu Unia wprostowała banany, uchodźcy islamscy zgwałcili 400 kobiet i 800 kóz tylko dziś między 9.00 a 10.00 w Zakopanem, Donald Trump był bardziej pracowity i utalentowany więc nie można go okradać podatkami itp. To jedyny pogląd, jaki w ogóle widzimy na dany temat, więc oczywiście zakładamy, że jest prawdziwy.

      Nieprawda w masowych mediach internetu napotyka odpór komunikacyjny jedynie wtedy, gdy naprawdę, naprawdę wiele osób się z nią nie zgadza. Z różnych powodów czy to wyznawcy zamachu smoleńskiego, czy szczepionek wywołujących autyzm, czy innej Płaskie Ziemi nie przebili się więc ze swoimi opiniami do mainstreamu - nie są przekonujący dla większości, która przed pojawieniem się komunikatu ma już ustalone poglądy w tej kwestii, i napotykają na silny odpór. Ale też warto zwrócić uwagę, że nadal przekaz ten istnieje i jest zarówno przez zwolenników, jak i odpierających popularyzowany.

       

      To pozwala nam jednak skonstruować wzór na bzdurę, która stanie się powszechnie uznawana w danym społeczeństwie. Musi ona być emocjonalnie istotna dla pewnej grupy osób, a jednocześnie dotyczyć tematu, którym większość społeczeństwa się nie interesuje. Tyle na dziś.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      ogqozo
      Czas publikacji:
      niedziela, 15 maja 2016 15:36
  • wtorek, 10 maja 2016
    • Donald T. czyli lewe skrzydło prawicy, albo odwrotnie

      Rok 2016 to w polityce, oczywiście, rok wyborów w USA. Trump czy Clinton? Nagłówki. Zdjęcia. Twarz Trump. Twarz Clinton. Która twarz będzie rządzić Ameryką i stanie się Przywódcą Wolnego Świata, decydując, jak można się domyślić, o cholernie wielu rzeczach i ogólnie będąc superważną? Kolejny obrazek z ich twarzami.

      Obrazuje to dosłownie, moim zdaniem, problemy jakie stoją w związku z prymitywnym i absurdalnie oderwanym od rzeczywistości poziomem rozmów o polityce. Czasami serio można pomyśleć, że ludzie uważają, że generalnie to, co się dzieje na świecie, zależy od tego, co sobie życzy prezydent USA, prezydent Rosji i może, nie wiem, Merkel, wszystkie wydarzenia świata wynikają z ich charakteru. W historiografii nazywa się to "teorią wielkiego człowieka" i już od grubo ponad 100 lat uważane jest raczej za śmieszność... ale z jakiegoś powodu w naszej obecnej kulturze to właśnie teorie z XIX wieku wydają się być tymi bazowymi (zwróćmy np. uwagę na to, że kolosalne odkrycia w dziedzinie genetyki i badań historii ludzkości w okresie 50-10 tys. lat temu, jakie ludzkość poczyniła w ciągu ostatnich ok. 25 lat, nie zmieniły absolutnie NIC w popularnych teoriach narodowych i rasowych - wygląda na to, że dla przeciętnego Europejczyka czas, za wyjątkiem może branży z której się utrzymuje, zatrzymał się w okolicach traktatu wersalskiego).

      Przeglądając internet często serio odnoszę wrażenie, że absolutnie wszystko, co się dzieje w Polsce, wynika z faktu, że Wódz siedzi w gabinecie i ma dwa przyciski: rób dobrze dla kraju albo rób źle dla kraju dla własnego zysku, i po prostu cała działalność polityczna ludzkości opiera się wyłącznie na tym, by dopuścić do władzy tego, który wybierze przycisk "dobrze". Bo jest dobry.

      Tymczasem jest tak boleśnie oczywiste, że to bajeczka bardzo dla nas samych szkodliwa. I nie tylko grotestkowy, opisywany tu już, obraz podziałów Polski na popularne partie, które nie wiadomo czym się różnią, jest tego doskonałym przykładem. Także polityka amerykańska, której massmediowy charakter również został sprowadzony do bitwy charakterów, do pokazywania twarzy i przytaczania zręcznych lub niezręcznych powiedzonek, zamiast do jakiegokolwiek poczucia związku wyborów z tym, co faktycznie będzie się dziać w państwie.

       

      Podam wam na szybko parę faktów, które moim zdaniem powinny naprawdę coś mówić. I naprawdę zdaje się, że ludzie z jakiegoś powodu uwielbiają je ignorować.

      1. Amerykanie wybrali w 2008 r. fajnego prezydenta. Wykształconego, w miarę miłego, skierowanego raczej na lewo, przynajmniej w porównaniu do Bushów i Raeganów. Zapowiadała się rewolucja. Której jednak nie było. I nie mogło być, ponieważ prezydent to tylko jedna osoba, zależna od tony władców, lobbystów, witalnych interesów bogaczy... i wreszcie, od kongresu, który jest mu przeciwny i po prostu nie przyjmował różnych prezydenckich projektów. W ostatnich latach republikańscy politycy często mówili zupełnie wprost, że cokolwiek się nie pojawi, będą zawsze głosować przeciwko Obamie bo go nie lubią i nie mają interesu w tym, by wprowadził on jakikolwiek przepis w życie. Zatwierdzić budżet? Odrzucamy bez patrzenia, bo to Obamy. Zatwierdzić sędziego do trybunału konstytucyjnego? Odrzucamy ktokolwiek by to nie był, bo to Obamy. Serio, w porównaniu z bezczelnością amerykańskich kongresmenów to, co robi obecnie w Polsce PiS można określić jakoś rząd pozbawionych ego idealistów. Może wam się wydawać, że to muszą być okropni ludzie... no i pewnie są, są politykami, ale pamiętajcie: generalnie prawie każdy człowiek robi w pracy to, czego się od niego wymaga, ignorując jakieś tam "moralne" aspekty i "jaki będzie skutek dla świata". Ja na przykład nieraz piszę reklamy dla firm, których działania średnio mi się podobają. Ale muszę mieć co jeść. A od republikańskiego kongresmena obecnie w pracy wymaga się głównie bycia na nie - jakikolwiek rodzaj "poparcia" dla czegoś, co robi Obama, znacznie by osłabił jego pozycję w partii, a to z kolei może się przekładać np. na problemy ze spłaceniem kredytów, niezadowolenie ukochanej żony czy też brak środków na leczenie chorego na raka członka rodziny. Więc robią swoją pracę - chamsko blokują wszystko, co wymyśli prezydent.

      2. W różnych sondażach, poparcie dla kongresu wyraża od lat ok. 15% Amerykanów. Potępienie - ok. 80%.

      3. Skład kongresu jest wybierany demokratycznie, tak jak prezydent.

      4. Skład kongresu nigdy się nie zmienia. Od wielu dekad w każdych wyborach 90-95% kongresmanów jest wybieranych ponownie.

       

      Niestety pozwala to ładnie unaocznić, na ile zaangażowani w politykę są wyborcy w USA. Żeby lubić jedną będącą non-stop w TV osobę bardziej niż drugą będącą non-stop w TV osobę? Spoko, będę się o to kłócić całymi dniami. Ale gdy najwyższej skali celebrycki spektakl nie ma miejsca, głosują po prostu na to samo, co zawsze. Nawet ich to nie obchodzi - większość Amerykanów nie potrafi odpowiedzieć na pytanie, która partia ma większość w Kongresie (a dodajmy, że w razie strzału masz 50% na udzielenie poprawnej odpowiedzi w tej ankiecie!). Z jakiegoś powodu, polityka nie jest aż tak ciekawa, żeby się nią przejmować. Spektakl to co innego. Koleś, który mówi "pora na zmianę" jest fajniejszy, niż faktyczna zmiana, nawet w sytuacji, gdy społeczeństwo w ciągu ostatnich dekad relatywnie zubożało. Choć elity mają najbogatsze, USA daleko już do poziomu Europy Zachodniej, Japonii, Australii itp., jeśli chodzi o poziom życia przeciętnego mieszkańca. Teoretycznie powinno to wywoływać demokratyczny sprzeciw. Ale nie wywołuje.

      Symbolem sytuacji przeciętnej osoby w USA stała się moim zdaniem historia miasta Flint w Michigan. Aby zaoszczędzić sporo pieniędzy, miasto postanowiło w 2014 r. by nie czerpać więcej wody z obiegu Detroit, ale z rzeki Flint - nie przeprowadzając działań odkażających i chroniących rury przed korozją. Tak więc mieszkańcy mają w kranach wodę z dużą zawartością metali ciężkich, takich jak ołów. Sęk w tym, że... są biedni, a ponadto nie zabija ich jakiś przedstawiciel grupy religijnej czy narodowej, tylko olewka władz, więc nie jest to jakaś specjalna tragedia. Oczywiście jest wolny rynek - zawsze można się wyprowadzić. Jeśli pracując w tym biednym, post-industrialnym miasteczku odłożyliście na jakis nowy dom, bo ten wasz w Flint jest obecnie nic niewart. Z racji na to, że Chińczycy są tańsi, problem postępującej biedy wśród klas niższych rozprzestrzenia się w USA. Za tym idzie też fakt, że w ciągu kilku dekad siedmiokrotnie wzrosła ilość więźniów, którzy obecnie stanowią już niemal 1% całej populacji Stanów Zjednoczonych (drugie tyle ma warunek).

      W kwietniu zastrzelono 19-letnią Sashę Avonnę Bell - pierwszą osobę, która złożyła pozew w sprawie zatrucia ołowiem, argumentując, że w ten sposób zaszkodzono jej rocznemu synowi. Zabójstwo takie właściwie nikogo nie zdziwiło w kraju, którego historia to jedna wielka seria bicia i mordowania działaczy związkowych i ruchów obywatelskich. Here's to you, Nicola and Bart. Nie zrozumcie mnie źle - wydaje się mało prawdopodobne, że dosłownie władze Flint ją zabiły. One są raczej ubezpieczone. Prawdopodobnie był to po prostu któryś z bankierów, który na procesie może stracić miliardy. A może przypadek. Ludzie w biednych miastach w USA czasem wpadają komuś na chatę i zabijają ludzi, których tam znajdą.

       

      Nie żeby ludzie nie byli niezadowoleni z ogólnej sytuacji politycznej. Jak widać z sondaży, są. Jednak zmian nie dokonują, z różnych powodów. Po pierwsze dlatego, że wybrani przez elity kandydaci po prostu mają pieniądze, by przekonać, że zmiana jest możliwa tylko dzięki nim. Gdy przeprowadzono badania w roku 2000, wykazały one, że urzędujący kongresmeni wydali ponad 90% wszystkich pieniędzy, jakie przeznayczone był na kampanie wyborcze. Ci nowi przegrywają więc po prostu "na wolnym rynku". W tym kontekście można uznać, że Amerykanie faktycznie w pewnym sensie są niezadowoleni - w końcu pomimo wydania 93% pieniędzy, urzędujący kandydaci zdobyli "tylko" 67% głosów. W systemie jednookręgowym, który zdaniem niektórych spośród najgłupszych polityków Polski jest atrakcyjną propozycją, te 67% przekłada się na to, że w każdym wyborach wymienia się kilka czy kilkanaście osób z liczącego 400 osób kongresu.

      Do tego dochodzi oczywiście inna zaleta JOW-ów, czyli gerrymandering. Jest to układanie wymyślnych kształtów okręgów przez partię rządzącą tak, by wygrać w większości z nich. To też wspaniała demokracja w działaniu, że w USA większość wyborów właściwie nie ma sensu - zazwyczaj znaczenie ma tylko część okręgów i stanów, gdzie walka między dwoma kandydatami faktycznie jest zacięta. W wielu stanach zawiązują się ruchy przeciwko gerrymanderingowi, ale partie są niechętne działać w tej kwestii, bo... nie jest przyjemnie tracić władzę.

       

      Dlatego więc nie miałem tyle pasji do śledzenia kampanii Barnie'ego Sandersa, co wielu lewicowców w USA. Mógłbym długo pisać o tym, jakie to fajne, że taki koleś w ogóle istniał jako prawie prawdopodobny zwycięzca przez tak długi czas. W Stanach jest niesamowicie trudno dostać nominację prezydencką bez wsparcia władzy, ale pod wieloma względami to Sanders wywołał entuzjazm wśród największej ilości przeciętnych ludzi. ALE. Nawet gdyby Sanders wygrał, to pewnie władza by totalnie zniszczyła jego optymistyczne plany. Załóżmy, że Sanders na dziś już raczej przegrał i faktycznie czekają nas wybory Trump-Clinton. Media każdego nurtu zdążyły już zresztą napisać setki tekstów o tym, jak to większość Amerykanów postrzega to jako wybór pomiędzy dwoma diabłami.

      Ten pierwszy został już opisany przez wszystkie możliwe media. Praktycznie każdy, kto ma trochę rozsądku, jest załamany. Coś poszło nie tak, bo oto duże szanse na zdobycie ważnego stanowiska w kraju ma facet, który, no cóż, wygląda na wariata i to z gatunku tych dość niebezpiecznych. Jak to działa - wydaje im się tajemnicze. Wygląda na to, że Trump po prostu idealnie uosabia emocję tak prostą i powszechną, by dało się na niej wygrać wybory - generalnie wkurwienie na to, jak jest. Oczywiście parę innych osób próbuje celować w te tony, ale Trump daje najłatwiejszą odpowiedź na to, jak zmienić obecny stan: czyniąc Amerykę czystą rasowo (aczkolwiek w USA wcale nie jest tak łatwo do końca sprecyzować, co to znaczy. W pewien paradoksalny sposób to kraj i różnorodności, i największego rasizmu, i Trump doskonale to ucieleśnia, rzucając uogólnieniami dotyczącymi np. czarnych, Żydów, muzułmanów, Latynosów na prawo i lewo, aczkolwiek niekoniecznie uogólnieniami natarczywie negatywnymi - wiecie, Żydki dobrze liczą a czarni są leniwi, ale ja tam ich lubię i zrobię dla nich dobry kraj. Muzułmanów też, jak zaznacza, "bardzo lubi", co sprawia, że jeśli nie będziecie nad tym w ogóle myśleć, jego obietnica zakazu pobytu w USA dla wyznawców tej religii nie zabrzmi jak wyraz Kaligulalowej hipokryzji, tylko smutna konieczność, która widać, mimo sympatii, musi być wprowadzona w życie).

      Każdy z nas pragnie wspólnoty, ale też do jej istnienia potrzebny jest wróg - kompletna równość wszystkich ludzi, jakiej chce papież czy inny Obama, niezbyt pociesza, bo co to za przyjemność być członkiem grupy, do której należą po prostu wszyscy, nawet te głupki co ich nie lubimy. Biali biedni ludzie w USA wiedzą, że żyje im się znacznie gorzej, niż pokolenie czy dwa temu, i Trump daje im przyjemność zwrócenia uwagi na ten problem - tak, to wy w tym kraju macie źle. W pewnym sensie to prawda - o ile pod pewnymi względami sytuacja mniejszości etnicznych poprawiła się na przestrzeni dekad, a "świeży" imigranci oczywiście mają w Stanach lepsze warunki ekonomiczne, niż w Meksyku, tak duża grupa, jaką są biali ludzie, których rodzice urodzili się już w USA, znają w swoim życiu tylko równię pochyłą. Można powiedzieć, że biali to oczywiście nadal w USA większość i grupa najbardziej uprzywilejowana - ale kontekst "ogólny" nikogo nie obchodzi, ludzi obchodzi głównie ich własne życie i to jest cały kontekst, z jakim patrzymy na świat (co być może w jakiejś mierze tłumaczy zdziczenie pokolenia Polaków, które nie wychowywało się w komunie, czyli niby miało lepiej i powinno być fajniejsze). A tutaj jest faktem, że biali to w USA jedyna grupa, która z roku na rok wymiera oraz traci pozycję. Wszyscy chyba znamy to uczucie, jak niemiło jest, gdy mamy systemowo przewalone, a tutaj jeszcze inni (bogatsi biali) próbują nam wmawiać, że wcale nie, jest spoczko.

      Polscy prawicowi dziennikarze hołubią Trumpa, bo "facet z majątkiem wartym 4,5 miliarda dolarów zna się na gospodarce i finansach" (w istocie, miałby dziś czterokrotnie więcej, gdyby na początku swej kariery po prostu włożył kasę na fundusz - ale nie czepiajmy się autorytetów), niemniej amerykańscy często wydają się po prostu zmęczeni tym żartem, że niby miałby on rządzić, przekonani i przekonujące, że trudno nawet zajmować się Trumpem na poważnie. To tylko ogólny sygnał, jak istotny w polityce jest po prostu spektakl i głosowanie nie za kimś, a przeciwko komuś - weź wielki, wyprostowany środkowy palec, dodaj miliardy dolarów na kampanię i masz najmocniejszego kandydata z możliwych.

      Clinton to ciekawszy przypadek. Odrzucenie jej przez szerokie grono wyborców to właściwie optymistyczny znak dla USA. Jak by nie patrzeć, okres prezydentury Billa Clintona był jednym z jasnych punktów dla gospodarki USA w uderzająco ciemnym okresie rozpoczętym przez rządy Reagana - aczkolwiek nie był to też powrót do dawnych, z dzisiejszej perspektywy powiedzielibyśmy "socjademokratycznych" czasów zakończonych, powiedzmy, przez Watergate. Jeszcze w 2008 roku emocje wobec Hillary wydawały się raczej przychylne - Obama, zdaje się, był po prostu głównie fajniejszy jako człowiek i bardziej przekonujący. Wtedy jednak jeszcze "elektorat negatywny" Clinton nie był tak duży. Dziś wiele osób nie ma już ochoty na prezydenta, który pochodzi z dynastii, dostaje mnóstwo pieniędzy od Wall Street i je wspiera, i generalnie jest po prostu... konserwatywna, uosabiając zadowolone, odseparowane od zwykłego życia kompletnie elity.

       

      I teraz powiem wam coś, czego polskie media nie mówią. Donald Trump właściwie może być bardziej lewicowym kandydatem, niż Hillary Clinton. No, przynajmniej w pewnym sensie.

       

      Tak bardzo przyjęło się patrzeć na pewne okropnie nieprzemyślane podziały, że nawet można to przegapić. W końcu od jakiegoś czasu to partia demokratyczna miała być tą "lewicową", a republikańska "prawicową". Media w Polsce zazwyczaj to identyfikują z automatu. W praktyce jednak... różnie bywa. Jeśli śledzimy tylko media, to zaiste raczej dziennikarze, artyści czy komentatorzy amerykańscy będący bardziej na lewo najbardziej boją się Trumpa - zapewne ma to związek z ich wyższym wykształceniem (i chociaż tępią oni obecnie tak samo niemal mocno Hillary Clinton, wspierając Sandersa, to nie miejmy wątpliwości - przed wyborami narodowymi nie będą mieli wątpliwości, kto jest mniejszym złem). Jednak jeśli popatrzymy na program i, przede wszystkim, na emocje... Trump, podobnie jak przywoływany w jego kontekście często do porównania Adolf Hitler, tak naprawdę pod wieloma względami uderza w lewicowe tony dużo bardziej. Zwróćmy choćby uwagę na podstawowy fakt, że udało mu się trafić do ludzi, którzy faktycznie mają źle. Jego wyborcy to przede wszystkim biedni, starzy, bezrobotni, niewykształceni (co w USA jest dużo bardziej powiązane ze statusem, niż u nas), w dużej mierze pracownicy produkcji. Może słuchają go, bo "są głupi", ale jednak. Wielu wyborców tej samej grupy - biedni biali - wspiera i Trumpa, i Sandersa (zdaniem wielu mediów: "skrajną lewicę" i "skrajną prawicę"), właśnie dlatego, że obaj deklarują chęć zmiany, która pomoże biednym. Elektorat wspólny nie jest zbyt duży, ponieważ oczywiście od pieniędzy ważniejsze są kwestie światopoglądowe: wiele osób po prostu nigdy nie zagłosuje na rasistę albo na anty-rasistę, bez względu na to, jaki miałby program.

      Z tego względu właśnie Trumpa nazywa się często zwyczajnie "skrajną prawicą", no bo jak rasista to prawicowiec. Co jest równie błędne, jak w przypadku Hitlera. Trump, miliarder, który w istocie bez wątpienia "powinien" uosabiać przywileje lepiej niż ktokolwiek, ponieważ całe życie tylko pływa w śmietanie i żyje z tego, że miał bogatego tatusia, nie robiąc nic wartościowego i nie znając się na niczym... mimo wszystko opiera swoją kampanię na niechęci do elit i chęci wyrwania jej przywilejów. Przede wszystkim kieruje swoje słowa do niezadowolonych, wskazując im jako wroga nie tylko osoby o innym kolorze skóry i wyznaniu, ale też ogólnie rozumianych miliarderów, bankierów i finansistów. To, że większość wykształconych ludzi nawołuje, by "przestać się wygłupiać" i nie głosować na tego faszystę, czubka, szkodnika - to dla wkurzonych często tylko zachęta, by właśnie na niego głosować. W końcu wszyscy ci mędrkowie mają lepiej niż oni i w sumie należą do elit - albo przynajmniej przyjemnie jest tak myśleć. To bardzo podobna sytuacja, jak w Polsce, gdzie od roku w końcu mamy partię mającą cel stać po stronie pracowników, ale przeciwnicy i tak starają się jak mogą, by budować jej wizerunek jako "hipsterów", "klientów Starbucksa" itp., by ignorując program uwydatnić, że nie mogą wspierać biednych - bo nie wyglądają jak biedni (co nota bene jest bzdurą, bo zebrania Razem to dość klasyczny Lumpex, ale bzdurność nie musi przeszkadzać w popularności danej opinii, zwłaszcza na polskim prawicowym Twitterze). Tak więc myślę, że podobny mechanizm w USA łatwo zrozumieć.

      Oczywiście, powtórzmy, Trump to szaleństwo - dlatego czasami trudno powiedzieć, jaki ma program. Często zmienia obietnice z dnia na dzień, głównie, zdaje się, kierowany po prostu tym, by zapewnić, że pomoże każdej grupie społecznej w każdy sposób. Teoretycznie planuje on skrajną obniżkę podatków... a jednak w przemowach nieraz ubierał to w słowa tak, by brzmiało, że dla dobra przeciętnego obywatela podwyższy podatki bogatym, rozpasanym świniom ("...w stosunku do mojego oryginalnego planu", dodawał potem po cichu pytany o sprecyzowanie). Tak jak wielu prawicowych polityków, zapewnia, że podwyższy pensje... ale nie prawnie, tylko poprzez obniżkę CIT (jak często powtarza, "najwyższego na świecie", co jest bzdurą), która sprawi, że wszystkie firmy będą chciały działać w USA i w ten sposób pensje będą dwukrotnie wyższe. Jednak da się zauważyć, że podobnie jak w przypadku postulatów NSDAP (czy wielu innych partii dominujących w międzywojennej Europie w różnych państwach), w jego nacjonalizmie jest też naturalnie wiele elementów lewicowych. Chociażby niechęć do wolnego handlu, który według jego przemów, winny jest "oddania" przemysłu i innych źródeł dochodu zagranicę. Trump obiecuje zamordystyczną kontrolę: będzie groził prezesom korporacji, by przestali prowadzić produkcję w Chinach, ale wrócili do USA, bo jak nie... jest to "prawicowa" metoda państwowej kontroli, ale jednak jakaś państwowa kontrola. I to w sprawie, która naprawdę porusza emocje przeciętnych Amerykanów, z których praktycznie każdy albo stracił pracę z racji przeniesienia produkcji do tańszego kraju zagranicą, albo ma taką osobę wśród znajomych lub rodziny (inna sprawa, że firmy samego Trumpa często produkują w Chinach i Meksyku. Znów: nie mieszajmy kampanii z faktami. Trump-decydent może być czystej wody Reaganowskim neoliberałem, ale wizerunek Trumpa-kandydata, czyli to, co widzi konkretna osoba głosując, nie musi mieć z tym nic wspólnego). Często wyraża niechęć do lobbystów, za sprawą których rząd podejmuje nieefektywne finansowo działania (co bez wątpienia jest prawdą przynajmniej w pewnej mierze). Trump zapewnia przykładowo, że chce, by państwo angażowało się w rynek leków, zaburzając zmowę cenową korporacji i obniżając ceny. Znów: typowy "lewak" raczej by chciał, by po prostu te niższe ceny wymóc systemowo, a nie taką nieprzewidywalną magią, ale... teraz widzicie może, na czym polega myk: Trump nie tyle jest czystej wody "prawicowcem", jak czasem się go przedstawia w tych obrzydliwie szkodliwych uproszczeniach... co zwyczajnie: obiecuje proste i efektowne rozwiązania problemów zwykłych ludzi, i to tak naprawdę jest celny opis jego kategorii politycznej, bardziej pierwotnej niż podziały na partie i strony.

      Trudno więc go do końca sklasyfikować (przykład polityka czy rządu, który medialnie deklaruje dbałość o klasę średnią, a działaniami wspiera jedynie elity, nie jest oczywiście niczym nowym - hello, Prawo i Sprawiedliwość). W wyborach decyduje ogólny emocjonalny przekaz - a ten jest w ustach Trumpa niechętny elitom.

       

      Kandydat prezydencki musi sprzedać się jak każdy produkt: nie prowadzić cholernej kampanii edukacyjnej, tylko odnieść się do odczuwalnych problemów klienta i zaoferować ich naprawę. Te problemy mogą być tak naprawdę skomplikowane, subiektywne, natury czysto emocjonalnej, mogą wynikać z innych niż pozorne przyczyn, mogą nawet być nierozwiązywalne... to bez znaczenia, tylko obietnica ich rozwiązania pozwoli sprzedać produkt. Ktoś inny może mieć rację albo nie, ale na pewno tym nie przeprowadzi sprzedaży.

      Dla zdecydowanej większości osób, w polityce nie chodzi w ogóle o rozwiązania, tylko o problemy. (Z tego powodu największe marsze w Polsce są tak durne, że serio nie umiem ogarnąć, czemu przyciągają ludzi i fascynują na tyle, by ilość maszerujących była tematem dnia. Bo Kaczyński, albo Tusk i Lis i Michnik, to problem, z którym duże grono osób się zgodzi, a że każda z nich ma inne rozwiązanie - jakoś nie ma znaczenia). Jeśli przestaniecie iść śladem wykształconych polskich politologów i zwrócicie na ten kluczowy aspekt życia politycznego uwagę, to zrozumiecie łatwo, czemu ludzie głosują na Trumpa. To złe rozwiązanie, ale na właściwy problem.

       

      I to, kto wie, może być paradoksalnie dobry znak dla USA, niemal tak samo jak kampania Sandersa - ostatecznie przegrana, ale bliższa powodzenia, niż kampania jakiegokolwiek polityka lewicowego od kilkudziesięciu lat. To przecież też kraj, w którym w tym roku w wielu stanach wprowadzono pensję minimalną 15 dolarów, a więc dwukrotnie wyższą, niż federalny standard. Kto wie, może w tym chaotycznym, pełnym ignorancji i neandertalsko subtelnych argumentów świecie, jakim są wybory powszechne, sam fakt, że ludzie wiedzą, że mają problem, coś już znaczy.

      A może nie i po jego wybraniu szybko dojdzie do kompletnego zniszczenia resztek demokracji w USA, pogromów, masowego rozprzestrzenienia biedy itp. Bo jest i druga strona medalu, poparta wieloma przykładami z historii - czasami rozwiązania niewłaściwych problemów mogą być zaiste mniejszym złem, niż rozwiązania tych właściwych. I tak mniej więcej na dziś kształtuje się najpopularniejszy w USA argument za tym, by w listopadzie głosować za Hillary Clinton.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      ogqozo
      Czas publikacji:
      wtorek, 10 maja 2016 22:50
  • środa, 30 marca 2016
    • Granice strachu

      (P.S. Po napisaniu notki pojawił się ciekawy materiał "Der Spiegel" o ekstremistach stacjonujących w Bośni i Hercegowinie, przy chorwackiej granicy Unii, utożsamiających się z Dawalya al-Islamiya i często do nich dołączających w Lewancie).

       

      Na kilka przydatnych punktów zwraca uwagę Piotr Balcerowicz (profesor filologii orientalnej UW) w wywiadzie dla "Kultury Liberalnej" (no i jak zawsze pytanie, czy ktoś spoza już przekonanych to przeczyta? Sądząc z komentarzy, owszem, taki się i trafił. I odpisał bogato: "wirtualny świat". Na pewno ma lepszy).

      Można by nawiązać w osobnych notkach do kilku jego spostrzeżeń (na przykład często pomijanego przez niewyżytych faktu, że, niestety, trudno wskazać "profil psychologiczny" terrorysty czy zabójcy - ani religijność, ani jakiekolwiek przywiązanie do "korzeni", ani jakieś zachowania z przeszłości zdają się niewiele znaczyć, można zachowywać się zupełnie różnie w obrębie tych wielkich grup. Większość oczywiście nic specjalnego nie robi, żyje sobie. Tej grupie co najmniej 500 Belgów, może znacznie większej, która ma ochotę zabijać, trudno przypisać jakieś większe prawidłowości poza po prostu tym, że są agresywni i lubią bić innych. Jedyny napastnik z Paryża, który przeżył - Salah Abdeslam, dostał kulkę jak mu policja wpadła na chatę, ale przeżył - nie znał arabskiego, nie był religijny, był stałym bywalcem klubów gejowskich, prowadził z bratem klub nocny, w którym regularnie pił i palił trawkę itp.).

      Nie chciałbym pisać ciągle o wojnie, zwłaszcza o III wojnie światowej, której raczej na razie nie ma, w końcu są inne tematy. Ale, przyznam, jest coś takiego w wielkiej wojnie, co, cóż, obchodzi mnie. Sorry. Na razie wielkich bitew nie ma, ale jest bardzo duży setting, by się do wojny zabrać: rosnące podziały i emocje, walka o wielką kasę (choćby z racji wpływu cen ropy na większość największych gospodarek i firm na świecie), no i jest nawet coś jakby "wróg nr 1", ubierający się na czarno i chcący pochłonąć świat.

      Tak, w tym miejscu chciałbym się odnieść do fragmentu tego wywiadu mówiącego o "pełzającej III wojnie światowej", zwracając uwagę na jej zasięg. To faktycznie ciekawe. Mamy ogromny obszar konfliktów, mniejszych albo większych, tymczasem prawie każdy w Polsce interesuje się tylko zdarzeniami w Europie Zachodniej (na marginesie: patrząc na to, ile oburzenia i wołań o nowy Holocaust wywołała wojna na Ukrainie, a ile mimo wszystko znacznie mniejszej skali agresja radykalnego islamu na Zachodzie, można by pomyśleć, że Donieck jest stukrotnie dalej od Warszawy, niż Bruksela). Tymczasem oczywiście Europa Zachodnia to naprawdę margines tego, co się obecnie dzieje na świecie. I to właśnie świadczy o tym, że "nasze" podejście działa. W takiej Turcji, czy na Bliskim Wschodzie, więcej osób ma takie podejście, jak polscy Niewyżyci, i na każdy akt agresji odpowiadają zwiększonymi atakami na całe wioski sprawcy czy całe narody - i mają wybuchy cały czas, a to Kurdów, a to Daeshu, a to rządu na Kurdów i Daesh, a to... Najlepsze jest to, że poparcie Erdogana tylko rośnie, bo ludzie przecież uważają, że trzeba jeszcze bardziej atakować Syryjczyków czy Kurdów, to w końcu, no nie wiem, spokornieją, wymrą... Będzie spokój. To zawsze działa! Coraz więcej ofiar, a tureccy Niewyżyci się cieszą.

      W Europie Zachodniej, jeśli porównać faktyczne liczby, nie dzieje się prawie nic, jest tu dużo mniej niż 1% ofiar całej tej sieczki. Muzułmanie w ogromnej większości nie włączają się w akty agresji, zamiast tego, jak to mówią Niewyżyci "maszerując ze zniczami jak jakieś mięczaki" (nawet jeśli zauważalna część z młodych Francuzów czy Belgów wygłasza opinie przynajmniej sympatyzujące z działalnością Daeshu); również agresja białych na muzułmanach, choć stała się ostatnio całkiem powszechna, nie ma żadnej wielkiej ani morderczej skali - w porównaniu do tego, co znamy z większości świata! Kontekst - oto, czego niektórym brakuje zanim otworzą usta, kometując mądrze "stało się coś złego - ewidentnie to dowodzi, że wybrany przeze mnie losowo zbiór zdarzeń w historii Europy doprowadził do tego!". Tak, Europa Zachodnia jest _stosunkowo_ bardzo spokojnym obszarem świata. Oczywiście to nie tylko "jej" zasługa.

      GlobalRings15SEP201501

      Konflikt tu specjalnie nie dotarł, ataki Daeshu (i innych organizacji terrorystycznych) mają raczej na celu wywołanie ogólnego nastroju nienawiści do muzułmanów i vice versa, by osoby o bliskowschodnich korzeniach nie miały po prostu innego wyboru, jak toczyć (słuszną) walkę z "niewiernymi", ale nie w Europie, tylko na "ich" terenie, w Lewancie, Ziemi Świętej, Kolebce Cywilizacji, bla bla... w Syrii i Iraku. Czyli na "czerwonym" terenie. Popatrzmy na tę mapkę, pokazującą zakusy Daeshu: Europa jest jedynie "żółta", czyli chodzi o antagonizację muzułmanów. Przekaz Deashu na "żółte" tereny jest taki: "wracajcie do domu, zjednoczmy się wszyscy w kalifacie i odzyskajmy naszą ziemię, która z czasem osiągnie cały Bliski Wschód" (Baghdadi mówił też oczywiście słynne o słowa o tym, że idą na "Rzym i Andaluzję", ale na razie jest to tylko rozumiane w kontekście dalszej, nieokreślonej przyszłości). Przekaz na "pomarańczowe" tereny jest inny: nie wracajcie, walczcie na miejscu. Mówimy o dużym terenie: znacznie większym, niż Europa Zachodnia, obejmującym niemal cały szeroko rozumiany Bliski Wschód (co ciekawe, wygląda na to, że nie mają nawet nadziei na podbój Omanu, cieszącego się tym swoim pacyfizmem, neutralnością i dobrobytem. To taki zachodnioeuropejski kraj arabski!). Daesh "rozlał się" w Nigerii i Libii, próbuje atakować Algierię, a ponadto ma aktywne oddziały aż w Pakistanie oraz Rosji. Warto zwrócić uwagę na to, z ilu stron Daesh toczy walki, z jakże różnych przyczyn i z różnymi wymiarami, ale zawsze widzimy podobne wątki.

       

      Nigeria. Boko Haram to najbardziej mordercza organizacja terrorystyczna na świecie. W 2014 roku miała "na koncie" ponad 6 tysięcy ofiar. 2 miliony ludzi uciekło jak najdalej, by nie podzielić tego losu. Grupa powstała wcześniej, ale w 2015 r. ogłosiła, że dołącza do Daeshu jako "filia" na Zachodnią Afrykę. Są równie źli, co Daesh. Wpadają na wioski, palą chaty, zbierają ludzi w grupy i dokonują masowych egzekucji, nie bojąc się wplątać w tłum uciekających samobójcę z bombą, który wysadzi się w odpowiednim momencie. I tak dalej. Nie chcę o tym pisać. Możecie sobie poszukać, jeśli to lubicie. Kręcą filmiki. Jak dla mnie - potwory, ale w swoim własnym mniemaniu - prawdziwi patrioci i obrońcy tradycji przed obcymi wpływami. Nazwa "Boko Haram" oznacza mniej więcej tyle, co polskie "lewactwo won". "Haram", wiadomo - znaczy, że zakazane, niedobre, grzeszne itp., z kolei "boko" to określnie oznaczające dosłownie "sztuczny", używane jednak wobec świata Zachodniego - tłumaczy się je jako "przyjmowanie zachodnich wpływów", "zachodnią edukację", "świecką edukację" itp. Widzicie, Boko Haram to po prostu ci opisywani tu niedawno "konserwatyści", którzy są przekonani, że ich wizja świata to ten świat "prawdziwy", naturalny, a wszystkie inne poglądy - to sztuczne wypaczanie natury człowieka. Do tego dochodzi znana troszeczkę w Polsce postkolonialna, prowincjonalna emocja poniżenia -  świat zachodni, wyzyskujący Afrykę, jest przecież tak bogaty, a oni nie mają co jeść, są uważani za gorszych itp. Dodajcie do tego karabiny w rękach i chyba można zrozumieć, czemu niektórym wpadł taki pomysł do głowy.

      Władze Nigerii uważają oficjalnie, że Boko Haram został pokonany. Na pewno na ten moment są w odwrocie, pozostały resztki, ale czy to znaczy, że się nie odrodzi - trudno powiedzieć. Powody tej wściekłości bowiem nadal istnieją. To nie tak, że Nigeria się zmieniła przez te kilka lat. Oczywiście, wściekłość można kontrolować (tak jak np. ma to zamiar robić Assad w Syrii, dając obywatelom chcącym żyć jak w Europie prawdziwy wybór między deszczem a rynną, co tłumaczy nierozwiązywalność konfliktu), ale gwarancji to nie daje. Nowy prezydent, Muhammad Buhari, obiecał jednak wytępienie Boko Haram jako swój program 500+, więc ogłoszono, że się udało. Zobaczymy, jak będą wyglądać rządy Buhariego. Wygrał jednak wybory, które nota bene można by porównać wręcz do polskiego 1989, na hasłach pokoju, demokracji, wolności religii i braku szariatu. To naprawdę ciekawy przykład ze świata. Nigeria to kraj podzielony przez kolonizatorów nieco sztucznie, podobnie jak np. Sudan: zawierając w granicach duże grupy i muzułmanów, i chrześcijan, w adekwatnych kręgach kulturowych. Dodatkowo to na południu, a więc na terenie większości chrześcijańskiej, są złoża ropy, więc można sobie od razu wyobrazić stosunki klasowe panujące w kraju. Ogólnie w Nigerii 60% to chrześcijanie, i oczywiście to oni byli bardziej narażeni na morderstwa Boko Haram (nie żeby muzułmanie nie byli). Tymczasem po pięciu latach rządów chrześcijanina Goodlucka Jonathana i bezradności wobec terroryzmu muzułmańskiego, wybory wygrał właśnie Buhari, który w latach 80. wziął kraj w wojskowym zamachu jako dyktator... ale teraz mówi, że się poprawił. Kraj pod jego rządami był ruiną, pod względem ekonomii i prześladowań, ale w trudnych czasach ludziom chyba zawsze podobają się zamordystyczni dyktatorzy. Na razie chyba faktycznie udało mu się pokonać Boko Haram, ale pozostaje pytanie, czy tylko wytępi obecnych buntowników, czy też zbuduje w Nigerii kraj, w którym ludzie nie będą chcieli się buntować. Pytanie, co jest lepsze w hipotetycznym wyborze - zamordyzm i brak możliwości buntu, powolne umieranie z biedy czy z rąk policji, czy też "wolność" okupowana kompletnym chaosem mordujących szybko i powszechnie, ale walczących teoretycznie o prawa narodu terrorystów - zostawiam dla was.

       

      Libia. Daesh ma tu się dobrze. To bez wątpienia drugi obok Turcji kraj, który może naprawdę Europę niepokoić w bardzo bliskiej perspektywie zagrożenia. Jest bowiem wybornym przyczółkiem do potencjalnych ataków, a granice morskie Unii nie są specjalnie strzeżone (zazwyczaj media mówią o braku chęci polityków, ale bądźmy realistami - nie wiem, jaki procent wszystkich obywateli Unii trzeba by zaciągnąć na granice Grecji i Włoch - dziesiątki tysiące kilometrów - żeby to kontrolować. Nie wiem, jakie jest rozwiązanie, ale nie jest łatwe. Wbrew może intuicji, gonienie agresorów już w miastach może być znacznie skuteczniejsze, przynajmniej w sensie wydatków i skuteczności ich złapania i zapobieżenia atakom, niż pilnowanie granic Unii). Terroryści opanowali w 2014 roku miasto Darna, znajdujące się nad samym morzem, jakieś 400 kilometrów od kontynentalnej Grecji (choć większość ludzi płynie i tak na Sycylię, skąd oczywiście bliżej jest z Algierii czy Trypolisu). Dodajmy, że Darna nazywana jest miastem z największą ilością radykalnych dżihadystów na świecie. Wywiązały się liczbe walki, głównie między różne grupami, które na nasze nazwalibyśmy wszystkie po prostu "dżihadystami". W bardzo dużym uproszczeniu, strony akurat tego konfliktu można by przedstawić trzy: rząd Libii (wspierany przez Egipt i USA bombardowaniami), Daesh i Darneńska Szura, czyli grupa różnorakich radykałów, których można by opisać jako dalsze trwanie zorganizowanej opozycji przeciwko rządom Gaddafiego (zabitego, przypomnę, w 2011 r.). Ze swojej perspektywy, Szura i Daesh to na pewno prawdziwi patrioci - chcący odbić kraj na rzecz narodu z rąk reżimu, który zdobył władzę siłą i nigdy nie oddał, wspieranego i kontrolowanego przez Zachód. Hehe, pamiętacie, jak to wyglądało w zachodnich mediach, gdy w 2011 roku raczej wszyscy byli przychylni opozycjonistom, bo przecież obalili złego dyktatora i chcieli demokracji? Nie byli terrorystami - byli herosami, którzy poświęcają życie za wyzwolenie ojczyzny z rąk opresyjnej władzy. Działalność niby ta sama, ale inne użyte słowo - a więc nie byli źli, tylko dobrzy. Z deczka nie wyszło. Jak zawsze, USA umie zrobić to, czego społeczeństwo od rządu oczekuje: nie myśleć, dać w ryj komukolwiek się trafi, puścić bomby, wygrać wojnę. To naprawdę nie problem dla zachodnich rządów, wygrać wojnę - teraz też "wygrywamy", na Bliskim Wschodzie ginie z "naszych" rąk dużo więcej osób, niż "nas" z rąk muzułmanów. Gorzej z pytaniem, co dalej. I czy faktycznie wybór, którą stronę wspierać, to był ten dobry.

      Francja oczywiście też mocno się w Libii włączyła, w końcu naród oczekuje "zdecydowanej reakcji" po ataku w Paryżu.

      Na razie nie jest wesoło. Tyle bombardowań NATO, tyle złych zabitych do spółki z ludźmi, którzy tyle byli winni, że żyli w Libii (większość ofiar), i dziwnym trafem, mógłby się zaszokować typowy polski publicysta, ciapaki się nie zorientowały, że mają przestać, tylko jakby bardziej jeszcze walczyli. Tracą dom, rodziny, gospodarka upada, nie wiedzieć czemu nie budzi to pokojowych zamiarów. Obrazki z dekapitacji oficerów w Sabracie mogą wywoływać duży niepokój. Daesh ma już posiadać ponad 6 tys. walczących i kontrolować setki kilometrów wybrzeża. Czyli rośnie w siłę. Libijczycy nie poszli drogą europejskich mięczaków, co to tylko potrafią wyrażać zaniepokojenie i urządzać marsze: jak jedną stronę polityczną zabito i podbito siłą, to też odwet był zbrojny. No i tak sobie kraj pogrąża się w piekło na ziemi. Oczywiście, w Libii są ugrpowania prodemokratyczne i propokojowe. Zapewne, jak wszędzie, popiera je w pewnym sensie większość osób, "gdyby było normalnie". Ale, jak to bywa w życiu: gdy ktoś do ciebie strzela, nie możesz "nie brać udziału". Co zrobić zamiast tego, to dobre pytanie. Bardzo dobre.

       

      Algieria. To jeden z moich ulubionych przykładów, bo konflikt sięga daleko wstecz. Pamiętacie o wielkiej masakrze w Paryżu? Tej największej do dziś masakrze od czasów II wojny światowej? Tak, mam na myśli mord na setkach algierskich nacjonalistów podczas ich marszu w 1961 roku. Algierczycy, którzy wywołali wojnę algierską, na pewno uważali się za prawdziwych patriotów. W końcu ich kraj był zajmowany przez Francję. Jednak wcale nie była to grupa jednolita. Wielu Algierczyków uważało, że rządy Francji są znośne, nie ma co przelewać krwi. Uważali nacjonalistów za terrorystów, brutali. Z kolei tamci uważali lojalistów za zdrajców, targowiczan, sprzedających się Zachodowi itp. Znacie zapewne ten typ konfliktu. Był i tu, no i oczywiście była też francuska armia. Byli też "rodowici" Francuzi wspierający niepodległość Algierii, organizujący nawet zamachy na De Gaulle'a, działający w OAS, oczywiście przez zwolenników dalszego posiadania Algierii uważani za zdrajców, antyfrancuskich Francuzożerców, targowiczan itp... Long story short... znacie - wojna była pełna brutalnych zabójstw i tortur z obu stron, ale się skończyła. Francuzi zabili większość liderów nacjonalistów, ale dziwnym trafem, nie zdobyło to popularności dla ich rządów i wojna dalej krwawo trwała, ostatecznie "Algieria wygrała", bo odzyskała niepodległość. Milion ludzi wyjechało do Francji, za lepszym życiem, ale głównie z obawy przed brutalną zemstą nacjonalistów na wszystkich, którzy ich nie popierali. Słowem, wyjechali do Europy, bo europejski styl życia im się podobał bardziej, niż bliskowschodni. Dziś ich synowie czy wnukowie są uważani przez wiele osób za element obcy w Europie, ale to nie znaczy bynajmniej, że nie byliby jeszcze bardziej nienawidzeni przez algierskich "patriotów". Aha, no i wieku algierskich "patriotów" też wyjechało do Francji, bo jak wiemy doskonale z Polski - "patriotyczna" niechęć do obcego kraju bynajmniej nie znaczy, że tam nie pojedziesz za chlebem.

      Ten konflikt, oczywiście, określa dzisiejszą Algierię (i Algierczyków we Francji), jeszcze bardziej, niż np. wojny światowe określają sytuację Polski. Warto o tym pamiętać. Ataki na Charlie Hebdo są w popularnej opinii właściwie tym samym zjawiskiem, co atak w Paryżu na koncercie, ale w istocie mówimy o zupełnie innych organizacjach, pochodzących z innych krajów - trochę jakby do jednego worka wsypać wydarzenia z Polski i Serbii, mieszając je ze sobą jakby właściwie chodziło o jeden organizm. Algieria tyle się różni od Libii, że posiada na razie stosunkowo atrakcyjną alternatywę (tylko w sensie pokoju, bo kraj jest nadal biedny i pełen bezrobotnych marzących o wyjeździe do Francji) - tyle że dzięki aktom terroru i "brutalnym napaściom islamistycznym", czy też, patrząc z innej strony, "powstaniu niepodległościowym", czyli wojnie algierskiej. Wtedy byli terrorystami, ale minęło trochę czasu i bach!, większość ludzi zgadza się, że oczywiście byli założycielami niepodległej Algierii. Te same zdarzenia, inne słownictwo. Znamy tę logikę. Ukradnij kasę i może będzie ci głupio, ale twoje dzieci już dzięki temu będą tylko zarabiać uczciwie. Skoro już do wspomnianych zdarzeń doszło, Algieria jakoś się już ukształtowała jako niezależne, muzułmańskie tak czy siak państwo, więc dziś Daesh nie ma sporego wzięcia w ojczyźnie Camusa. Istnieje algierski oddział Deashu, który w ramach "imprezy otwarcia" złapał i zdekapitował turystę z Francji w 2014 roku, ale od tego czasu cicho. Podobno przed burzą. Żeby bowiem doszło do ataku, nie musi przecież się na to godzić duża część społeczeństwa, wystarczy grupka. A wskutek kompletnej sieki w Libii, do Algierii bez problemu trafia obecnie masa broni.

       

      Rosja. Zgadnijcie, za kogo bez wątpienia uważają się członkowie Daeshu na Północnym Kaukazie? Oczywiście, za prawdziwych patriotów. Rozpad ZSRR był okazją, by każdy z narodów żyjących w tym rejonie - Czerkiesi, Czeczeni, Osetyjczycy, Kabardyjczycy, Ingusze, Kałmucy, dziesiątki narodów Dagestanu, i tak dalej... - zgłosił przynajmniej chęć wybicia się na niepodległość. To wszystko osobne narody, no wiecie - jak Polacy czy Niemcy. Kaukaz to góry. Trudno się poruszać. Dlatego zazwyczaj grupy te do dziś są odizolowane od siebie. Każda się po prostu różni. Często też ze sobą wszystkie walczyły. Jak Polacy czy Niemcy. To nie jest jakiś podział na tylko dwie strony, nie ma np. problemu, by Ingusze byli tępieni przez Osetyjczyków, choć obie grupy są przeciw Rosji w chęci niepodległości. Część z ludów Kaukazu wyznaje prawosławie, część islam (w różnych wariantach, często bardzo ze sobą skonfliktowanych), część co innego. Konflikty trwają właściwie od początku lat 90. do dziś. Najwięcej o nich słyszeliście zapewne z okazji dużych wydarzeń jak wojny w Czeczenii i Dagestanie, które chwilowo dawały praktyczną niepodległość tym państwom, a potem Biesłan. Oczywiście narody te jednolite nie są także wewnętrznie. W Dagestanie, oprócz różnych poglądów na walkę z Rosją, istnieje też przecież oczywiście podział na frakcję miłośników szariatu i muzułmanów mających dużo bardziej, powiedzielibyśmy, "świeckie" podejście (podział nota bene istniejący w niemal każdym kraju świata, ale czasami mam wrażenie, że nikt tego nie uzna o nikim poza "swoimi"...). Zwalczając nacjonalistów z Czeczenii czy Dagestanu, Rosja oczywiście ogłaszała, że walczy z "radykalnym islamem". Przegrani zaś uważali, że oto potężne mocarstwo tłamsi słabszy naród, toczący powstania niepodległościowe. Zapewne powstawały jakieś obrazy, gdzie rozdzierali koszulę.

      Wszystko to toczy się od dawna, niczym zaplątane losy Algierii. Na Kaukazie mamy co roku setki ataków terrorystycznych, oraz oczywiście akcji antyterrorystycznych, które, jak zawsze, delikatne też nie są. Brutalność Rosji wobec Czeczenów głównie rozochociła dagestański front radykalnego islamu do zjednoczenia w świetle religii i walki, z tego frontu wyrosła stopniowo obecna kaukaska prowincja Daeshu. Będę powtarzać takie historie wiele razy, by się wykuł ignorowany jakże chętnie, a jakże ewidentny obraz: konflikty powstają w kontekście i w reakcji na ideologie i sytuacje społeczne zastane na miejscu. Na pewno "braterstwo" wspólnego pochodzenia, religii, znacząco pomaga znaleźć jakiś większy front - każdy może mieć opinie, ale tylko ten, kto dostanie broń i wsparcie, sprawi, że jego opinie będą usłyszane. Tylko odpowiednio szeroko zakrojona, odpowiednio liczebna grupa może toczyć walkę, która nie skończy się pierwszego dnia. Dlatego podziały religiijne są naturalnym polem do "rozkręcania" konfliktu (świetnie znany przykład to rozkręcenie przez USA radykalnego islamu Osamy Bin Ladena z małej grupki we władców poprzez danie im tony broni w latach 80.). Jednak nie to jest motywacją, ani nie powodem. W Rosji słynny stał się Anatolij Zemlianka, jak najbardziej bladoskóry i ochrzczony Rosjanin, według zeznań kolegów - zawsze wesoły, uśmiechnięty, spokojny; który jednak - zdaje się, że po prostu z niechęci do imperializmu Putina - przeszedł na Islam i wstąpił do Daeshu. Wcześniej sympatyzował z innymi nacjonalistami - neo-nazistowskimi. Podobno naziolstwo "europejskie" i muzułmańskie to dwa bieguny, przeciwieństwa, tak czytam w polskim internecie, ale ten Rosjanin nie widział wielkiej różnicy. Na wideo Zemlianka zabija 23-latka z Czeczenii, który podobno miał być szpiegiem moskiewskich służb. W lutym członkowie Daeshu wysadzili samochód policyjny na Kaukazie. Innych działaczy Deashu złapano, jak kombinowali atak... w Jekaterinburgu.

       

      Pakistan. Okej, wiem, że Pakistan nikogo tu nie obchodzi. Jest jeszcze dalej, niż Irak. Zaznaczmy tylko, że ten rejon też jest bardzo krwawy w ostatnich latach. I znów - mówimy o zupełnie innych konfliktach, które na siebie nachodzą. Niech coś wam powie fakt, że ten oddział Daeshu nazywa się "Islamski Ruch Uzbekistanu". Tam bowiem ma zalążek, ale że ich patriotyczne powstanie mające obalić dyktatora w Uzbekistanie nie wyszło, zwiali aż do Północnego Waziristanu. Działali przez ten czas ogólnie na terenie co najmniej czterech krajów: Afganistanu, Pakistanu, Kirgistanu i Tadżykistanu. Ta grupa wyróżnia się dość dużą trwałością od lat 90., ponieważ jak widać, umiała dostosować się do zmieniających realiów. Dziś głoszą szariat, dżihad itp. pod egidą Daeshu. W okresie ataku na Afganistan przez USA w reakcji na Nowy Jork, "Uzbekowie" stali po stronie talibów, i dostali po skórze - wtedy właśnie trafili, wycofując się, aż do Pakistanu.

      No i teraz dobre pytanie: czy oni są teraz jednocześnie po stronie talibów i Daeshu, czyli dwóch zwalczających się grup? Trochę tak. To skomplikowane. Czytając "Dabiq", na pewno widzicie, że Daesh nienawidzi talibów, którzy są jego zdaniem bardziej ograniczeni widokami: to radykalni islamscy nacjonaliści swojego plemienia, a nie radykalni nacjonaliści panislamscy, jak to teraz trendy. Talibowie sami się z tym do końca nie zgadzają (to oni są panislamscy, bo uznają szyitów za "prawilnych", z kolei Daesh nie nienawidzi nikogo bardziej, niż szyitów: łże-muzułmanów, bez wątpienia targowiczan), ale co zrobisz, jak już ci przyszyją metkę. To gorsza różnica niż jak być za Tuskiem a za Kaczyńskim! Daesh raczej przyciąga z tej racji młodych, wykształconych, z dużych miast, zaś talibowie pozostają dla "konserwatystów". Ruch Uzbekistanu jest więc chyba trochę rozdarty, dokładnych badań opinii w tej grupie nie znalazłem. Dane z ostatnich lat wskazują, że ten ruch prawdziwych uzbeckich patriotów, walczących z zachodnią okupacją w Afganistanie i ze złym dyktatorem w Pakistanie, prawdopodobnie jednak przeszedł wyraźnie na stronę Daeshu. Konflikty często są inne: przykładowo, Daesh jako prawilni "konserwatyści" zakazuje i pali (w sensie spala pola, bez wdychania) opium czy tytoń, a talibowie często właśnie z tego żyją. Połowa tego kraju żyje z rolnictwa.

      Kogo rekrutuje Daesh w Afganistanie? Ha, często byłych talibów, których zniechęciła nieskuteczność tej frakcji w obalaniu złego dyktatora! Jednak wybór dwóch podobnych, radykalno-islamistycznych opcji, trochę nie w smak jest obu - bo marzeniem każdego z nich jest wywołanie jednoznacznego podziału. Albo jesteś za nimi, złym brutalnym zepsutym Zachodem i jego sprzymierzeńcami, albo za nami. Bez dodatkowych niuansów. Wielość zawsze wnerwia nacjonalistów, i muszą z nią walczyć, jeśli nie chcą przegrać z... czymś jeszcze innym.

      Póki co, w Pakistanie jest bardzo krwawo, ale głównie z racji talibów. Daesh za wiele tu na razie nie "osiągnął" (największy atak: rozstrzelanie 46 osób jadących sobie autobusem, bo byli szyitami). Jedna z grup talibańskich stała też za samobójcą, który zabił 72 osoby kilka dni temu w Lahaurze. Jak widać, na razie zamordyzm rządu, który w reakcji na atak w Peszawarze (ponad sto zabitych dzieci - talibowie zaiste nie lubią "boko") powiesił kilkuset złych, niewiele jakoś dał w kwestii powstrzymania brutalności.

      Co dalej? Nie jest wykluczone, że to wszystko dotrze do Indii. A to z kolei cała dodatkowa warstwa społeczności i konfliktów...

       

      Znawcy tematu na pewno mogą objechać brak precyzji tej notki i ciosanie niektórych spraw grubą krechą. Starałem się jednak pokrótce oddać, jaki ogrom konfliktów nawarstwia się, jakoś tam zbiegając się z jednym zjawiskiem, jakim jest Państwo Islamskie - tak naprawdę nawet nie apogeum, ale może jakiś symboliczny wyraz obecnego kryzysu geopolitycznego, w którym krzyżują się interesy krajów Zatoki, Rosji, USA, a także większości najbogatszych firm świata (energetycznych). Fizycznym epicentrum, jak na razie, są głównie kraje od Turcji po Pakistan, doświadczone przez ostatnie kilkadziesiąt lat naprawdę okrutnie. Wszystko to jednak wyraża się w setkach mniejszych i większych konfliktów różnorodnych grup, ludzi, poglądów. A konflikty mają to do siebie, że nikt nie myśli: "hej, ale ja nienawidzę kraju X/narodu X/tradycyjnych wartości/dobra/pokoju", oczywiście wszyscy uważają, że bronią powstawowych wartości, dobra, przyzwoitości, swej ojczyzny itp. Co dla nas jest przerażające, dla miłośników Daeshu stanowi optymistyczną, broniącą pokoju odpowiedź nie tylko na ekonomiczne poniżenie, ale też nihilizm i konsumpcjoznim dzisiejszego świata. Tak samo jak polski Sebek z tatuażem husarza, dużo lubiący mówić o bohaterach narodowych, uśmiecha się szczerze i pełen miłych odczuć, gdy pisze na Fejsbuku, jak to chętnie rozwaliłby czachę bejsbolem każdemu brudasowi. Dobry tekst o tym Scotta Atrana przetłumaczyło Medium Publiczne.

       

      Jeśli chodzi o wnioski lokalne, wyartykułuję jeden. Otóż wiele osób chce, żeby w Polsce było raczej jak w Rosji lub Turcji, a nie jak w Belgii. Jak w Arabii Saudyjskiej, nie jak w Omanie. Oczywiście, ci ludzie uważają się za prawdziwych patriotów. Chcą tylko, żeby w Polsce było jak w Polsce - powiedzą wam. Chcą tylko, żeby było normalnie.

       

      Oni wszyscy to, swoim zdaniem, prawdziwi patrioci i "konserwatyści", którzy wierzą w ten naturalny, idealny stan, w którym wszystko jest nieruchome i jednoznaczne i "takie, jak powinno być" obiektywnie, i że trzeba tylko zwalczyć opresyjne lewactwo, które chce niszczyć ludzką naturę i wszystko, co normalne. A nastanie raj dla każdego, kto tylko ma dobre zamiary. Przy czym warto pamiętać, definicje się różnią. Palący trawkę gej z Belgii może mieć niewiele wspólnego z nienawidzącym "zachodniej propagandy" (czyli nauki w szkołach) talibem, tak jak i z Nigerii czy Algierii do Pakistanu jest tak samo daleko, jak z Polski. Będą mieli tak naprawdę inną wizję tego idealnego świata, kiedy już zaczną dyskutować o innych detalach poza tym, że ma być islamski. Nie ma wątpliwości, że w wielu kwestiach życiowych członkowie "tych grup" (co najmniej setek odmiennych bytów) bardziej zgodziliby się ze mną, ateisto-białasem, niż z wieloma "ziomkami" z Daeshu, który, cóż, obejmuje już swoimi wpływami spory kawał świata.

      Jeśli mu się uda zjednoczyć na wszystkich tych terenach (spoiler alert: nie sądzę, by tak zrobił. Daesh ma po prostu dość małe poparcie społeczne w większości krajów, a groźby "dołącz lub giń" mają dość krótkie nogi), będzie to dopiero straszne. Pomyślcie, ile rzeczy trzeba odrzucić, by pójść na taką ugodę nad podziałami. A z drugiej strony: wow. Czy nie tego pragną ludzie? Prawdziwego braterstwa pomimo odmienności. Żeby zawsze mieć jasność, kto swój, kto nieswój, a kto targowiczanin.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      ogqozo
      Czas publikacji:
      środa, 30 marca 2016 00:42
  • czwartek, 24 marca 2016
    • Cud własności

      wlasnosc

      Źródło: nie znam! Losowy obrazek na Imgurze.

      Tekst:

      Opuśćcie tę posesję!

      - Dlaczego?

      Bo jest moja.

      - Skąd ją masz.

      Od ojca.

      - A on od kogo?

      Od swojego ojca.

      - A on skąd ją miał?

      Bo ją wywalczył.

      - Hm, możemy ją tobie wywalczyć.

       

      Jest kilka powodów, dla których dyskusje się w Pierwszym i Drugim Świecie nie toczą. Niemniej, ten dialog pozwala łatwo zaobserwować, jakie są osiągnięcia "koserwatystów", i jak powstaje ich "prawo naturalne" - w pewnym momencie tej wyliczanki w przeszłość (wybranym według woli na podstawie prawdziwej historii lub wyobrażeń) wstawić linijkę: "ale wtedy się liczyło!".

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      ogqozo
      Czas publikacji:
      czwartek, 24 marca 2016 02:51
    • It is dying

      Ogólnie zawsze wolałem pisać o świecie, niż o wydarzeniach. W każdym gatunku. Ludzie w większości interesują się tylko wydarzeniami, dobierając je według kilku kryteriów, które ogólnie odpowiadają dość podstawowym aspektom psychologii. Doprowadza to do sytuacji, gdy w świadomości większości ludzi - niby po studiach, musieli coś tam liznąć warsztatu naukowego - to, co po prostu jest, praktycznie nie istnieje, istnieje tylko wydarzenie komunikowane.

      I tak, śmierć ogromnej ilości osób może nie być niczym złym, jeśli nie jest wydarzeniem. W Oscarowym filmie The Big Short Brad Pitt mówi: wzrost bezrobocia o 1% to śmierć 30 000 ludzi. Widz przytakuje: oj tak, prawda, ależ ci inni ludzie są głupi ignorując takie rzeczy. A potem nie ma wydarzenia i jakoś to sobie wszystko leci, a wydarzeniem może być śmierć tuzina, setki, albo i jednej osoby, jeśli tylko umarli z ciekawych powodów. Nic nowego.

       

      Interesują mnie skutki pełzającej biedy, jaka następuje wskutek zmian polskiej demografii. Jak wspominałem nieraz, uważam to za istotną sprawę. OECD właśnie uznało, że to największy problem Polski. Mniej więcej opisuje to artykuł na Bankier.pl.

       

      Przez najbliższe 50 lat ilość Polaków w wieku produkcyjnym spadnie o 40%. To pasjonujący problem, ponieważ niby każdy o tym wie, ale że nie ma fajnego rozwiązania (np. dać komuś konkretnemu po łbie), to jakoś się z tym żyje. Tymczasem nie ma wątpliwości - skutki tego będą dla naszych wnuków bardzo bolesne. A pewnie będą oskarżać o wszystko swojego ówczesnego premiera, o ile oczywiście takowy będzie i Polska będzie istnieć itp.

      Sam nie mam na to odpowiedzi, ani nawet specjalnie mądrej sugestii. Nie sądzę, by ludzie POWINNI się rozmnażać. Trochę już ich jest na Ziemi. Jednak do tej pory zawsze tak to działało, że musiło się rodzić więcej, żeby robili na wzrost gospodarczy, bo inaczej wszyscy są wściekli. Globalnie, receptą na obecną sytuację mogłoby być zahamowanie przyrostu naturalnego i solidarny model gospodarki, który nadwyżki z postępu technologicznego przeznaczyłby nie na Ferrarki i odłożone w bankach biliardy, ale na to, żeby nikt stary ani chory nie głodował ani nie żebrał na ulicy. To jak najbardziej możliwe, ale oczywiście wymagałoby, by państwo "kradło" "ciężko pracującym" miliarderom jakiś tam procent więcej.

      Naturalnie, jakikolwiek globalny kierunek czegokolwiek to nic więcej jak utopijna teoria. Nie bez powodu dylemat więźnia jest jednym z najczęściej przytaczanych przez humanistów zajmujących się polityką czy ekonomią konceptów. Wiele rzeczy można by łatwo naprawić, gdyby cały świat się umówił - ale się nie umówi. Między państwami i bytami zależnymi od kondycji państwa (czyli wszystkimi - przepraszam tutaj ludzi, którzy "nikomu nic nie zawdzięczają" i sami założyli cywilizację, w internecie ich dość sporo) panuje kapitalistyczna rywalizacja opierająca się na konieczności wyższości i wyniszczenia, i jeśli jeden kraj nagle ma kilkukrotnie więcej starych osób na utrzymaniu mniejszej ilości pracujących, to oczywiście może ponieść jeszcze większe straty, niż zyski z tej racji.

      Oczywiście podobny los (może nie w tym stopniu, co Polskę, ale prawie) czeka wiele krajów Europy, więc, cóż, po prostu wszyscy dokoła będą biedniejsi, w porównaniu do reszty świata. Tyle że reszta świata nikogo tutaj nie obchodzi, więc odczuwalna będzie tylko bieda. Może pojawią się jakieś radykalne ruchy, wojna itp. Czemu nie. Zazwyczaj w historii to działało.

       

      A może mniej rąk do pracy będzie się wiązać z większymi zarobkami i jakoś to się odbije. Ale nie sądzę. Bardzo bardzo wątpliwe wydają mi się wszystkie teorie mówiące, że ludzie nie mają dzieci, bo ich "nie stać". Patrząc na wszystkie kraje świata i historię, no kurde, nie widzę tej prawidłowości, że faktycznie trzeba mieć więcej pieniędzy, żeby mieć dzieci.

      Możliwe, że utrzyma się obecny model, czyli do krajów bogatych przybywają do pracy imigranci. No i tyle, system pozostaje bez zmian. Tego nie wykluczam, bo i w Polsce widzimy pewien napływ, prawie wyłącznie z ogarniętej wojną i biedą Ukrainy, ale to wystarczy, by uznać, że taki mechanim naczyń połączonych działa.

      Oczywiście będą z tej racji jakieś zgryzy, zwłaszcza w razie biedy i wykluczenia.

      W tym momencie czuję się jak jakiś baran, bo w Polsce jest sporo Ukraińców, czasem nawet dla jakichś pracuję, a, cholera, trochę do końca nie wiem, jak im się żyje, w bardziej statystycznie wiarygodnej próbce. Zostaną tu? Będą mieli dzieci-Polaków? Polska zanotuje przyrost imigracyjny? Trudno powiedzieć. Władze średnio się palą do zbadania tematu, w razie czego waląc ogólnikami, że "przyjęliśmy milion uchodźców z Ukrainy", co było popisem wiedzy osoby będącej szefem naszego rządu - przyjęto dwóch uchodźców. Tymczasem milion Ukraińców, owszem, do Polski wjechało, ale co robili dalej - nie wiadomo. Prawo pobytu dostało 65 tysięcy. Z pozostałych na pewno część pojechała dalej na Zachód, a część pracuje bez pozwolenia. Ale jakie są proporcje - nie widziałem sensownego, ogólnokrajowego (ani też, w sumie, ogólnowrocławiowego) szacunku.

      Rząd się nie chwali, bo przecież nie jest to ciekawe i nie może być istotne dla przyszłości kraju.

      Byłoby interesujące to wiedzieć.

       

      Tak, to jest taka krótka notka składająca się tylko z pytań odnośnie raportu OECD, ale bez odpowiedzi.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      ogqozo
      Czas publikacji:
      czwartek, 24 marca 2016 02:17
  • sobota, 19 marca 2016
    • Samotność w sieci Baumana (oraz wola mocy narodowca)

      Minęło trochę czasu, ale jeśli nie mieliście okazji, polecam przeczytać krótki wywiad Zygmunta Baumana dla El Pais. Mówi tam między innymi o tym, że internet w niczym ludzkości intelektualnie nie rozwinął, choć niby tak znacznie zwiększył dostęp do wiedzy - wręcz przeciwnie, pozwolił masom kompletnie zamknąć się w bańce swoich poglądów. Zabawne: czytam ten wywiad i tylko przytakuję "tak właśnie, tak właśnie...". Podoba mi się, bo mówi to, co już myślałem.

      Często się zastanawiam nad tym potężnym kryzysem. Bauman wie, czemu tyle osób w Polsce go nienawidzi i mu wygraża na wykładach, i będzie nienawidzić każdego neurotycznego żydowskiego intelektualisty... hehe, wystarczy tylko jedna z tych cech. Nie wspominając nawet o tym, czy ktoś faktycznie jest komunistą, czy też w ogóle nie ma nic wspólnego z byciem komunistą, ale mu się to po prostu wmówi (obecnie ten proces trwa na całego: rząd i jego fani już kompletnie porzucili pozory rozsądku w swojej "grze w pomidor", gdzie na wszelkie zarzuty odpowiadają po prostu, że dana osoba jest komunistą. Nawet jeśli ma mocno prawicowe poglądy, urodziła się po 1990 roku, jej rodzice byli w "Solidarności" - whatever, to tylko słowo, można go używać to się używa. Tak samo można mieć 25 czy 30 czy 60 lat, całe życie żyć w mocnej nędzy poniżej wszelkich minimów socjalnych, i zamiast odpowiedzi konkretnie na swoje argumenty usłyszeć tylko "oderwali cię od koryta to płaczesz", piąteczki są przybijane).

      To całkiem przyjemne. Nie trzeba wątpić, sprawdzać, szukać informacji zanim się coś powie.

      Niewyżyci może nie umieją aż tak celnie ubrać w słowa, czemu go nienawidzą, ale też na pewno swoich poglądów nie zmienią. Są dumni ze swojej ignorancji, a Facebook pozwala im codziennie pompować sobie poziom hormonów wzajemnie się chwaląc za to, jacy są dumni ze swojej ignorancji. Kto chciałby rezygnować z takiego pozytywnego podejścia do życia? Tutaj różnię się od wielu komentatorów, którzy są bardziej optymistyczni. Codziennie czytam w mediach, że PiS się ludziom przeje i powróci jakieś Dobro, że korwiniści wyrosną z korwinizmu... Czemu mieliby to robić? Gdzie w tym frajda? PiS owszem, przeje się, ale nie na koszt czegokolwiek lepszego, tylko tych partii, które obecnie są najpopularniejsze w gronie 20-30-latków, a więc skrajnej prawicy. Tak, to pokolenie już dobija do trzydziechy. Nie zmienia się. Tak wyrosło, a dorosły człowiek rzadko zmienia poglądy. Właściwie to... zgadzam się z Rafałem Ziemkiewiczem (ostatnio często o nim piszę, ale jakoś tak się trafiło: mało kto ze znanych powszechnie osób tak celnie reprezentuje tryb myślenia niewyżytych), że PiS, niestety, ma tylko "przygotować grunt" pod prawdziwą rewoltę w kraju: zaorać to, co jest, by Kukiz i Korwin wkroczyli już gotowi cieszyć się nieskrępowaną władzą, przejmując organy przyzwyczajone już do tego, że łamanie prawa przez rząd jest spoko ("to naród ma rządzić, a nie prawnicy"), że żadne zasady pozorowania chociaż przyzwoitości nie obowiązują (co oczywiste patrząc np. na dzisiejszy wywiad Jarosława Kaczyńskiego dla "Rzepy"). Ale w porównaniu z nimi, Kaczyński to cnotka celibatka. Oni jak będą mieć taką władzę, to będą bić. Nie ma wątpliwości. Znacie jakiegoś zwolennika tych partii, który nie chce bić? No właśnie. Póki co nie biją, bo trochę im tego zabrania prawo. Mogliby coś stracić za bicie. Ale nie są zwolennikami tego prawa. Brakuje im tylko władzy politycznej.

      "El Pais" też, oczywiście, jest według nich komunistyczne, genderowskie, antypolskie, nienawidzące wszystkiego co dobre i wartościowe itp. Więc raczej nie będą z tym dyskutować.

       

      Zastanawiam się nad tymi bańkami. Gdy planowałem założyć tego bloga (trochę czasu minęło, nie miałem czasu...), wydawało mi się, że będzie prezentować fakty ważne i niepadające w mediach. Dziś widzę, że właściwie to one gdzieś tam są. Ba, w miejscach znacznie popularniejszych, niż ten niesamowicie niszowy blog. Często więc chciałbym coś napisać, ale nie ma po co. Dysputa społeczna przeniosła się na Facebooka, gdzie znajdziemy i działające od roku Razem, i kilka stron z Lewica w nazwie, i "Le Monde Dyplomatique - edycja polska", i "Żałosna logika" (będące odpowiedzą na skrajnie prawicowy, i skrajnie głupi, fanpage "Żelazna logika") i pismo "Równość", i trochę innych rzeczy. Czasem nawet "Krytyka Polityczna" albo i "Wyborcza" piszą o tym, co ja chciałem opisać tutaj. To nie tak, że problemem jest brak tych treści! Czasami się aż zastanawiam, po co istnieją te wszystkie strony. Jaki ma być efekt? Czasami przytaczają jakiś popularny dyskurs (ot, by nawiązać do poprzedniej notki - płaca minimalna rujnuje gospodarkę kraju, choć jest wiele znacznie bardziej ewidentnych i jednoznacznych bzdur, które powtarzają). I, jak to się mówi, celnie punktują? Orają? Masakrują? Cokolwiek. Tylko co z tego? Fani przytakują. Już to wiedzą! A "tamci"... nie czytają tego i mają to gdzieś. Nijak to nie wpływa na ich życie. Nie ma absolutnie żadnego powodu, żeby tego kompletnie nie zlali, tak jak ja zlewam, dajmy na to, jakieś tam wydarzenia dnia na "Pudelku" czy jakie teraz seriale lecą wieczorem, skoro "Klan" i chyba też "M jak Miłość" się skończyło. W latach 90. pewnie nie dało rady nie interesować się pewnymi rzeczami - kto nie wiedział, co leci na TVP o 20? Ale internet pozwala kompletnie się nie interesować wszystkim poza własną bańką. Zamknąć się też na każdego rodzaju wiedzę. Klikać obrazki. Przygnębiająco wielu moich znajomych z Uniwersytetu (nie Rzeszowskiego! Z jednego z lepszych w Polsce!) tak obecnie prowadzi życie "intelektualne". Przygnębiająco dla mnie, bo na tym tracę, ale dla nich - super sprawa. Świata nie zmienisz, więc jaka korzyść z męczenia się i pogarszania sobie humoru, gdy zawsze można sobie poprawić.

      :)

      Strony "WPolityce" nigdy nie donoszą o np. napaściach na kogoś za to, że nie był biały, albo o tonach nienawiści i życzeń śmierci wylewanych na ludzi... czasami nie wiadomo, za co. Ot, choćby ten spektakl w Teatrze Polskim. Czy trzeba być komunistą, gejem, niebiałym, ateistą albo w jakikolwiek sposób faktycznie mniej być Polakiem, by chcieć zawrzeć w sztuce wątek seksu? No przecież niespecjalnie. Ale groźby śmierci się posypały. Doniosła o nich oczywiście "Wyborcza". Inny przykład to np. radość z napaści na kogoś tam niebiałego na Facebooku Marszu Niepodległości - nie pojedyncza, ale nagradzana setkami lajków na tamtym profilu (mam o tym notkę). To samo. Dla lewicy - każdy prawie o tym napisał niedługo po mnie, dla "konserwatystów" - nie ma zdarzenia. Z kolei "W Polityce" i TVP miały całą serię o tym, że "granice nienawiści w kraju zostały przekroczone" po tym, jak to po wypadku Dudy część osób w sieci stwierdziła, że spoko, albo puściła żart, że przecież nic się nie stało. I oczywiście jej fani o tym przytakują. Lewica czy "Wyborcza" raczej się tym za bardzo nie przejmują, przynajmniej w większości.

      Ba, ja nawet nie mówię nic nowego tutaj. To zjawisko jest doskonale znane. Sporo dziennikarzy, nazwijmy to, "strony A", spędza masę czasu pisząc i pisząc (zwłaszcza na Twitterze, nie jest mocno prasowa forma wypowiedzi) teksty w stylu "jak było X i Y, to strona B nic nie mówiła, a jak jest Z, to nagle problem! Co za hipokryci!". I na odwrót. Stało się to wręcz dominującą formą wypowiedzi w internecie. Najczęściej jest bezosobowe, więc właściwie nie wiadomo, kto konkretnie nie reagował na X i Y, a kto powiedział daną rzecz o Z. Dlatego zawsze działa, zawsze "masakruje" i "orze". Wszystko to jest przygnębiająco pozbawione treści.

      Czasami oczywiście się ma rację, tylko co z tego? Kto to czyta? Ludzie, którzy i tak się zgadzają? To jak ten wywiad z Baumanem - czy ktokolwiek z jego wrogów zmierzy się z jego tezami? Jutro zobaczymy felietonik Korwina, Ziemkiewicza, Bosaka czy innej "Żelaznej Logiki" dyskutujący konkretnie z treścią zdań, które powiedział, a nie tylko uprawiającymi jak zawsze lol-rofl-zaoranie-#skisłę-masakrowanie-memetykę?

      No właśnie. Więc po co? Czasem też nie wiem, po co. Dlatego ten blog nie jest bardzo aktywny. Można sobie mówić, że świata może się nie zmieni, ale trzeba przynajmniej się starać, bo co innego zostało w życiu, kropla drąży skałę, owszem. Ale pięść ONR-owca drąży skałę mocniej. Brak konieczności trzymania się jakichkolwiek zasad intelektualnych i logicznych (w wielorakim sensie: "logos" to też słowo, a logika zawsze wymaga na początku upewnienia się, że używamy słowa faktycznie opisującego daną rzecz), tylko szczątkowych zasad emocjonalnych i społecznych, sprawia, że "my" (lol, jacy my?) nie mamy szans wygrać tej konkurencji. Wielokrotnie chciałem napisać jakąś notkę na tego bloga, ale po wielu godzinach sprawdzania danych, okazywało się, że byłem w błędzie, albo że wymowa sprawy jest niejasna. Taki problem niewydajności jest obcy Niewyżytym. Wygrają.

       

      A na czym jadą? Bauman zwraca uwagę na to, co nieraz tutaj pisałem, i staram się akcentować w każdej notce, np. nie nazywając zbyt chętnie prezydenta USA, Rosji czy Polski "władzą". Mianowicie stosunki władzy wyglądają znacząco inaczej, niż wtedy, gdy wymyślano państwa narodowe w XIX wieku (Bauman mówi tu o traktacie wersalskim, który można uznać nie za początek, ale jakieś oficjalne ustalenie tego porządku świata). Wtedy faktycznie może w rękach państwa spoczywała niemała władza, a poszczególne departamenty władzy państwowej kontrolowały daną sferę życia (tak naprawdę nie za bardzo, ale dziś i tak znaczenie ma tylko to, co ludzie MYŚLĄ o tamtych czasach). Dziś stosunki władzy są niemal kompletnie niezależne od granic państw i narodów, a za nimi - niezależne od granic państwa są konflikty. Dlatego też władza narodowa nie jest w stanie ich rozwiązać.

      (I dlatego też możliwe, że mimo takiego nawarstwienia konfliktów, jak obecnie, nie będzie III wojny światowej - bo co prawda są i masy pozbawione majątku, i krzyżowanie się konfliktów pomiędzy największymi firmami i rządami świata w postaci choćby znaczenia dla nich cen ropy, i niesamowita spirala przemocy, i skrajnie rasistowskie emocje, niezbędne do poparcia wojny przez masy, ale największy arsenał broni mają jednak nadal władze politycze i kto wie, być może akurat im nie będzie się opłacało walczyć akurat między sobą. Robią to bardziej pośrednio - jest sto powodów, by zabijać masowo ludzi na Bliskim Wschodzie, ale może nie ma tak dobrych, by zabijać masowo w Moskwie i Nowym Jorku).

      Tak zwani "konserwatyści" tęsknią widocznie za tym "starym" porządkiem. Iluzją państwa narodowego, bardzo atrakcyjną dla prawicowca: kompletnej statyki, jednoznaczności i zgodności świata z ich osobistym światopoglądem, każdy kraj i naród wydzielony sztywną, nieprzekraczalną kreską. Role społeczne żadnej osoby nie zmieniają się nigdy, każdy posiada tyle, ile "naturalnie" mu się należy, ci, których nie lubię - bici bezkarnie, ci, których lubię - w pełni bezpieczni, chronieni bardzo ostrymi przepisami. I tak dalej. To "stary porządek" w cudzysłowie, bo nigdy właściwie w historii ludzkości to nie działało, może poza krótkimi okresami w jakimś rejonie, ale nigdy długimi, bo to nie może wyjść. Wiemy doskonale, że nawet gdy ludzie są tej samej religii, podobnie wyglądają, mówią tym samym językiem, nierówność zacznie tworzyć konflikt, który nabierze potem społecznego i kulturowego charakteru, odwzorowując mentalność, którą miliony lat życia w plemionach 100-osobowych zaszczepiły nam ewolucyjnie głęboko w duszy. Zdecydowana większość wojen na świecie nie toczyła się pomiędzy grupami sztywno różniącymi się językiem, religią, a już zwłaszcza kolorem, tak samo jak nie jest to powodem największej ilości agresji - jest to zdecydowanie niszowy margines. Skoro więc jednak codziennie widzimy tak mocne forsowanie tak odległeś od rzeczywistości wizji, musi to być dowód, że jest to dla człowieka wizja bardzo atrakcyjna. Przynajmniej dla człowieka "konserwatywnego".

      Tęsknią też za łatwymi konfliktami. To byłoby takie przykre patrzeć np. na sytuację na Bliskim Wschodzie i myśleć, że znaleźć tam można łatwo kilkadziesiąt grup mających własne cele, działających w kontekście pozostałych kilkudziesięciu, wchodzących z nimi w nieabsolutne, ale kontekstowe sojusze lub konflikty, i zdać sobie sprawę, że nie da się nijak "rozwiązać" sprawy, żeby nastało Dobro. A z kolei tak miło sobie pomyśleć, że przecież oni wszyscy wyglądają podobnie, więc jeśli po prostu zabijemy wszystkich tych, którzy wyglądają w ten sposób (włącznie z pozostałymi 99%, którzy robią co innego, no ale ostrożność nie zawadzi), to Zło zniknie ze świata, zostanie białoskóre Dobro. (Zauważcie, jaką obsesję ma większość "konserwatystów" na Twitterze np. na to, by nie nazywać przypadkiem urodzonego w Belgii, będącego obywatelem Belgii, znającego tylko język francuski muzułmanina "Belgiem", uważając to za zjawisko bardzo złe i... propagandę. To jest dla nich bardzo ważne, by każdy zaznaczył, że to nie Belg, tylko muzułmanin. Przecież konflikt przestaje być jasny, jeśli zasugerujemy, że granica Dobra i Zła może być inna, niż taka, że na jednym kontynencie każdy jest naturalnie Dobry, a na drugim Zły, i przechodzi to na wszystkich jego potomków). To przykre patrzeć na Polskę i zdać sobie sprawę, że tak daleko poza naszą kontrolą jest fakt biedy naszego kraju w porównaniu z Zachodem. Ileż musiałoby się zmienić, i jak wiele milionów ludzi musiałoby tego chcieć... A jak miło odkryć sposób, by jasno wyświetlić wszystkie osoby, które są za to odpowiedzialne - Tusk, Michnik, Tomasz Lis, Jan Tomasz Gross, teraz chyba Petru i Kijowski... Droga ku Dobru jest prosta, jak powinna być, jak to zostało powiedziane w najpopularniejszej książce w historii.

      Chęć uzyskania jakiejś władzy politycznej mnie z Kukizowymi (i trochę też Korwinowymi) dzikusami łączy. Oni może nie nazywają tego takimi słowami, ale widać, że tego chcą. Chcą, by "władza" faktycznie coś robiła. Miała władzę. Pamiętam, gdy powstawał ruch Kukiza, wtedy jeszcze nazywany Obywatelski Dolny Śląsk - w sumie cieszyło mnie to, że oni też są źli z braku podmiotowości, braku jakiekolwiek władzy obywatela itp. Myślałem, że narodzi się z tego jakiś, hehe, jak się okazało Razem. Nie spodziewałem się, że ledwie parę lat później Kukiz wprowadzi tak przerażających ludzi do Sejmu (robiących patrole "pilnujące" imigrantów w Łodzi, propagujących w szkołach ideologię rodem z lat 30.). Dziś czasami Kukiz rzuci rozbrajający komentarz typu "to mówicie, że Bohater Wyklęty X mordował dzieci? A nie no, to byłem w błędzie, jak tak bez powodu mordował kilkuletnie dzieci, to źle robił", udowadniając, że nawet osoba "na górze" tej całej jatki może nie mieć nawet pojęcia o tym, o czym się wypowiada (w tym wypadku skorygował, pozostałego tysiąca bzdur nie nabrał jednak ochoty sprawdzić, czy może też nie był w błędzie, wypowiadając się z taką butą i pewnością. Po co - jest internet, Facebook, bańka...). I... nic, nikogo ten pokaz satysfakcji z własnej ignorancji u wpływowej osoby nie zdziwił. To jest najmniej ważne.

      Mamy ogromne problemy, które - inaczej, niż tysiące lat temu - naprawę MOŻNA by rozwiązać. Mamy na świecie tyle surowców i technologii, by, gdyby ludzkość zechciała, nikt nie marznął, nie głodował. Nie ma żadnego strasznie naglącego powodu, by się zabijać. Nie MUSI być tak, żeby komuś działo się coś złego. Niektóre sprawy typu, nie wiem, aborcja, status zwierząt, sprawy kultury, na pewno nadal są bardzo trudne i harmonii nie będzie, ale większość najbardziej "przyziemnych" dylematów współczesnego świata jest dość jasno zanalizowana, jeśli tylko ktoś chciałby się zainteresować. Ale nasze "dusze", nasze emocjonalne centrum, ta głęboka część mózgu, z którą trudno się dyskutuje, oczywiście jeszcze nie doewoluowała do tej stosunkowo nowej sytuacji geopolitycznej. Poczucie wyższości grupowej nad innymi jest nadal dla homo sapiens bardzo ważne. Poniżenie - materialne, ale czasami tylko estetyczne, jak np. czuje polski dresiarz wściekły na to, że jakaś tam ofiara wojny, 100x biedniejsza od niego, dostanie w Niemczech zasiłek BEZ ZASŁUGI - nadal gotuje nam krew w żyłach. Szukamy swoich plemion.

       

      Zjawiska przytaczane w tym wywiadzie po części tłumaczą szajbę "konserwatystów" na punkcie nazywania "antypolskimi zachowaniami" praktycznie wszystkiego, co im się nie podoba.

      (Dlaczego piszę "konserwatyści" w cudzysłowie? Bo często trudno poskładać do kupy, który konkretnie moment historii chcą "konserwować". Nikt nie nazywa np. komunistów konserwatystami, chociaż jak by nie patrzeć, wydaje się oczywiste, że dawno temu, jak nas Bóg stworzył, własność nie istniała. Jednak nie na tym polega oczywiście "konserwatyzm". Jest to raczej wybieranie wisienek, jak się komu podoba. Aczkolwiek widać prawidłowość, że w dużej mierze jest to coś wystarczająco starego, by już ewidentnie nie istniało, ale wystarczająco nowego, by miało jakoś tam tłumaczalny przekład na współczesność - a więc często standardy XIX wieku, II RP, prawdziwe lub wyobrażone. Idea państwa narodowego, patriotyzmu rozumianego jako fascynacja wojną, bierze się, jak sądzę, właśnie stąd).

      To dość prosta logika. Można powiedzieć, że Żelazna. Niczym Otto von Bismarck. No ale wróćmy do logiki. Można ją zrekonstruować czytając praktycznie każdą wypowiedź "konserwatystów". Pewne aksjomaty zawsze wydają się stać u podstaw tego, co wypływa z ich ust. Gdzieś tam jest ten perfekcyjny, "naturalny" stan, gdzie wszystko jest tak, jak być "powinno". Czyli oczywiście tak, jak my chcemy, bo przecież jesteśmy Dobrzy, a ktoś Dobry nie mógłby chcieć czegokolwiek innego, niż ten "naturalny" stan. Panował on gdzieś, kiedyś, zanim lewaki wszystkiego nie spaczyły. To dotyczy każdej sfery życia - kto żyje inaczej, mieszka inaczej, ubiera się inaczej itp., jest Zły, bo wypacza "naturalny" stan. W tym stanie też jednolita była tożsamość każdej osoby i grupy. W gronie grupy nazywalnej jednym słowem każdy był taki sam. Ponieważ Polska biła się z Niemcami (a bić się musiała, bo Polska to my, czyli Dobrzy, a Niemcy, no nie zostaje inna możliwość, Źli - cóż więc mogli robić, znów czysta logika, krzywdzili), to chyba jasne, że wszyscy Niemcy byli tacy sami, i Polacy byli tacy sami. Jakżeby inaczej mogli się bić tak grupowo? Z kolei każdy Polak wszystkim różnił się od Niemca, i odwrotnie. Polacy zawsze walczyli za Polaków, a przeciwko Niemcom, i analogicznie. Żydzi walczyli za Żydów, a przeciw Polakom i Niemcom (dopuszczalna wersja, że grupy inne od naszej tak naprawdę tworzą jedną). Każda inna możliwość byłaby przecież złamaniem zasad "naturalnego" stanu, który bez wątpienia był. Bo jakże by mogło nie być. Idąc dalej. Jeśli Polak kogoś mordował - na pewno był to nie-Polak. Jeśli więc Polak opcji politycznej A walczył z Polakiem opcji politycznej B, logika mówi wprost - ten drugi tak naprawdę nie mógł być Polakiem. Tylko był np. komunistą-internacjonalistą, obywatelem (honorowym) ZSRR. Bardzo ważne jest podkreślać, że nie był Polakiem. Ginąc z rąk Żołnierza Wyklętego, nawet mając 5 lat, nie mógł nim nie być, nie mógł być Polakiem. Nie widzicie tego? Przecież inaczej cała ta oczywista logika by runęła!

      To przykład wojenny, bo II wojna jest obecnie na topie jeśli chodzi o kulturę. Ale można to przełożyć na każdą sytuację aż do dnia dzisiejszego. "Oni", wróg, zawsze stara się zaburzyć ten "naturalny" stan świata, którego konserwatyści tylko chcą bronić.

      (Łatwo zauważyć analogiczną logikę co do innych konfliktów: zabójca nie jest nigdy białoskóry, to nie jest słowo, którego się używa. Jeszcze nigdy takiego nagłówka w Polsce nie widziałem: "biali ludzie dokonali ataku". Z kolei ofiara nigdy nie jest muzułmaninem. Oczywiście zabójca nigdy nie jest też Belgiem, to bardzo ważne, by takiej propagandy nie uprawiać. Te dwie ostatnie czasem się pojawiają w mediach bardziej "postępowych", choć oczywiście o ofierze-muzułmaninie mówi się jedynie wtedy, gdy zaatakuje go ktoś biały za to, że był muzułmaninem. Obowiązkowość narracji, że jedynym możliwym konfliktem na świecie jest globalny, absolutny, niepodzielny konflikt "rdzennych Europejczyków" i muzułmanów, pozostaje utrzymana).

      To oczywiście tylko narracja. Właściwie nie ma to wiele znaczenia, jaką historyjkę ktoś opowiada, jeśli się nią nie kieruje. Nie sądzę, by "konserwatyści" faktycznie w to wierzyli. Ale jest to jakiś sposób ubrania w słowa tego, co sprawia przyjemność. A takie zabiegi od zarania ludzkości cieszyły się ogromną popularnością i jednoczyły narody i cywilizacje. Więc... mają swoje zalety.

       

      Podkreśliwszy to, wróćmy do "władzy" i władzy. Jednoznaczny, jednolity naród jest potrzebny człowiekowi właśnie dlatego, by władza polityczna faktycznie była jego reprezentantem. Wielu osobm trudno czuć udział w władzy choćby dlatego, że nie znoszą PiS-u czy PO, a niby oni mają demokratycznie rządzić tym krajem. W tej wizji świata - to bez sensu, oni muszą być innym narodem, a więc tak naprawdę, według kryteriów "świata naturalnego, nienaruszonego", władać Polską nieprawowicie. Uczucie bycia reprezentowanym przez władzę jest ważne, by, przez to, obywatel czuł jakikolwiek, choćby pośredni wpływ na swoje życie i swój świat. Demokracja, nie-demokracja, zagrożona demokracja, trybunały konstytucyjne, Komitet Obrony Demokracji... to wszystko jest w sumie pozbawione znaczenia, jeśli widzisz jak na dłoni, że demokracja polityczna jest tak czy siak pozorna - bo władza polityczna nie jest tak naprawdę zbyt mocną władzą. Ergo, ty sam stajesz się pozbawiony władzy. A bezradność boli. Bardzo. Znam to uczucie i ono mnie naprawdę ostro wnerwia.

      Narracja, że to wszystko sobie normalnie zawsze było, tylko ktoś nagle przyszedł i nam to zabrał, i że są to lokalni przeciwnicy polityczni, jest srogo durnowata i widać jak na dłoni, jak naciągana i śmieszna. Ale... jest to przynajmniej jakaś narracja, która pozwala spiąć do kupy wszystkie wymienione tu warunki. (Zaznaczmy realistycznie, że te warunki się nigdy za naszego życia nie zmienią! Świadomość, opowieści, słowa - to zmienić łatwo, ale podstawowe emocje kierujące człowiekiem - niemożliwe!) Pozwala to spiąć je w całość bez stawania naprzeciw przerażającej, bo kompletnie niewykonalnej w ogromie wyzwania, konieczności, którą przedstawia tu Bauman (oczywiście nie mówiąc nic nowego): konieczności zebrania mas w... cholera wie jakiego (komunizm na razie nikomu nie wyszedł), ale na pewno JAKIEGOŚ rodzaju wspólny kształt, by stawić czoła systemowi globalnemu. I go zmienić. To tak gargantuiczny wysiłek, że łatwo mi zrozumieć, czemu naprawdę pogarsza to humor, żeby w ogóle o tym myśleć. Jest to wręcz niemożliwe, ponieważ wymaga czegoś, co w obecnej Europie jest właściwie nie do pomyślenia: solidarności ponad podziałami. Zdania sobie sprawy, że różnice istnieją, i próby stworzenia "wspólnego frontu" z kimś, kto nie będzie absolutnie jednakowy, jak my. Ałć. To raczej się nie zdarzy.

      Wiem to świetnie, jak to nieprzyjemne patrzeć na to w ten sposób. Nie chcę udawać, że jestem jakoś lepszy. Świadomość problemu nie poprawia bowiem humoru, a też wcale nie zawsze ułatwia działanie ku jego rozwiązaniu. Prosty przykład. Wiem sobie, że woda się kończy na świecie, i gdzieś w takiej Afryce - a za 100 lat także w Polsce - ludzie będą się zabijać za równowartość mojej jednej kąpieli. Ale kąpię się tak samo. Dlaczego? Bo lubię. Nie jestem z siebie dumny, ale efekt jest ten sam. Porównajmy to do zachowania osoby, która udaje, że problemu nie ma, albo rzuca jakiś pogardliwy tekst w stylu "jak ktoś nie ma wody to niech zapracuje i sobie kupi". Co oni robią dla zmiany sytuacji? Nic... czyli mniej więcej tyle samo, co ja. A o ile przyjemniej się żyje. Jak widać, takie podejście do problemów świata może nie jest "słuszne", ale w pewnym sensie jest bardzo mądre. A blog "Ogórek postępowy" jest bardzo głupi.

      Niemniej oprócz kąpieli, lubię też prawdę, to jest tematyka tego bloga, więc powiedzmy sobie jasno: tak, nie miejmy wątpliwości - to jest jedyna możliwość, by coś zmienić i faktycznie mieć jakąkolwiek szansę osiągnąć cel odzyskania kontroli nad życiem przez przeciętnego obywatela i zwalczenia tego, co wkurza tak samo i mnie, i Kukizowych drani marzących o wyżyciu się na lewaku czy osobie o innym kolorze. Nie wiem, co dokładnie mogłoby zadziałać. Ale wiem, że ich propozycja na 100% pogarsza sytuację, z której niezadowolenie nimi, i mną, kieruje. Bez próby kontestacji faktycznej władzy, a nie tylko polityków (oraz współobywateli), lokalne wojenki o to, kto jest Polakiem Prawdziwym, a kto łże-Polakiem i jedyną barierą niepozwalającą Prawdziwej Polsce Tylko Polaków Prawdziwych kwitnąć, pozostaną wojenkami o nic. Może krwawymi, może tylko wyniszczającymi psychicznie - ale na pewno będzie to jak zażarta kłótnia warzyw krojonych na zupę.

      A to feler - westchnął seler.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      ogqozo
      Czas publikacji:
      sobota, 19 marca 2016 05:13
  • poniedziałek, 07 marca 2016
    • Czy 12 zł jest realne

      Ciągle trudno powiedzieć, czy można uznać za podjaranym Rafałem "uwielbiam Piotra Semkę" Wosiem, że obecny rząd jest niby bardziej propracowniczy i prospołeczny, niż poprzednie. O wieściach negatywnych nie piszę, bo przez te dwa miesiące zebrało się ich tak wiele, że, kurczę, przydałaby się jakaś kronika (podobno wszystkie media nic tylko prowadzą nagonkę na PiS i w sumie jest to nieco prawda, ale niestety robią to na mało zorganizowany sposób, skupiając się często na pierdołach. Ja zaś jestem zbyt zapracowany przerzucaniem kartonów za 5 zł, żeby uratować sytuację). Z pozytywnych - prawdopodobnie za dobry pomysł można uznać program 500+, ale... jest to trudne do oceny z paru powodów.

      Jeden jest dość podstawowy, i już o nim mówiłem: otóż PiS to partia bardzo mocno kierująca się tak zwanym PR-em (ale nie tylko - również kolesiostwem), co można uznać za zaletę (odpowiadają na potrzeby narodu), ale też sprawia to problem z racjonalną oceną ich działalności. Kwestie negatywne - np. skandaliczna działalność w kwestii niszczenia środowiska naturalnego i powietrza w miastach czy też po prostu korpofaszystowskie poparcie dla TTIP - są po prostu zabijane publicznie przez brak dyskusji. Rząd jak i przychylni mu dziennikarze odpowiadają jedynie na inne kwestie typu "czemu obrażacie Wałęsę" albo "czemu ktoś tam w internecie napisał że Duda gupi a KOD-owców trzeba rozstrzelać", a inne po prostu zostawiają, jakby nigdy nie padły. To mądre działanie z ich strony, bo w tym aspekcie mają szansę "wygrać" (przynajmniej w tym sensie, że będzie to wiarygodne dla nich samych). Dzięki temu o prawdziwie szkodliwych przewinach tego rządu dyskusji nie ma, jest bicie głową w mur ignorancji. Na 10 tysięcy artykułów i 40 tysięcy tweetów, jakie tworzy rocznie Ziemkiewicz o tym, który obóz polityczny jest Dobry, nie znajdziecie jednego na istotne tematy. Z kolei program 500+ można uznać za pewien pozytyw z perspektywy przeciętnego obywatela Polski, ale, powtórzmy... PiS kieruje się logiką reklamową i promocyjną, więc informuje tylko o zaletach każdej promocji, za to trudniej przychodzi odpowiedź w kwestii tego, kto dokładnie zapłaci te około 20 miliardów rocznie. Czasami politycy odpowiadali, że banki, albo że wielkie sieci, albo że przestaną "wyciekać" podatki (temat ten podejmowałem tutaj), ale na razie, wielkie zdziwko, średnio to wyszło. Możliwe, że po prostu za ten program tradycyjnie zapłaci każdy po trochu - czyli w skrócie mówiąc, na rodziny klasy średniej będą się składać także tacy ludzie jak ja, zbyt biedni, by w ogóle myśleć o posiadaniu dwójki dzieci. Media (czy też działacze Razemu) wyliczali już nieraz, ile biednych zostanie pominiętych przez program, a ilu bogatych dopieszczonych - no cóż, nie dziwi mnie to, bo wbrew temu, co mówią krytycy, to nie jest program pomocy biednym, nikt chyba go tak nie reklamował; natomiast możliwe, że PRZY OKAZJI, trochę mu się to uda. Statystyka wykazuje, że rodziny wielodzietne są ŚREDNIO mimo wszystko dość biedne, więc uznajmy, że ŚREDNIO ten program wychodzi, mimo wszystko, na plus. Na 500+.

       

      Teraz zastanawiam się, co też wyjdzie z zapowiedzi podniesienia płacy minimalnej. Ten temat obchodzi mnie znacznie bardziej, bo jak z posiadaniem dzieci kontaktu mieć raczej nie będę, tak z płacą najniższego stopnia - zawsze. Śmiać mi się chce, gdy w ogóle o tym piszę, no bo wyobraźcie sobie, że opowiadacie znajomym z zagranicy, że jest projekt wprowadzenia płacy minimalnej w wysokości 3 dolarów za godzinę... i to jest bardzo dużo. Gdy ja tak piszę ludziom, to wybałuszają gały (no, przez internet: piszą O_O). Nie spodziewali się, że Polacy są aż tak biedni, przecież rozmawialiśmy przed chwilą jak równy z równym, podobno kraj się rozwinął, media finansowe pisały że są dobre wyniki itp. A tutaj - 3 dolary za godzinę. Co więcej, Polska nie jest jeszcze krajem o tak różnorodnym rozstroju klasowym, jak większość zachodnich, dlatego płaca minimalna, która zazwyczaj tam oznacza po prostu jakąś tam grupę biednych kocmoluchów (najczęściej jakichś imigrantów, którzy nie mają znajomości i muszą czyścić kible), u nas... jest bliska zarobkom większości osób. To naprawdę dotyczy masy Polaków. Główny Urząd Statystyczny sprytnie nie podaje, ile tak naprawdę zarabia większość Polaków (tylko średnią arytmetyczną pensji), ale można podejrzewać, że dominanta nie skoczyła ponad 2 tysiące miesięcznie na rękę (ostatnie dane mamy z 2012 roku, kiedy było to 1773 zł, i to oczywiście tylko oficjalne wypłaty, w branży średnich i dużych przedsiębiorstw).

      Tak że dla wielu osób, 12 zł za godzinę to jest całkiem dużo. Może nie dla osób zatrudnionych na umowę o pracę. Ci od stycznia mają minimalną 1850 zł brutto miesięcznie, czyli, przy założeniu 40-godzinnego tygodnia pracy, te 12 zł to dla nich miesięcznie jakieś może 130 zł na rękę więcej. Oczywiście nie to jest w tej ustawie najbardziej interesujące. Tylko wprowadzenie kwoty minimalnej dla umów zlecenie! Jeśli przeglądacie oferty pracy (nie dla informatyków czy architektów, tylko dla przeciętnej osoby), to wiecie, że 12 zł za godzinę na umowie zlecenie to praktycznie niespotykana stawka - bez odpowiednich kwalifikacji (np. bycia bardzo ładną młodą dziewczyną na hostessę) albo dodatkowych kosztów (praca godzinę dziennie, albo na dalekim zadupiu miasta) tyle nie dostaniecie nawet w Warszawie. W mniejszych miejscowościach zaś jest zupełnie normalne oferować połowę tej kwoty lub nawet mniej.

      Ogólnie jest to bardzo pociagający pomysł! Ale, znów, ta ekipa zrobiła wszystko, bym bardzo wątpił w jego realizację w korzystnym kształcie. Detale jego wykonania można bowiem analizować długo, ale weźmy choćby kwestię podstawową: czy to prawo nie będzie po prostu łamane? Fajnie jest sobie wprowadzać nowe przepisy, ale mniej fajnie przyznać, że nie umie się sprawić, by choćby obecne były przestrzegane. W Polsce mnóstwo osób wykonuje normalną pracę, a umowę-zlecenie ma po prostu nielegalnie. PiS wprowadził już, ku uciesze części jego lewicowego elektoratu, regułę, by inspektor PIP mógł własnoręcznie "przepisać" ją na umowę o pracę, ale wiecie co? Musi to faktycznie robić, żeby ten przepis żył. Gdyby był faktycznie egzekwowany, nie mielibyśmy tylu ogłoszeń na wszystkich portalach, które mówią wprost, że oferujemy pracę w ramach której prawo będzie łamane, i nikogo to nie obchodzi. Działania rządu byłoby łatwiej oceniać, gdyby prawo było egzekwowane w 100% - wystarczyłoby przejrzeć przepisy i statystyki. Ale w tym wypadku, mamy do czynienia ze zmianą Heisenberga - czy faktycznie coś się zmienia, i na ile, nie wiadomo.

      PIP narzeka, że wykroczeń jest coraz więcej, a więc można wątpić, czy nowe przepisy mają w ogóle sens, jeśli nawet obecne są po prostu lekceważone przez pracodawców. Czy wobec tego nie można by na początek zwiększyć budżetu PIP, by w ogóle działał? Rząd nie ma ku temu ochoty. Co prawda doniesienia (powtarzane m.in. przez Adriana Zandberga) o obniżeniu budżetu PIP były pewnym uproszczeniem - przyjęto (na żądanie głównie Kukizowców) poprawkę obniżającą pierwotny plan, ale budżet 2016 jest nadal nieco wyższy niż w 2015 - jednak sytuacja instytucji nadal jest bardzo słaba, o czym więcej można przeczytać tutaj i w linkach. (Dla miłośników demokracji z brzuszkiem, którzy chodzą na demonstracje KOD-u, zaznaczę: prawo, które jest zapisane w papierach, ale nie działa w praktyce, to jest trwająca od wielu lat kpina z demokracji. Fajnie, że was to obchodzi). Nota bene widzimy na przykładzie tego newsa, jak ogromną szkodą, zapewne nienaprawialną, będzie dla nas zawsze irracjonalność polityki. Wiecie, o czym było 95% komentarzy na O2 po tym, jak Zandberg narzekał na budżet PIP? Był to hejt na to, że pracownicy PIP śmią narzekać, zarabiając przecież 2500 zł brutto. Nie chodzi o to, co ta instytucja może zrobić dla kogokolwiek - tylko zawiść wobec konkretnych ludzi, bo to jest jedyna dyskusja, którą większość osób chce prowadzić. Jedyna wizja naprawy czegokolwiek w Polsce jest taka, żeby komuś zabrać kasę, to wtedy się zabiorą do pracy. Na tym opierały się prośby Kukizowców o możliwe obniżenie budżetu - chodziło oczywiście o to, by urzędnicy przestali sobie urządzać na koszt podatników "rozpasane" imprezy.

      (A na marginesie marginesu - nienawidzę rozpasanych imprez, ale umówmy się, że zrobienie raz na rok balu za 100 tysięcy to, z perspektywy finansowej, naprawdę nie jest największy problem w tym kraju. W Polsce są 4 miliony firm, większość łamie przepisy. Jak ktoś ma konkretny sposób jak egzekwować wobec nich prawo bez wydawania pieniędzy przez państwo, to może się podzielić. Znając Kukizowców, może ich receptą jest np. obcinanie rąk).

       

      Jakie więc będą skutki ewentualnego (ciągle wątpię, co z tego ostatecznie wyjdzie...) wprowadzenia płacy 12 zł na umowie zlecenie? Bardzo to ciekawe. Możliwe, że wszyscy obecni pracodawcy śmieciowi zaczną po prostu podpisywać inne umowy, choćby o dzieło. Jak najbardziej jest to możliwe, w niejednym sklepie już teraz dostaniesz np. 7 zł za godzinę na rękę, ale umowę na jakąś drobną sumę miesięcznie. Właściwie jest to oszustwo, i przez to nielegalne i karalne, ale, no właśnie - umowy zlecenie, gdy tak naprawdę pracujesz normalnie, też są nielegalne i nikogo to za bardzo nie obchodzi. Dlatego właśnie w tym tekście używałem wyrażenia "umowy-zlecenia", a nie "śmieciówki". Bo śmieciówki, jeśli za literą prawa nie pójdzie jego skuteczna egzekucja, pozostaną - pod innymi oficjalnymi nazwami, ale będą istnieć tak samo. Może wzrośnie ilość zatrudnienia bez umowy. Bo tak też się robi często i wiecie co? Rząd tak epicko nie zapowiada, co konkretnie zrobi, żeby TO faktycznie się zmieniło. Zdaniem większości ekonomistów, powinno to stać się samoistnie, jeśli tylko w kraju postawi się odpowiednio dużo pomników Żołnierzom Wyklętym.

      A patrząc na wszystkie inne działania rządu, mam wrażenie, że po prostu ich to nie obchodzi. Wprowadzają płacę minimalną, bo tego chce w ankietach większość Polaków. Jest to ogólnikowe, nadaje się na nagłówek. Te "drobne detale" typu "czy to faktycznie da efekt" i "sprawdźmy jak to przebiega krok po kroku" to już filozofowanie dla kawiarnianych mądralińskich z sojowym latte, którym przeciętny Polak wolałby raczej dać w mordę niż rozmawiać. Na pewno nie spodziewajcie się, że coś takiego w jakiejkolwiek stacji TV czy innym Wykopie trafi to na czołówkę. Patrząc na treść mediów wszelkiego rodzaju, ludzie ogólnie jakoś nie lubią myśleć, że jest coś takiego jak cykl zależnych od siebie zdarzeń. Pojedyncze wydarzenia są omawiane, ale obecność dwóch lub więcej elementów to śmierć potencjału medialnego każdej historii. Podniesienie płacy minimalnej zostanie więc uznane za Dobre całym swym jestestwem, albo za Złe całym swym jestestwem, i tyle zostanie zapamiętane przez suwerena, czyli głosującą większość społeczeństwa.

       

      Załóżmy, że coś naprawdę się zmieni. Pozostaje dość ciekawe pytanie o konsekwencje takiej przemiany. Dla niektórych branży będą one niemałe. Dla modelu Polski jako kraju taniej siły roboczej do wyzyskania przez zachodnich posiadaczy majątku, wprowadzenie faktycznej płacy minimalnej na poziomie 12 zł brutto byłoby pewnym osłabieniem. Nie katastrofą - bo to nadal mało, niemal równo trzykrotnie mniej, niż niemiecka pensja miminalna. Ale nie byłoby to aż tak opłacalne, jak obecnie. Mimo wszystko, te firmy prosperują dośc dobrze. Wydaje się oczywiste, że wzrost płac osłabiłby eksport, a wzmocnił tych, którzy produkują na rynek krajowy. Być może lepiej będą się miały sklepy spożywcze, może ubraniowe, lekarze. To wszystko, co sprzedaje biednym. W dłuższej perspektywie zapewne też każdy, kto sprzedaje również towary wyższej jakości.

      Albo, jeśli wierzyć komentarzom wielu moich znajomych, wszystkie firmy upadną, bo im się nie będzie opłacało robić jeśli będa musieli płacić pracownikom 12 zł brutto za godzinę. Na pewno.

       

      Temat płacy minimalnej nieco powraca na świecie, bo jeśli się nie ma głowy schowanej w korwinistycznym kuble, to też trudno nie zauważyć, że "po cichu" przez ostatnie kilkadziesiąt lat przepaść między zarobkami biednych i bogatych rozrosła się gigantycznie. Wbrew temu, co niektórzy sądzą, taka płaca tak naprawdę nie zmieni akurat w tej kwestii wiele, jeśli cokolwiek... ale powinna uczynić życie biednych nieco bardziej znośnym, a zmniejszając ilość wykluczonych, zwiększyć potencjał ekonomiczny danego kraju. W latach 80. ekonomiści urzeczeni Reagenem powtarzali, że płaca minimalna to największe zło, a teraz... cóż, coraz więcej z nich musi jednak stanąć oko w oko ze skutkami tej propagandy. Oczywiście, nie dotyczy to Polski, bo III RP, mimo koszmarnych błędów politycznych, za które będziemy płacić i za 100 lat, summa summarum jak na razie ciągle się rozwija po okresie stagnacji PRL-u i te błędy mogą być mało odczuwalne, albo dla niektórych wręcz wydawać się przyczyną rozwoju.

      Obecnie na Zachodzie nawet opinie co do podstawowego zastrzeżenia przeciw - że wzrost płacy minimalnej obniża zatrudnienie wśród pracowników najniższego szczebla - są podzielone już niemal na równo, bo przez kilkadziesiąt lat po prostu ta (w latach 70. dogmatyczna) teza się za bardzo nie sprawdza.

      W 2015 roku po raz pierwszy ogólnonarodową stawkę minimalną wprowadziły Niemcy, w wysokości 8,50 euro za godzinę. Zaznaczmy, że to kwota naprawdę niewielka na tle wszystkich niemieckich zarobków - ale i tak krytycy zauważali, że ten cios w elastyczność... No i oczywiście ogromna niesprawiedliwość - podwyżka dla prawie 4 mln leniuchów, którym nie chciało się znaleźć porządnej pracy! Demoralizujące dla każdego, kto zamiast prosić o podwyżkę, ciężko pracował. Zdaniem polskich prawicowców, tym razem miało to w końcu ostatecznie wykończyć niemieckie firmy, do spółki z leniwymi imigrantami ciągnącymi socjal rujnując kraj do reszty i wreszcie kończąc ten wstrętny socjalizm/komunizm, który zdaniem polskich polityków panuje na Zachodzie. Na razię trochę nie wyszło - minął rok i okazało się, że bezrobocie jest na najniższym poziomie w historii zjednoczonych Niemiec, niższym nawet niż w wypełnionej nierozpieszczanymi, pracowitymi, rdzennymi, białymi Polakami Polsce. Nie nastąpił też wzrost inflacji, choć, oczywiście, nieco zmienił się stosunek cen w różnych branżach - w niektórych ceny wzrosły, jednak bez wpływu na ogólną kondycję i poziom bezrobocia w żadnej branży. Teraz więc narracja prawicy się gładko zmieniła i teraz jest raczej znowu taka, jak zawsze w tych przypadkach: że w Niemczech się udało bo oni są bogaci i mają co przejadać, ale w Polsce tak się nie da, bo tu jest bieda, trzeba zarobić, w Polsce trzeba mieć prawo rodem z Bliskiego Wschodu.

      Ruch na rzecz tego typu akcji rozkręca się również w USA. Wygląda na to, że rewolucji federalnej w postaci Bernie'ego Sandersa nie będzie, ale to temat na inną notkę. Płaca minimalna nadal może zostać wprowadzona na poziomie miasta lub stanu. Niektóre z nich to zrobiły w 2015 roku i, szok, żadnego wzrostu bezrobocia nie było (a często był duży spadek, ale wydaje się to zależne od przypadku). Jedną z gwiazd ruchu o podniesienie jej do 15 dolarów (obecne federalne minimum: 7,25) jest Nick Hanauer, miliarder, założyciel 35 firm, który dorobił się fortuny m.in. inwestując jako jeden z pierwszych w Amazona (który, nota bene, do dziś przynosi straty, ale akcjonariuszom dał fortunę - ale to temat na inną notkę). Hanauer to taki typowy miliarder, który nie jest może jakimś wielkim altruistą, ale też nie jest oszołomem, co przez ostatnie dekady stało się zwyczajem w "branży". Wie, że żeby biznes miał przyszłość, muszą istnieć klienci, którzy nie umierają z głodu i mogą faktycznie coś od niego kupić. W Stanach zaś ta grupa znacząco zmalała - trudno, żeby np. Detroit nie upadło, gdy obecnie większość Amerykanów po prostu nie ma pieniędzy na nowy samochód, ba - według ostatnich badań 63% mieszkańców USA nie ma nawet kasy, żeby w razie awarii zapłacić 500 dolarów na naprawę obecnego. Warsztaty więc też nie prosperują, zostaje chodzenie na piechotę i wykonywanie gorszej, mniej efektywnej pracy. Zdaniem prawicowców - jest to dobre, bo "sprawiedliwe", bo "nikt nic nie dostaje za darmo", jak nie mają to niech i zdychają na ulicach. Ale dla biznesu jako całości coraz bardziej szkodliwe.

      Oprócz argumentu finansowego, Hanauer często też zwraca uwagę, że trwanie tej sytuacji doprowadzi niehybnie do wyjścia ludu na hajcendy miliarderów z widłami. Jestem zawsze sceptyczny wobec takich narracji. Wydaje mi się, że daleko od tego, bo przecież nie widzimy nawet śladów takiej chęci. XX wiek i mass media doprowadziły moim zdaniem do niemal całkowitego ukulturalnienia mas - tak że dzisiaj w razie problemów ekonomicznych raczej widzimy wzrost niechęci do takich kluczowych czynników jak czyjś kolor skóry, religia czy bliżej nieokreślone podziały plemienne typu "konserwatyści"/"postępowcy", za to niechęci do systemu finansowego nie widać niemal w ogóle. W Stanach może jest trochę inaczej, mimo wszystko Bernie Sanders trochę powalczył o nominację prezydencką. W poszczególnych miastach może się trafić wręcz lewicowy rząd. Ale też pamiętajmy, że na tle Europy, sytuacja klasowa USA jest już w tym momencie tragiczna.

      W linkowanym artykule warto zwrócić uwagę na ściek hejtu (albo, patrząc z innej strony, "słuszną reakcję trzeźwej, uzasadnionej krytyki", jak uważacie) w komentarzach - praktycznie żadnego poparcia, i to na stronie, którą trudno byłoby opisać jako jakoś skrajnie prawicową na tle całego USA. Częsty typ komentarza: "wprowadźmy faktycznie taką płacę w LA, NY czy Seattle i zobaczmy, czy uda się zaprzeczyć grawitacji" (w tej narracji grawitacja = fakt, że podniesienie płacy minimalnej prowadzi do wzrostu bezrobocia). Tak się świetnie składa, że Seattle faktycznie wprowadziło 11 dolarów. Warto będzie obserwować, jakie będą skutki. W ciągu 2015 zatrudnienie w Seattle wzrosło bardziej, niż średnia. Aczkolwiek krytycy zwracają uwagę, że nie w branży gastronomicznej. Tak, to jest obecnie ich argument. Że w jednej branży zatrudnienie wzrosło ogólnie, a nie w Seattle.

       

      Niemiecki rząd, czy też amerykańskie miasta, podwyższają płacę minimalną oczywiście we własnym interesie. Mniej ludzi, którzy pracują, ale nadal są bardzo biedni - to mniej zasiłków. W Polsce, ku mojej uciesze, zwykła zdrowa osoba, która pracuje, ale zarabia za mało, by się utrzymać, na zasiłek i tak nie ma co liczyć, więc i nie ma na czym tu oszczędzać. Na tle krajów, które nas bardziej przypominają - Czechy, Słowacja, Węgry, Litwa i inne Rumunie - płaca minimalna 12 zł za godzinę będzie całkiem wysoka. To może być krok w stronę Zachodu. O ile ta płaca faktycznie będzie.

       

      P.S. Akurat w trakcie pisania tej notki pojawiły się ciekawe wieści dotyczące idei zmian w podatkowaniu. Nie będzie o tym na razie osobnej notki, bo właściwie są to bardzo sensowne zmiany, których atrakcję opisywałem już tutaj. Rezygnacja z nieco "komunistycznego" (w sensie "komunizmu" ZSRR i PRL) systemu pseudo-rynkowej państwowej instytucji i włączenie finansowania ZUS po prostu w budżet państwa wydaje się po prostu aż zbyt logicznym krokiem, by tego nie zrobić, podobnie jak zaostrzenie progresji (czy też w przypadku firm w ogóle jej stworzenie)... na temat której, jako się rzekło, PiS przez ostatnie 10 lat zmieniał zdanie co najmniej 10 razy, więc nie napalam się jak szczerbaty na suchary, ale kto wie.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      ogqozo
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 07 marca 2016 19:33
  • sobota, 23 stycznia 2016
    • Wolność słowa według Żabki

      Petru i inne dziady protestują o wolność słowa. Mój komentarz nie będzie tu specjalnie oryginalny względem tego, co na blogu już padało. Oczywiście szkoda tego, co robi PiS. Codziennie praktycznie pojawia się jakaś całkiem obrzydliwa wiadomość, którą Szyszko czy Piotrowicz z bezczelnym uśmiechem tłumaczą jako rzecz całkiem spoko. Jednak ważniejsza niż ideologia pozostaje dla mnie kasa.

      Dlatego chciałbym przyglądać się nie tylko politykom, ale też innym władzom, takim jak np. Mariusz Świtalski, w którego imperium pracuje rosnąca rzesza osób. Oczywiście, większość Polaków nie pracuje w Żabce, Biedronce, Małpce ani Eurocashu. To nie znaczy jednak, że dominacja imperium jednego człowieka na jednym z absolutnie kluczowych sektorów rynku nie ma wpływu na ich życie.

      Tak jak wspominałem w notce o Biedrze i Vobro (której do dziś nie mogę poprawić, bo Blox pokazuje mi "filtr antyspamowy" - ten serwis naprawdę jest genialny. Czemu nie robię blogów na Wordpressie? Cóż, patriotyzm...), czasami naprawdę zdaję sobie sprawę, że niestety, dla Polaków często lepsi są ludzi z zagranicy, niż ich "narodowi pobratymcy". I to jest dla mnie smutne, bo chciałbym wierzyć w naród, ojczyznę, i te wszystkie bzdety. Ale trudno się kłócić z faktami, że polscy przedsiębiorcy charakteryzują się wyjątkową zaciekłością, a praca w firmie zagranicznej, choć niby powinna być gorsza, to często właśnie zapewnia bycie traktowanym bardziej jak człowiek. I tak było widać pewną poprawę standardów, gdy sieci miliardera Świtalskiego przejmowali ludzie z zagranicy, nawet z biednego kraju jak Portugalia.

      Nie nadążam do końca za tym, kto teraz posiada Żabkę, ale ogólnie, władze tej sieci są na razie polskie. I pracownikom tego sklepu łatwo to dostrzec. Wiele z nich działa w prawdziwym kociokwiku: naściemniane umowy, wieczny stres żeby wyjść na zero, tysiąc umów sponsorskich z Coca-Colą i Nestle koniecznych do przestrzegania (ależ miałem ubaw, gdy ludzie pytali mnie w Żabce, dlaczego nie ma np. keczupu X. Bo producent keczupu X tyle nie płaci!). No i nad szefem sklepu, ajentem - sieć, której bardzo zależy, żeby nie prowadził sklepu według wytycznych, bo wtedy walną mu kary za niespełnianie standardów. Te kary stanowiły większość zysków sieci. Ajent w terrorze wyjścia na zero oczywiście traktuje pracowników jak gówno. Żeby utrzymać rodzinę, wpada nieraz w mocno psychopatyczny szał wydajności. Wiele z tych sklepów nieustannie szuka pracowników, bo starym udało się znaleźć inną pracę, a jeśli nie - po prostu muszą wyjechać gdzieś do rodziny, bo za mieszkanie z naściemnianej pensji nie zapłacą. Widziałem sklepy, w których rotacja wieloosobowej kadry była właściwie comiesięczna.

       

      Jednak ludzie to robią. Czemu? Bo to lepsze niż nie mieć żadnej pracy. To w ogóle jest motto tego kraju.

       

      Większość ludzi broni tego systemu, bo w końcu skoro zarabiają mało, to widocznie tyle jest warta ich praca, z kolei nie można okradać Świtalskiego za to, że ciężko pracuje. Tymczasem magicznie sieciówki ciągle wygryzają małe niezależne sklepy, tak że innej pracy powoli w coraz większej ilości miejsc nie ma.

       

      ...i tak dalej. O tym, jakim piekłem jest Żabka, powstały setki tekstów od kilkunastu co najmniej lat. W lipcu 2005 r. pojawił się w "Dużym Formacie" artykuł "Żabkę do rany przyłóż" ujawniający szerokiej publice styl tej sieci oparty na wymuszaniu weksli in blanco, przez co wygrywają wszystkie sprawy. Wiele innych bulwersujących historii, np. o fałszowaniu podpisów, ukazywało się regularnie na stronach lokalnych "Wyborczej", zwłaszcza w poznańskiej (i tutaj wracając do dawnego tematu: wyobrażacie sobie, że Karnowski i Ziemkiewicz piszą o czymś takim dla "niezależnej gazety", zamiast tak samo co tydzień diagnozować świat ze swego fotela? No właśnie, i tego z upadku mediów "propagandowych" mi będzie żal. Nalepki KOD-u i pocztówki do Trybunału odżałuję).

      Długo by mówić. Dziesięć lat dochodzeń sądowych z każdej strony nie zmieniły wiele. – Moim zadaniem będzie nieustanne udoskonalanie modelu biznesowego, który pozwolił na tak dynamiczny rozwój – mówił latem 2015 r. nowy prezes Krzysztof Andrzejewski.

       

      Zachęcam do przejrzenia tego, co już napisano, chociażby do przeczytania wywiadu znajomego moich znajomych Jakuba Dymka dla Krytyki Politycznej. A wywiadowaną osobą jest Joanna Jurkiewicz, autorka książki "Dekada ajentów". Wiele wskazuje na to, że może to być najważniejsza książka tego roku, którą za 100 lat, jeśli zmądrzejemy, będziemy czytać na lekcjach polskiego niczym "Dziady", jako obraz życia III RP.

      O ile w ogóle zostanie wydana.

      Podobnie jak ten straszny PiS, o którym słuchamy codziennie, tak i Żabka nie ceni za bardzo wolności słowa, jeśli występuja ona przeciw jej interesom. Z tego powodu "Dekada ajentów" ma pewne problemy. Sieć miliardera Świtalskiego oczywiście ma wszelkie warunki, by prześladować autorkę i grozić jej prawnie. Ma paragrafy o znieważenie, może poszukać innych. Naciska, by niekorzystne dla jej wizerunku wywiady usuwać ze stron, np. "Wyborczej".

      To jest władza przeciw obywatelom. Chociaż Jurkiewicz jest oczywiście Razemówką, to i różne prawicowe media jak "Gazeta Polska" zwróciły uwagę na jej książkę. Może jej redaktorzy mają trochę inne recepty, ale jednak jest to problem, z którego przynajmniej istnieniem są w stanie się zgodzić. Z drugiej strony w wielu miejscach (np. tu) można zauważyć, że z jakiegoś powodu książka zwraca uwagę wielu głosów feministycznych, co jest ciekawe, ale i przyznam, że dla mnie osobiście nieco wprowadza w zakłopotanie (jak bardzo powieniem wstydzić się pracy w miejscu, którego w większości kobieca kadra jest używana jako argument co do nierównej sytuacji kobiet na polskim rynku pracy? Nie explicite pojawia się tu oczywiście sugestia, że prawdziwy facet, przynajmniej obywatelstwa polskiego, w takim miejscu nie pracuje. To ciekawa dyskusja, ale na inny temat i inną notkę). W każdym razie, wiele różnych kręgów naprawdę by mogło z tej książki skorzystać. I chciałoby nagłośnienia sprawy. Aż... aż ludzie zaczną mówić o niej, a nie o tym, że Tomasz Lis się pokłócił ze Zbigniewem Bońkiem na Twitterze, Ziobro zaorał Kuźniara, a w ogóle to mamo, Wiesiek powiedział, że nie lubi polskości, co za debil.

      Żabka jednak stara się im nie dać okazji. I, bezczelnie korzystając ze swojej władzy, działa, działa skutecznie, zaś władza polityczna niespecjalnie czuje potrzebę jej w tym przeszkadzać, bo i nacisku z drugiej strony specjalnie nie ma. Oczywiście trudno sobie wyobrazić, że sama Żabka nacisku nie wywiera.

       

      I jeśli książka miałaby nigdy nie zostać wydana, cóż, nikogo w mainstreamie to specjalnie nie obejdzie. Dalej będą się toczyć dyskusje o tym, ile gwałtów dziennie popełnia każdy, kto nie jest biały, i czy roznoszą choroby. O prawdziwych problemach toczących Polskę. Protestów przeciw działalności Żabki nie będzie. Może jakieś związkowo-Razemowe na 50 osób.

      To właściwie byłoby aż zbyt pasujące podsumowanie tego trwającego już tyle lat żartu.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      ogqozo
      Czas publikacji:
      sobota, 23 stycznia 2016 00:02