Ogórek postępowy

Wpisy

  • niedziela, 15 maja 2016
    • Przepis na powszechnie uznawaną bzdurę

      Ten artykuł ze strony Co.Exist to krótki i przystępny tekst, który można uznać za typowy przykład dziennikarskiej publicystyki - źródła są wygodnie klikalne w postaci linków, a artykuł skupia się jedynie na wnioskach z nich. Jak przystało na XXI wiek, jest na górze nawet napisane, że jego przeczytanie zajmuje 9 minut, żebyście nie mieli obaw, że zaczniecie czytać a tu się okaże, że dokonano wam zbrodnię czytania czegoś długiego, zdradzeni niczym bogaty facet dowiadujący się, że kochanka tak naprawdę nie bierze pigułek. Ale nie oszukujmy się: 9 minut tekstu to nadal gdzieś tak 9 minut za wiele, żeby w XXI wieku przekaz mógł jakoś zarezonować społecznie. Obrazek, może wideo mające gdzieś tak z 15 sekund, okej, ale to... pozostanie raczej głosem wołającego na puszczy, pokazującego w serii przygnębiających przykładów, że w epoce internetu zalewani jesteśmy rokrocznie coraz większą ilością bzdur.

      W skrócie, tekst opisuje rodzaj bańki informacyjnej, w której internet pozwala nam się utrzymywać. Temat ten był tu wspominany parokrotnie jako jeden z powodów, dla których życie społeczne idzie w kierunku, który trudno opisać racjonalnymi kategoriami. Ostatecznie informacje potwierdzające nasz światopogląd wydają się po prostu przyjemniejsze, niż inne, a dzięki algorytmom Facebooka i Twittera możemy otaczać się wyłącznie nimi. Załóżmy, że mamy sobie grupy Białych i Czerwonych. Nie ma problemu, by miłośnik Białych zafollowołował na Twitterze 400 osób, z których wszystkie będą wrzucać jedynie screenshoty dowodzące, że Czerwoni biją Białych, i w ogóle ich nienawidzą. Ale w drugą stronę działa to tak samo. Jeśli polubicie na Twitterze któregoś z polityków Razemu, pewnie pojawią się w podpowiedziach wszyscy inni, a od tego połowa z nich będzie retweetować Bernie'ego Sandersa, więc polubicie też jakieś strony hołubiące jego, może aż do dość głupkowatych stron "lewicowych" typu The Other 98% - może dojdziecie aż do komunistycznego 1maja.info (które czasami wygląda jak dowód na to, że jednak gdzieś tam są w polsce lewicowe oszołomy, ale też o dziwo często krytykuje mainstream z sensem, bo jest co), a może stopniowo, poprzez niechęć wielu lewaków do PiS-u, przejdziecie aż w rejony "Gazety Wyborczej", Tomasza Lisa, KOD-u i masę celebrytów którzy generalnie nie mają wiele do powiedzenia poza tym, że PiS be (komentarze pod mądrymi tekstami "Wyborczej" często są mądre, ale te pod tekstami typu "PiS be" to często spora żenada, tak jak tutaj gdzie, haha, się pośmiali, że PiS to wiocha, a w ogóle to Andrzej Dupa hehe). Z kolei jeśli polubicie na Twitterze Ziemkiewicza, to i zaraz w podobny sposób polubicie Samuela Pereirę, Stanowskiego, Katarynę, Warzechę, Bosaka itp, ludzi którzy nazywają KOD "kodomitami" i leją do rozpuku z celnych obserwacji typu "feministki założyły torby na głowę bo są brzydkie hehehe ale żałosne ludzie po co to żyje jeśli nie jest ładne", ale tego samego dnia wyżalają się na język nienawiści i "zbydlęcenie opozycji", bo ktoś tam w internecie napisał "Andrzej Dupa", a kto inny powiedział, że nie powinno się promować ONR-u. Każdy z nich oczywiście to indywidualna osoba i mogą nawet się o coś pokłócić - co tylk dodaje realizmu obrazu takiego zestawu medialnego jako kompletnego, żywego świata. Nie musicie czytać nic innego, a już na pewno brać tego pod uwagę. Wchodząc w internet macie więc cały świat, masę przekazów - i wszystkie się z wami zgadzają. Jak miło.

       

      Artykuł na Co.exist przytacza dość mocne fakty, które wyrażają, jak media społecznościowe w ciągu ostatnich kilkunastu lat spowodowały, że informacje oszołomskie przestały być zdecydowaną mniejszością, a zaczęły większością wszystkich komunikatów.Są tam podane dane, linki do badań i źródeł - tego nie będę powtarzał.

      Zwróćmy jednak uwagę na skutki pewnego paradoksu. Otóż większość Polaków nie musi się z czymś zgadzać, by oszołomstwo opanowało świadomość w danej dziedzinie. Weźmy choćby antyszczepionkowców. Dość dobry przykład, bo to absolutne oszołomy. Ich poglądy są w ogromnej większości kompletnie oderwane od naprawdę solidnych danych naukowych. W Polsce stanowią oni niszę, znacznie bardziej, niż w USA. Dlatego byłem wręcz nieco zdziwiony, widząc komentarze pod Robertem Lewandowskim zachwalającym szczepionkę. Zdecydowana większość "lajków" szła na komentarze o tym, jakie to szczepionki są okropne, a piłkarz-autorytet się skompromitował. Ale zwróćmy uwagę na czas komentarzy: 12 maja pojawia się fala antyszczepionkowców i oni dominują kompletnie. Wtedy wiele osób zwraca uwagę na ten fakt i zaczynają linkować. 13 maja pojawia się z kolei fala komentarzy typu "ale ci antyszczepionkowcy głupi", i ostatecznie - dostają więcej lajków, no bo jednak ludzie w większości mają właśnie taki pogląd.

      (Swoją drogą, obserwacja branżowa: 14 maja pędem pojawia się konto Facebookowe UNICEF Polska i się wypowiada. Poprawia mi humor ta szybka reakcja, zwłaszcza w połączeniu z dość mocnym przekonaniem, że UNICEF nie tylko wybrał daną osobę do RTM-ów, ale pewnie jej płaci kilka razy więcej, niż by musiał mi. Ale spoko, dobra robota, tylko dwa dni na Facebooku to wcale nie jest długi czas na reakcję).

       

      Mówimy jednak o poglądzie, z którym zdecydowana większość Polaków się kompletnie nie zgadza! A nadal zrobił on sporą karierę. Teraz pozwala nam to łatwiej zrozumieć, jak kompletne bzdury mogą podbić internet jeśli dotyczą tematu, na który większość społeczeństwa nie ma zdania. Wtedy jedyne co widzimy, to zbiór doniesień o tym, jak to znowu Unia wprostowała banany, uchodźcy islamscy zgwałcili 400 kobiet i 800 kóz tylko dziś między 9.00 a 10.00 w Zakopanem, Donald Trump był bardziej pracowity i utalentowany więc nie można go okradać podatkami itp. To jedyny pogląd, jaki w ogóle widzimy na dany temat, więc oczywiście zakładamy, że jest prawdziwy.

      Nieprawda w masowych mediach internetu napotyka odpór komunikacyjny jedynie wtedy, gdy naprawdę, naprawdę wiele osób się z nią nie zgadza. Z różnych powodów czy to wyznawcy zamachu smoleńskiego, czy szczepionek wywołujących autyzm, czy innej Płaskie Ziemi nie przebili się więc ze swoimi opiniami do mainstreamu - nie są przekonujący dla większości, która przed pojawieniem się komunikatu ma już ustalone poglądy w tej kwestii, i napotykają na silny odpór. Ale też warto zwrócić uwagę, że nadal przekaz ten istnieje i jest zarówno przez zwolenników, jak i odpierających popularyzowany.

       

      To pozwala nam jednak skonstruować wzór na bzdurę, która stanie się powszechnie uznawana w danym społeczeństwie. Musi ona być emocjonalnie istotna dla pewnej grupy osób, a jednocześnie dotyczyć tematu, którym większość społeczeństwa się nie interesuje. Tyle na dziś.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      ogqozo
      Czas publikacji:
      niedziela, 15 maja 2016 15:36
  • wtorek, 10 maja 2016
    • Donald T. czyli lewe skrzydło prawicy, albo odwrotnie

      Rok 2016 to w polityce, oczywiście, rok wyborów w USA. Trump czy Clinton? Nagłówki. Zdjęcia. Twarz Trump. Twarz Clinton. Która twarz będzie rządzić Ameryką i stanie się Przywódcą Wolnego Świata, decydując, jak można się domyślić, o cholernie wielu rzeczach i ogólnie będąc superważną? Kolejny obrazek z ich twarzami.

      Obrazuje to dosłownie, moim zdaniem, problemy jakie stoją w związku z prymitywnym i absurdalnie oderwanym od rzeczywistości poziomem rozmów o polityce. Czasami serio można pomyśleć, że ludzie uważają, że generalnie to, co się dzieje na świecie, zależy od tego, co sobie życzy prezydent USA, prezydent Rosji i może, nie wiem, Merkel, wszystkie wydarzenia świata wynikają z ich charakteru. W historiografii nazywa się to "teorią wielkiego człowieka" i już od grubo ponad 100 lat uważane jest raczej za śmieszność... ale z jakiegoś powodu w naszej obecnej kulturze to właśnie teorie z XIX wieku wydają się być tymi bazowymi (zwróćmy np. uwagę na to, że kolosalne odkrycia w dziedzinie genetyki i badań historii ludzkości w okresie 50-10 tys. lat temu, jakie ludzkość poczyniła w ciągu ostatnich ok. 25 lat, nie zmieniły absolutnie NIC w popularnych teoriach narodowych i rasowych - wygląda na to, że dla przeciętnego Europejczyka czas, za wyjątkiem może branży z której się utrzymuje, zatrzymał się w okolicach traktatu wersalskiego).

      Przeglądając internet często serio odnoszę wrażenie, że absolutnie wszystko, co się dzieje w Polsce, wynika z faktu, że Wódz siedzi w gabinecie i ma dwa przyciski: rób dobrze dla kraju albo rób źle dla kraju dla własnego zysku, i po prostu cała działalność polityczna ludzkości opiera się wyłącznie na tym, by dopuścić do władzy tego, który wybierze przycisk "dobrze". Bo jest dobry.

      Tymczasem jest tak boleśnie oczywiste, że to bajeczka bardzo dla nas samych szkodliwa. I nie tylko grotestkowy, opisywany tu już, obraz podziałów Polski na popularne partie, które nie wiadomo czym się różnią, jest tego doskonałym przykładem. Także polityka amerykańska, której massmediowy charakter również został sprowadzony do bitwy charakterów, do pokazywania twarzy i przytaczania zręcznych lub niezręcznych powiedzonek, zamiast do jakiegokolwiek poczucia związku wyborów z tym, co faktycznie będzie się dziać w państwie.

       

      Podam wam na szybko parę faktów, które moim zdaniem powinny naprawdę coś mówić. I naprawdę zdaje się, że ludzie z jakiegoś powodu uwielbiają je ignorować.

      1. Amerykanie wybrali w 2008 r. fajnego prezydenta. Wykształconego, w miarę miłego, skierowanego raczej na lewo, przynajmniej w porównaniu do Bushów i Raeganów. Zapowiadała się rewolucja. Której jednak nie było. I nie mogło być, ponieważ prezydent to tylko jedna osoba, zależna od tony władców, lobbystów, witalnych interesów bogaczy... i wreszcie, od kongresu, który jest mu przeciwny i po prostu nie przyjmował różnych prezydenckich projektów. W ostatnich latach republikańscy politycy często mówili zupełnie wprost, że cokolwiek się nie pojawi, będą zawsze głosować przeciwko Obamie bo go nie lubią i nie mają interesu w tym, by wprowadził on jakikolwiek przepis w życie. Zatwierdzić budżet? Odrzucamy bez patrzenia, bo to Obamy. Zatwierdzić sędziego do trybunału konstytucyjnego? Odrzucamy ktokolwiek by to nie był, bo to Obamy. Serio, w porównaniu z bezczelnością amerykańskich kongresmenów to, co robi obecnie w Polsce PiS można określić jakoś rząd pozbawionych ego idealistów. Może wam się wydawać, że to muszą być okropni ludzie... no i pewnie są, są politykami, ale pamiętajcie: generalnie prawie każdy człowiek robi w pracy to, czego się od niego wymaga, ignorując jakieś tam "moralne" aspekty i "jaki będzie skutek dla świata". Ja na przykład nieraz piszę reklamy dla firm, których działania średnio mi się podobają. Ale muszę mieć co jeść. A od republikańskiego kongresmena obecnie w pracy wymaga się głównie bycia na nie - jakikolwiek rodzaj "poparcia" dla czegoś, co robi Obama, znacznie by osłabił jego pozycję w partii, a to z kolei może się przekładać np. na problemy ze spłaceniem kredytów, niezadowolenie ukochanej żony czy też brak środków na leczenie chorego na raka członka rodziny. Więc robią swoją pracę - chamsko blokują wszystko, co wymyśli prezydent.

      2. W różnych sondażach, poparcie dla kongresu wyraża od lat ok. 15% Amerykanów. Potępienie - ok. 80%.

      3. Skład kongresu jest wybierany demokratycznie, tak jak prezydent.

      4. Skład kongresu nigdy się nie zmienia. Od wielu dekad w każdych wyborach 90-95% kongresmanów jest wybieranych ponownie.

       

      Niestety pozwala to ładnie unaocznić, na ile zaangażowani w politykę są wyborcy w USA. Żeby lubić jedną będącą non-stop w TV osobę bardziej niż drugą będącą non-stop w TV osobę? Spoko, będę się o to kłócić całymi dniami. Ale gdy najwyższej skali celebrycki spektakl nie ma miejsca, głosują po prostu na to samo, co zawsze. Nawet ich to nie obchodzi - większość Amerykanów nie potrafi odpowiedzieć na pytanie, która partia ma większość w Kongresie (a dodajmy, że w razie strzału masz 50% na udzielenie poprawnej odpowiedzi w tej ankiecie!). Z jakiegoś powodu, polityka nie jest aż tak ciekawa, żeby się nią przejmować. Spektakl to co innego. Koleś, który mówi "pora na zmianę" jest fajniejszy, niż faktyczna zmiana, nawet w sytuacji, gdy społeczeństwo w ciągu ostatnich dekad relatywnie zubożało. Choć elity mają najbogatsze, USA daleko już do poziomu Europy Zachodniej, Japonii, Australii itp., jeśli chodzi o poziom życia przeciętnego mieszkańca. Teoretycznie powinno to wywoływać demokratyczny sprzeciw. Ale nie wywołuje.

      Symbolem sytuacji przeciętnej osoby w USA stała się moim zdaniem historia miasta Flint w Michigan. Aby zaoszczędzić sporo pieniędzy, miasto postanowiło w 2014 r. by nie czerpać więcej wody z obiegu Detroit, ale z rzeki Flint - nie przeprowadzając działań odkażających i chroniących rury przed korozją. Tak więc mieszkańcy mają w kranach wodę z dużą zawartością metali ciężkich, takich jak ołów. Sęk w tym, że... są biedni, a ponadto nie zabija ich jakiś przedstawiciel grupy religijnej czy narodowej, tylko olewka władz, więc nie jest to jakaś specjalna tragedia. Oczywiście jest wolny rynek - zawsze można się wyprowadzić. Jeśli pracując w tym biednym, post-industrialnym miasteczku odłożyliście na jakis nowy dom, bo ten wasz w Flint jest obecnie nic niewart. Z racji na to, że Chińczycy są tańsi, problem postępującej biedy wśród klas niższych rozprzestrzenia się w USA. Za tym idzie też fakt, że w ciągu kilku dekad siedmiokrotnie wzrosła ilość więźniów, którzy obecnie stanowią już niemal 1% całej populacji Stanów Zjednoczonych (drugie tyle ma warunek).

      W kwietniu zastrzelono 19-letnią Sashę Avonnę Bell - pierwszą osobę, która złożyła pozew w sprawie zatrucia ołowiem, argumentując, że w ten sposób zaszkodzono jej rocznemu synowi. Zabójstwo takie właściwie nikogo nie zdziwiło w kraju, którego historia to jedna wielka seria bicia i mordowania działaczy związkowych i ruchów obywatelskich. Here's to you, Nicola and Bart. Nie zrozumcie mnie źle - wydaje się mało prawdopodobne, że dosłownie władze Flint ją zabiły. One są raczej ubezpieczone. Prawdopodobnie był to po prostu któryś z bankierów, który na procesie może stracić miliardy. A może przypadek. Ludzie w biednych miastach w USA czasem wpadają komuś na chatę i zabijają ludzi, których tam znajdą.

       

      Nie żeby ludzie nie byli niezadowoleni z ogólnej sytuacji politycznej. Jak widać z sondaży, są. Jednak zmian nie dokonują, z różnych powodów. Po pierwsze dlatego, że wybrani przez elity kandydaci po prostu mają pieniądze, by przekonać, że zmiana jest możliwa tylko dzięki nim. Gdy przeprowadzono badania w roku 2000, wykazały one, że urzędujący kongresmeni wydali ponad 90% wszystkich pieniędzy, jakie przeznayczone był na kampanie wyborcze. Ci nowi przegrywają więc po prostu "na wolnym rynku". W tym kontekście można uznać, że Amerykanie faktycznie w pewnym sensie są niezadowoleni - w końcu pomimo wydania 93% pieniędzy, urzędujący kandydaci zdobyli "tylko" 67% głosów. W systemie jednookręgowym, który zdaniem niektórych spośród najgłupszych polityków Polski jest atrakcyjną propozycją, te 67% przekłada się na to, że w każdym wyborach wymienia się kilka czy kilkanaście osób z liczącego 400 osób kongresu.

      Do tego dochodzi oczywiście inna zaleta JOW-ów, czyli gerrymandering. Jest to układanie wymyślnych kształtów okręgów przez partię rządzącą tak, by wygrać w większości z nich. To też wspaniała demokracja w działaniu, że w USA większość wyborów właściwie nie ma sensu - zazwyczaj znaczenie ma tylko część okręgów i stanów, gdzie walka między dwoma kandydatami faktycznie jest zacięta. W wielu stanach zawiązują się ruchy przeciwko gerrymanderingowi, ale partie są niechętne działać w tej kwestii, bo... nie jest przyjemnie tracić władzę.

       

      Dlatego więc nie miałem tyle pasji do śledzenia kampanii Barnie'ego Sandersa, co wielu lewicowców w USA. Mógłbym długo pisać o tym, jakie to fajne, że taki koleś w ogóle istniał jako prawie prawdopodobny zwycięzca przez tak długi czas. W Stanach jest niesamowicie trudno dostać nominację prezydencką bez wsparcia władzy, ale pod wieloma względami to Sanders wywołał entuzjazm wśród największej ilości przeciętnych ludzi. ALE. Nawet gdyby Sanders wygrał, to pewnie władza by totalnie zniszczyła jego optymistyczne plany. Załóżmy, że Sanders na dziś już raczej przegrał i faktycznie czekają nas wybory Trump-Clinton. Media każdego nurtu zdążyły już zresztą napisać setki tekstów o tym, jak to większość Amerykanów postrzega to jako wybór pomiędzy dwoma diabłami.

      Ten pierwszy został już opisany przez wszystkie możliwe media. Praktycznie każdy, kto ma trochę rozsądku, jest załamany. Coś poszło nie tak, bo oto duże szanse na zdobycie ważnego stanowiska w kraju ma facet, który, no cóż, wygląda na wariata i to z gatunku tych dość niebezpiecznych. Jak to działa - wydaje im się tajemnicze. Wygląda na to, że Trump po prostu idealnie uosabia emocję tak prostą i powszechną, by dało się na niej wygrać wybory - generalnie wkurwienie na to, jak jest. Oczywiście parę innych osób próbuje celować w te tony, ale Trump daje najłatwiejszą odpowiedź na to, jak zmienić obecny stan: czyniąc Amerykę czystą rasowo (aczkolwiek w USA wcale nie jest tak łatwo do końca sprecyzować, co to znaczy. W pewien paradoksalny sposób to kraj i różnorodności, i największego rasizmu, i Trump doskonale to ucieleśnia, rzucając uogólnieniami dotyczącymi np. czarnych, Żydów, muzułmanów, Latynosów na prawo i lewo, aczkolwiek niekoniecznie uogólnieniami natarczywie negatywnymi - wiecie, Żydki dobrze liczą a czarni są leniwi, ale ja tam ich lubię i zrobię dla nich dobry kraj. Muzułmanów też, jak zaznacza, "bardzo lubi", co sprawia, że jeśli nie będziecie nad tym w ogóle myśleć, jego obietnica zakazu pobytu w USA dla wyznawców tej religii nie zabrzmi jak wyraz Kaligulalowej hipokryzji, tylko smutna konieczność, która widać, mimo sympatii, musi być wprowadzona w życie).

      Każdy z nas pragnie wspólnoty, ale też do jej istnienia potrzebny jest wróg - kompletna równość wszystkich ludzi, jakiej chce papież czy inny Obama, niezbyt pociesza, bo co to za przyjemność być członkiem grupy, do której należą po prostu wszyscy, nawet te głupki co ich nie lubimy. Biali biedni ludzie w USA wiedzą, że żyje im się znacznie gorzej, niż pokolenie czy dwa temu, i Trump daje im przyjemność zwrócenia uwagi na ten problem - tak, to wy w tym kraju macie źle. W pewnym sensie to prawda - o ile pod pewnymi względami sytuacja mniejszości etnicznych poprawiła się na przestrzeni dekad, a "świeży" imigranci oczywiście mają w Stanach lepsze warunki ekonomiczne, niż w Meksyku, tak duża grupa, jaką są biali ludzie, których rodzice urodzili się już w USA, znają w swoim życiu tylko równię pochyłą. Można powiedzieć, że biali to oczywiście nadal w USA większość i grupa najbardziej uprzywilejowana - ale kontekst "ogólny" nikogo nie obchodzi, ludzi obchodzi głównie ich własne życie i to jest cały kontekst, z jakim patrzymy na świat (co być może w jakiejś mierze tłumaczy zdziczenie pokolenia Polaków, które nie wychowywało się w komunie, czyli niby miało lepiej i powinno być fajniejsze). A tutaj jest faktem, że biali to w USA jedyna grupa, która z roku na rok wymiera oraz traci pozycję. Wszyscy chyba znamy to uczucie, jak niemiło jest, gdy mamy systemowo przewalone, a tutaj jeszcze inni (bogatsi biali) próbują nam wmawiać, że wcale nie, jest spoczko.

      Polscy prawicowi dziennikarze hołubią Trumpa, bo "facet z majątkiem wartym 4,5 miliarda dolarów zna się na gospodarce i finansach" (w istocie, miałby dziś czterokrotnie więcej, gdyby na początku swej kariery po prostu włożył kasę na fundusz - ale nie czepiajmy się autorytetów), niemniej amerykańscy często wydają się po prostu zmęczeni tym żartem, że niby miałby on rządzić, przekonani i przekonujące, że trudno nawet zajmować się Trumpem na poważnie. To tylko ogólny sygnał, jak istotny w polityce jest po prostu spektakl i głosowanie nie za kimś, a przeciwko komuś - weź wielki, wyprostowany środkowy palec, dodaj miliardy dolarów na kampanię i masz najmocniejszego kandydata z możliwych.

      Clinton to ciekawszy przypadek. Odrzucenie jej przez szerokie grono wyborców to właściwie optymistyczny znak dla USA. Jak by nie patrzeć, okres prezydentury Billa Clintona był jednym z jasnych punktów dla gospodarki USA w uderzająco ciemnym okresie rozpoczętym przez rządy Reagana - aczkolwiek nie był to też powrót do dawnych, z dzisiejszej perspektywy powiedzielibyśmy "socjademokratycznych" czasów zakończonych, powiedzmy, przez Watergate. Jeszcze w 2008 roku emocje wobec Hillary wydawały się raczej przychylne - Obama, zdaje się, był po prostu głównie fajniejszy jako człowiek i bardziej przekonujący. Wtedy jednak jeszcze "elektorat negatywny" Clinton nie był tak duży. Dziś wiele osób nie ma już ochoty na prezydenta, który pochodzi z dynastii, dostaje mnóstwo pieniędzy od Wall Street i je wspiera, i generalnie jest po prostu... konserwatywna, uosabiając zadowolone, odseparowane od zwykłego życia kompletnie elity.

       

      I teraz powiem wam coś, czego polskie media nie mówią. Donald Trump właściwie może być bardziej lewicowym kandydatem, niż Hillary Clinton. No, przynajmniej w pewnym sensie.

       

      Tak bardzo przyjęło się patrzeć na pewne okropnie nieprzemyślane podziały, że nawet można to przegapić. W końcu od jakiegoś czasu to partia demokratyczna miała być tą "lewicową", a republikańska "prawicową". Media w Polsce zazwyczaj to identyfikują z automatu. W praktyce jednak... różnie bywa. Jeśli śledzimy tylko media, to zaiste raczej dziennikarze, artyści czy komentatorzy amerykańscy będący bardziej na lewo najbardziej boją się Trumpa - zapewne ma to związek z ich wyższym wykształceniem (i chociaż tępią oni obecnie tak samo niemal mocno Hillary Clinton, wspierając Sandersa, to nie miejmy wątpliwości - przed wyborami narodowymi nie będą mieli wątpliwości, kto jest mniejszym złem). Jednak jeśli popatrzymy na program i, przede wszystkim, na emocje... Trump, podobnie jak przywoływany w jego kontekście często do porównania Adolf Hitler, tak naprawdę pod wieloma względami uderza w lewicowe tony dużo bardziej. Zwróćmy choćby uwagę na podstawowy fakt, że udało mu się trafić do ludzi, którzy faktycznie mają źle. Jego wyborcy to przede wszystkim biedni, starzy, bezrobotni, niewykształceni (co w USA jest dużo bardziej powiązane ze statusem, niż u nas), w dużej mierze pracownicy produkcji. Może słuchają go, bo "są głupi", ale jednak. Wielu wyborców tej samej grupy - biedni biali - wspiera i Trumpa, i Sandersa (zdaniem wielu mediów: "skrajną lewicę" i "skrajną prawicę"), właśnie dlatego, że obaj deklarują chęć zmiany, która pomoże biednym. Elektorat wspólny nie jest zbyt duży, ponieważ oczywiście od pieniędzy ważniejsze są kwestie światopoglądowe: wiele osób po prostu nigdy nie zagłosuje na rasistę albo na anty-rasistę, bez względu na to, jaki miałby program.

      Z tego względu właśnie Trumpa nazywa się często zwyczajnie "skrajną prawicą", no bo jak rasista to prawicowiec. Co jest równie błędne, jak w przypadku Hitlera. Trump, miliarder, który w istocie bez wątpienia "powinien" uosabiać przywileje lepiej niż ktokolwiek, ponieważ całe życie tylko pływa w śmietanie i żyje z tego, że miał bogatego tatusia, nie robiąc nic wartościowego i nie znając się na niczym... mimo wszystko opiera swoją kampanię na niechęci do elit i chęci wyrwania jej przywilejów. Przede wszystkim kieruje swoje słowa do niezadowolonych, wskazując im jako wroga nie tylko osoby o innym kolorze skóry i wyznaniu, ale też ogólnie rozumianych miliarderów, bankierów i finansistów. To, że większość wykształconych ludzi nawołuje, by "przestać się wygłupiać" i nie głosować na tego faszystę, czubka, szkodnika - to dla wkurzonych często tylko zachęta, by właśnie na niego głosować. W końcu wszyscy ci mędrkowie mają lepiej niż oni i w sumie należą do elit - albo przynajmniej przyjemnie jest tak myśleć. To bardzo podobna sytuacja, jak w Polsce, gdzie od roku w końcu mamy partię mającą cel stać po stronie pracowników, ale przeciwnicy i tak starają się jak mogą, by budować jej wizerunek jako "hipsterów", "klientów Starbucksa" itp., by ignorując program uwydatnić, że nie mogą wspierać biednych - bo nie wyglądają jak biedni (co nota bene jest bzdurą, bo zebrania Razem to dość klasyczny Lumpex, ale bzdurność nie musi przeszkadzać w popularności danej opinii, zwłaszcza na polskim prawicowym Twitterze). Tak więc myślę, że podobny mechanizm w USA łatwo zrozumieć.

      Oczywiście, powtórzmy, Trump to szaleństwo - dlatego czasami trudno powiedzieć, jaki ma program. Często zmienia obietnice z dnia na dzień, głównie, zdaje się, kierowany po prostu tym, by zapewnić, że pomoże każdej grupie społecznej w każdy sposób. Teoretycznie planuje on skrajną obniżkę podatków... a jednak w przemowach nieraz ubierał to w słowa tak, by brzmiało, że dla dobra przeciętnego obywatela podwyższy podatki bogatym, rozpasanym świniom ("...w stosunku do mojego oryginalnego planu", dodawał potem po cichu pytany o sprecyzowanie). Tak jak wielu prawicowych polityków, zapewnia, że podwyższy pensje... ale nie prawnie, tylko poprzez obniżkę CIT (jak często powtarza, "najwyższego na świecie", co jest bzdurą), która sprawi, że wszystkie firmy będą chciały działać w USA i w ten sposób pensje będą dwukrotnie wyższe. Jednak da się zauważyć, że podobnie jak w przypadku postulatów NSDAP (czy wielu innych partii dominujących w międzywojennej Europie w różnych państwach), w jego nacjonalizmie jest też naturalnie wiele elementów lewicowych. Chociażby niechęć do wolnego handlu, który według jego przemów, winny jest "oddania" przemysłu i innych źródeł dochodu zagranicę. Trump obiecuje zamordystyczną kontrolę: będzie groził prezesom korporacji, by przestali prowadzić produkcję w Chinach, ale wrócili do USA, bo jak nie... jest to "prawicowa" metoda państwowej kontroli, ale jednak jakaś państwowa kontrola. I to w sprawie, która naprawdę porusza emocje przeciętnych Amerykanów, z których praktycznie każdy albo stracił pracę z racji przeniesienia produkcji do tańszego kraju zagranicą, albo ma taką osobę wśród znajomych lub rodziny (inna sprawa, że firmy samego Trumpa często produkują w Chinach i Meksyku. Znów: nie mieszajmy kampanii z faktami. Trump-decydent może być czystej wody Reaganowskim neoliberałem, ale wizerunek Trumpa-kandydata, czyli to, co widzi konkretna osoba głosując, nie musi mieć z tym nic wspólnego). Często wyraża niechęć do lobbystów, za sprawą których rząd podejmuje nieefektywne finansowo działania (co bez wątpienia jest prawdą przynajmniej w pewnej mierze). Trump zapewnia przykładowo, że chce, by państwo angażowało się w rynek leków, zaburzając zmowę cenową korporacji i obniżając ceny. Znów: typowy "lewak" raczej by chciał, by po prostu te niższe ceny wymóc systemowo, a nie taką nieprzewidywalną magią, ale... teraz widzicie może, na czym polega myk: Trump nie tyle jest czystej wody "prawicowcem", jak czasem się go przedstawia w tych obrzydliwie szkodliwych uproszczeniach... co zwyczajnie: obiecuje proste i efektowne rozwiązania problemów zwykłych ludzi, i to tak naprawdę jest celny opis jego kategorii politycznej, bardziej pierwotnej niż podziały na partie i strony.

      Trudno więc go do końca sklasyfikować (przykład polityka czy rządu, który medialnie deklaruje dbałość o klasę średnią, a działaniami wspiera jedynie elity, nie jest oczywiście niczym nowym - hello, Prawo i Sprawiedliwość). W wyborach decyduje ogólny emocjonalny przekaz - a ten jest w ustach Trumpa niechętny elitom.

       

      Kandydat prezydencki musi sprzedać się jak każdy produkt: nie prowadzić cholernej kampanii edukacyjnej, tylko odnieść się do odczuwalnych problemów klienta i zaoferować ich naprawę. Te problemy mogą być tak naprawdę skomplikowane, subiektywne, natury czysto emocjonalnej, mogą wynikać z innych niż pozorne przyczyn, mogą nawet być nierozwiązywalne... to bez znaczenia, tylko obietnica ich rozwiązania pozwoli sprzedać produkt. Ktoś inny może mieć rację albo nie, ale na pewno tym nie przeprowadzi sprzedaży.

      Dla zdecydowanej większości osób, w polityce nie chodzi w ogóle o rozwiązania, tylko o problemy. (Z tego powodu największe marsze w Polsce są tak durne, że serio nie umiem ogarnąć, czemu przyciągają ludzi i fascynują na tyle, by ilość maszerujących była tematem dnia. Bo Kaczyński, albo Tusk i Lis i Michnik, to problem, z którym duże grono osób się zgodzi, a że każda z nich ma inne rozwiązanie - jakoś nie ma znaczenia). Jeśli przestaniecie iść śladem wykształconych polskich politologów i zwrócicie na ten kluczowy aspekt życia politycznego uwagę, to zrozumiecie łatwo, czemu ludzie głosują na Trumpa. To złe rozwiązanie, ale na właściwy problem.

       

      I to, kto wie, może być paradoksalnie dobry znak dla USA, niemal tak samo jak kampania Sandersa - ostatecznie przegrana, ale bliższa powodzenia, niż kampania jakiegokolwiek polityka lewicowego od kilkudziesięciu lat. To przecież też kraj, w którym w tym roku w wielu stanach wprowadzono pensję minimalną 15 dolarów, a więc dwukrotnie wyższą, niż federalny standard. Kto wie, może w tym chaotycznym, pełnym ignorancji i neandertalsko subtelnych argumentów świecie, jakim są wybory powszechne, sam fakt, że ludzie wiedzą, że mają problem, coś już znaczy.

      A może nie i po jego wybraniu szybko dojdzie do kompletnego zniszczenia resztek demokracji w USA, pogromów, masowego rozprzestrzenienia biedy itp. Bo jest i druga strona medalu, poparta wieloma przykładami z historii - czasami rozwiązania niewłaściwych problemów mogą być zaiste mniejszym złem, niż rozwiązania tych właściwych. I tak mniej więcej na dziś kształtuje się najpopularniejszy w USA argument za tym, by w listopadzie głosować za Hillary Clinton.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      ogqozo
      Czas publikacji:
      wtorek, 10 maja 2016 22:50
  • środa, 30 marca 2016
    • Granice strachu

      (P.S. Po napisaniu notki pojawił się ciekawy materiał "Der Spiegel" o ekstremistach stacjonujących w Bośni i Hercegowinie, przy chorwackiej granicy Unii, utożsamiających się z Dawalya al-Islamiya i często do nich dołączających w Lewancie).

       

      Na kilka przydatnych punktów zwraca uwagę Piotr Balcerowicz (profesor filologii orientalnej UW) w wywiadzie dla "Kultury Liberalnej" (no i jak zawsze pytanie, czy ktoś spoza już przekonanych to przeczyta? Sądząc z komentarzy, owszem, taki się i trafił. I odpisał bogato: "wirtualny świat". Na pewno ma lepszy).

      Można by nawiązać w osobnych notkach do kilku jego spostrzeżeń (na przykład często pomijanego przez niewyżytych faktu, że, niestety, trudno wskazać "profil psychologiczny" terrorysty czy zabójcy - ani religijność, ani jakiekolwiek przywiązanie do "korzeni", ani jakieś zachowania z przeszłości zdają się niewiele znaczyć, można zachowywać się zupełnie różnie w obrębie tych wielkich grup. Większość oczywiście nic specjalnego nie robi, żyje sobie. Tej grupie co najmniej 500 Belgów, może znacznie większej, która ma ochotę zabijać, trudno przypisać jakieś większe prawidłowości poza po prostu tym, że są agresywni i lubią bić innych. Jedyny napastnik z Paryża, który przeżył - Salah Abdeslam, dostał kulkę jak mu policja wpadła na chatę, ale przeżył - nie znał arabskiego, nie był religijny, był stałym bywalcem klubów gejowskich, prowadził z bratem klub nocny, w którym regularnie pił i palił trawkę itp.).

      Nie chciałbym pisać ciągle o wojnie, zwłaszcza o III wojnie światowej, której raczej na razie nie ma, w końcu są inne tematy. Ale, przyznam, jest coś takiego w wielkiej wojnie, co, cóż, obchodzi mnie. Sorry. Na razie wielkich bitew nie ma, ale jest bardzo duży setting, by się do wojny zabrać: rosnące podziały i emocje, walka o wielką kasę (choćby z racji wpływu cen ropy na większość największych gospodarek i firm na świecie), no i jest nawet coś jakby "wróg nr 1", ubierający się na czarno i chcący pochłonąć świat.

      Tak, w tym miejscu chciałbym się odnieść do fragmentu tego wywiadu mówiącego o "pełzającej III wojnie światowej", zwracając uwagę na jej zasięg. To faktycznie ciekawe. Mamy ogromny obszar konfliktów, mniejszych albo większych, tymczasem prawie każdy w Polsce interesuje się tylko zdarzeniami w Europie Zachodniej (na marginesie: patrząc na to, ile oburzenia i wołań o nowy Holocaust wywołała wojna na Ukrainie, a ile mimo wszystko znacznie mniejszej skali agresja radykalnego islamu na Zachodzie, można by pomyśleć, że Donieck jest stukrotnie dalej od Warszawy, niż Bruksela). Tymczasem oczywiście Europa Zachodnia to naprawdę margines tego, co się obecnie dzieje na świecie. I to właśnie świadczy o tym, że "nasze" podejście działa. W takiej Turcji, czy na Bliskim Wschodzie, więcej osób ma takie podejście, jak polscy Niewyżyci, i na każdy akt agresji odpowiadają zwiększonymi atakami na całe wioski sprawcy czy całe narody - i mają wybuchy cały czas, a to Kurdów, a to Daeshu, a to rządu na Kurdów i Daesh, a to... Najlepsze jest to, że poparcie Erdogana tylko rośnie, bo ludzie przecież uważają, że trzeba jeszcze bardziej atakować Syryjczyków czy Kurdów, to w końcu, no nie wiem, spokornieją, wymrą... Będzie spokój. To zawsze działa! Coraz więcej ofiar, a tureccy Niewyżyci się cieszą.

      W Europie Zachodniej, jeśli porównać faktyczne liczby, nie dzieje się prawie nic, jest tu dużo mniej niż 1% ofiar całej tej sieczki. Muzułmanie w ogromnej większości nie włączają się w akty agresji, zamiast tego, jak to mówią Niewyżyci "maszerując ze zniczami jak jakieś mięczaki" (nawet jeśli zauważalna część z młodych Francuzów czy Belgów wygłasza opinie przynajmniej sympatyzujące z działalnością Daeshu); również agresja białych na muzułmanach, choć stała się ostatnio całkiem powszechna, nie ma żadnej wielkiej ani morderczej skali - w porównaniu do tego, co znamy z większości świata! Kontekst - oto, czego niektórym brakuje zanim otworzą usta, kometując mądrze "stało się coś złego - ewidentnie to dowodzi, że wybrany przeze mnie losowo zbiór zdarzeń w historii Europy doprowadził do tego!". Tak, Europa Zachodnia jest _stosunkowo_ bardzo spokojnym obszarem świata. Oczywiście to nie tylko "jej" zasługa.

      GlobalRings15SEP201501

      Konflikt tu specjalnie nie dotarł, ataki Daeshu (i innych organizacji terrorystycznych) mają raczej na celu wywołanie ogólnego nastroju nienawiści do muzułmanów i vice versa, by osoby o bliskowschodnich korzeniach nie miały po prostu innego wyboru, jak toczyć (słuszną) walkę z "niewiernymi", ale nie tam, tylko na "ich" terenie, w Lewancie, Ziemi Świętej, Kolebce Cywilizacji, bla bla... w Syrii i Iraku. Czyli na "czerwonym" terenie. Popatrzmy na tę mapkę: Europa jest jedynie "żółta", czyli chodzi o antagonizację muzułmanów. Przekaz Deashu na "żółte" tereny jest taki: "wracajcie do domu, zjednoczmy się wszyscy w kalifacie i odzyskajmy naszą ziemię, która z czasem osiągnie cały Bliski Wschód" (Baghdadi mówił też oczywiście słynne o słowa o tym, że idą na "Rzym i Andaluzję", ale na razie jest to tylko rozumiane w kontekście dalszej przyszłości). Przekaz na "pomarańczowe" tereny jest inny: nie wracajcie, walczcie na miejscu. Mówimy o dużym terenie: znacznie większym, niż Europa Zachodnia, obejmującym niemal cały szeroko rozumiany Bliski Wschód (co ciekawe, wygląda na to, że nie mają nawet nadziei na podbój Omanu, cieszącego się tym swoim pacyfizmem, neutralnością i dobrobytem. Zachodnioeuropejski kraj muzułmański!). Daesh "rozlał się" w Nigerii i Libii, próbuje atakować Algierię, a ponadto ma aktywne oddziały aż w Pakistanie oraz Rosji. Warto zwrócić uwagę na to, z ilu stron Daesh toczy walki, z jakże różnych przyczyn i z różnymi wymiarami, ale zawsze widzimy podobne wątki.

       

      Nigeria. Boko Haram to najbardziej mordercza organizacja terrorystyczna na świecie. W 2014 roku miała "na koncie" ponad 6 tysięcy ofiar. 2 miliony ludzi uciekło jak najdalej, by nie podzielić tego losu. Grupa powstała wcześniej, ale w 2015 r. ogłosiła, że dołącza do Daeshu jako "filia" na Zachodnią Afrykę. Są równie źli, co Daesh. Wpadają na wioski, palą chaty, zbierają ludzi w grupy i dokonują masowych egzekucji, nie bojąc się wplątać w tłum uciekających samobójcę z bombą, który wysadzi się w odpowiednim momencie. I tak dalej. Nie chcę o tym pisać. Możecie sobie poszukać, jeśli to lubicie. Kręcą filmiki. Jak dla mnie - potwory, ale w swoim własnym mniemaniu - prawdziwi patrioci i obrońcy tradycji przed obcymi wpływami. Nazwa "Boko Haram" oznacza mniej więcej tyle, co polskie "lewactwo won". "Haram", wiadomo, znaczy, że zakazane, niedobre, grzeszne itp., z kolei "boko" to określnie oznaczające dosłownie "sztuczny", używane wobec świata Zachodniego - tłumaczy się je jako "przyjmowanie zachodnich wpływów", "zachodnią edukację", "świecką edukację" itp. Widzicie, Boko Haram to po prostu ci opisywani tu niedawno "konserwatyści", którzy są przekonani, że ich wizja świata to ten świat "prawdziwy", naturalny, a wszystko inne - to sztuczne wypaczanie natury człowieka. Do tego dochodzi znana troszeczkę w Polsce postkolonialna, prowincjonalna emocja poniżenia -  świat zachodni, wyzyskujący Afrykę, jest przecież tak bogaty, a oni nie mają co jeść, pić itp. Dodajcie do tego karabiny i chyba można zrozumieć, czemu niektórym wpadł taki pomysł do głowy.

      Władze Nigerii uważają oficjalnie, że Boko Haram został pokonany. Na pewno na ten moment są w odwrocie, pozostały resztki, ale czy to znaczy, że się nie odrodzi - trudno powiedzieć. Powody tej wściekłości bowiem nadal istnieją. To nie tak, że Nigeria się zmieniła przez te kilka lat. Oczywiście, wściekłość można kontrolować (tak jak np. ma to zamiar robić Assad w Syrii, dając obywatelom chcącym żyć jak w Europie prawdziwy wybór między deszczem a rynną, co tłumaczy nierozwiązywalność konfliktu), ale gwarancji to nie daje. Nowy prezydent, Muhammad Buhari, obiecał jednak wytępienie Boko Haram jako swój program 500+, więc ogłoszono, że się udało. Zobaczymy, jak będą wyglądać rządy Buhariego. Wygrał jednak wybory, które nota bene można by porównać wręcz do polskiego 1989, na hasłach pokoju, demokracji, wolności religii i braku szariatu. To naprawdę ciekawy przykład ze świata. Nigeria to kraj podzielony przez kolonizatorów nieco sztucznie, podobnie jak np. Sudan: pomiędzy muzułmanów a chrześcijan. Dodatkowo to na południu, a więc na terenie większości chrześcijańskiej, są złoża ropy, więc można sobie od razu wyobrazić stosunki klasowe. Ogólnie w Nigerii 60% to chrześcijanie, i oczywiście to oni byli bardziej narażeni na morderstwa Boko Haram (nie żeby muzułmanie nie byli). Tymczasem po pięciu latach rządów chrześcijanina Goodlucka Jonathana i bezradności wobec terroryzmu muzułmańskiego, wybory wygrał właśnie Buhari, który w latach 80. wziął kraj w wojskowym zamachu jako dyktator... ale teraz mówi, że się poprawił. Kraj pod jego rządami był ruiną, pod względem ekonomii i prześladowań, ale w trudnych czasach, ludziom podobają się zamordystyczni dyktatorzy. Na razie chyba faktycznie udało mu się pokonać Boko Haram, ale pozostaje pytanie, czy umie tylko wytępić buntowników, czy też zbuduje w Nigerii kraj, w którym ludzie nie będą chcieli się buntować. Pytanie, co jest lepsze w hipotetycznym wyborze - zamordyzm i brak możliwości buntu, powolne umieranie z biedy czy z rąk policji, czy też "wolność" okupowana kompletnym chaosem mordujących szybko i powszechnie, ale walczących teoretycznie o prawa narodu terrorystów - zostawiam dla was.

       

      Libia. Daesh ma tu się dobrze. To bez wątpienia drugi obok Turcji kraj, który może naprawdę Europę niepokoić. Jest bowiem wybornym przyczółkiem do potencjalnych ataków, a granice morskie Unii nie są specjalnie strzeżone (zazwyczaj media mówią o braku chęci polityków, ale bądźmy realistami - nie wiem, jaki procent wszystkich obywateli Unii trzeba by zaciągnąć na granice Grecji i Włoch - dziesiątki tysiące kilometrów - żeby to kontrolować. Nie wiem, jakie jest rozwiązanie, ale nie jest łatwe. Wbrew może intuicji, gonienie agresorów już w miastach może być znacznie skuteczniejsze, przynajmniej w sensie wydatków i skuteczności ich złapania i zapobieżenia atakom, niż pilnowanie granic Unii). Terroryści opanowali w 2014 roku miasto Darna, znajdujące się nad samym morzem, jakieś 400 kilometrów od kontynentalnej Grecji (choć większość ludzi płynie i tak na Sycylię, skąd oczywiście bliżej jest z Algierii czy Trypolisu). Dodajmy, że Darna nazywana jest miastem z największą ilością radykalnych dżihadystów na świecie. Wywiązały się różne walki, głównie między różnymi grupami, które na nasze nazwalibyśmy po prostu "dżihadystami". W bardzo dużym uproszczeniu, strony akurat tego konfliktu można by przedstawić trzy: rząd Libii (wspierany przez Egipt i USA bombardowaniami), Daesh i Darneńska Szura, czyli grupa różnorakich radykałów, których można by opisać jako dalsze trwanie zorganizowanej opozycji przeciwko rządom Gaddafiego (zabitego, przypomnę, w 2011 r.). Ze swojej perspektywy, Szura i Daesh to na pewno prawdziwi patrioci - chcący odbić kraj na rzecz narodu z rąk reżimu, który zdobył władzę siłą i nigdy nie oddał, wspieranego i kontrolowanego przez Zachód. Hehe, pamiętacie, jak to wyglądało w zachodnich mediach, gdy w 2011 roku raczej wszyscy byli przychylni opozycjonistom, bo przecież obalili złego dyktatora i chcieli demokracji? Nie byli terrorystami - byli herosami, którzy poświęcają życie za wyzwolenie ojczyzny z rąk opresyjnej władzy. Działalność niby ta sama, ale inne użyte słowo - a więc nie byli źli, tylko dobrzy. Z deczka nie wyszło. Jak zawsze, USA umie zrobić to, czego społeczeństwo od rządu oczekuje: nie myśleć, dać w ryj komukolwiek się trafi, puścić bomby, wygrać wojnę. To naprawdę nie problem dla zachodnich rządów, wygrać wojnę - teraz też "wygrywamy", na Bliskim Wschodzie ginie z "naszych" rąk dużo więcej osób, niż "nas" z rąk muzułmanów. Gorzej z pytaniem, co dalej. I czy faktycznie wybór, którą stronę wspierać, to był ten dobry.

      Francja oczywiście też mocno się w Libii włączyła, w końcu naród oczekuje "zdecydowanej reakcji" po ataku w Paryżu.

      Na razie nie jest wesoło. Tyle bombardowań NATO, tyle złych zabitych do spółki z ludźmi, którzy tyle byli winni, że żyli w Libii (większość ofiar), i dziwnym trafem, mógłby się zaszokować typowy polski publicysta, ciapaki się nie zorientowały, że mają przestać, tylko jakby bardziej jeszcze walczyli. Tracą dom, rodziny, gospodarka upada, nie wiedzieć czemu nie budzi to zgody. Obrazki z dekapitacji oficerów w Sabracie mogą wywoływać duży niepokój. Daesh ma już posiadać ponad 6 tys. walczących i kontrolować setki kilometrów wybrzeża. Czyli rośnie w siłę. Libijczycy nie poszli drogą europejskich mięczaków, co to tylko potrafią wyrażać zaniepokojenie i urządzać marsze: jak jedną stronę polityczną zabito i podbito siłą, to też odwet był zbrojny. No i tak sobie kraj pogrąża się w piekło na ziemi. Oczywiście, w Libii są ugrpowania prodemokratyczne i propokojowe. Zapewne, jak wszędzie, popiera je większość osób. Ale, jak to bywa w życiu: gdy ktoś do ciebie strzela, nie możesz "nie brać udziału". Co zrobić zamiast tego, to dobre pytanie. Bardzo dobre.

       

      Algieria. To jeden z moich ulubionych przykładów, bo konflikt sięga daleko wstecz. Pamiętacie o wielkiej masakrze w Paryżu? Tej największej do dziś od czasów II wojny światowej? Tak, mam na myśli mord na setkach algierskich nacjonalistów podczas ich marszu w 1961 r. Algierczycy, którzy wywołali wojnę algierską, na pewno uważali się za prawdziwych patriotów. W końcu ich kraj był zajmowany przez Francję. Jednak wcale nie była to grupa jednolita. Wielu Algierczyków uważało, że rządy Francji są znośne, nie ma co przelewać krwi. Uważali nacjonalistów za terrorystów, brutali. Z kolei tamci uważali lojalistów za zdrajców, targowiczan, sprzedających się Zachodowi itp. Znacie zapewne ten typ konfliktu. Był i tu, no i oczywiście była też francuska armia. Byli też Francuzi wspierający niepodległość Algierii, organizujący nawet zamachy na De Gaulle'a, działający w OAS, oczywiście przez zwolenników dalszego posiadania Algierii uważani za zdrajców, antyfrancuskich Francuzożerców, targowiczan itp... Long story short... znacie - wojna była pełna brutalnych zabójstw i tortur z obu stron, ale się skończyła. Francuzi zabili większość liderów nacjonalistów, ale dziwnym trafem, nie zdobyło to popularności dla ich rządów i wojna dalej krwawo trwała, ostatecznie "Algieria wygrała", bo odzyskała niepodległość. Milion ludzi wyjechało do Francji, za lepszym życiem, ale głównie z obawy przed brutalną zemstą nacjonalistów na wszystkich, którzy ich nie popierali. Słowem, wyjechali do Europy, bo europejski styl życia im się podobał bardziej, niż bliskowschodni. Dziś ich synowie czy wnukowie są uważani przez wiele osób za element obcy w Europie, ale to nie znaczy bynajmniej, że nie byliby jeszcze bardziej nienawidzeni przez algierskich "patriotów".

      Ten konflikt, oczywiście, określa dzisiejszą Algierię (i Algierczyków we Francji), jeszcze bardziej, niż np. wojny światowe określają sytuację Polski. Warto o tym pamiętać. Ataki na Charlie Hebdo są w popularnej opinii właściwie tym samym zjawiskiem, co atak w Paryżu na koncercie, ale w istocie mówimy o zupełnie innych organizacjach, pochodzących z innych krajów - trochę jakby do jednego worka wsypać wydarzenia z Polski i Finlandii. Algieria tyle się różni od Libii, że posiada na razie stosunkowo atrakcyjną alternatywę (tylko w sensie pokoju, bo kraj jest nadal biedny i pełen bezrobotnych marzących o wyjeździe do Francji) - tyle że dzięki aktom terroru i "brutalnym napaściom islamistycznym", czy też, patrząc z innej strony, "powstaniu niepodległościowym", czyli wojnie algierskiej. Wtedy byli terrorystami, ale minęło trochę czasu i bach!, większość ludzi zgadza się, że byli założycielami niepodległej Algierii. Te same zdarzenia, inne słownictwo. Jednak skoro już do nich doszło, Algieria jakoś się już ukształtowała jako niezależne, muzułmańskie i tak państwo, więc dziś Daesh nie ma sporego wzięcia w ojczyźnie Camusa. Istnieje algierski oddział Deashu, który w ramach "imprezy otwarcia" złapał i zdekapitował turystę z Francji w 2014 roku, ale od tego czasu cicho. Podobno przed burzą. Żeby bowiem doszło do ataku, nie musi przecież się na to godzić duża część społeczeństwa, wystarczy grupka. A wskutek kompletnej sieki w Libii, do Algierii bez problemu trafia obecnie masa broni.

       

      Rosja. Zgadnijcie, za kogo bez wątpienia uważają się członkowie Daeshu na Północnym Kaukazie? Oczywiście, za prawdziwych patriotów. Rozpad ZSRR był okazją, by każdy z narodów żyjących w tym rejonie - Czerkiesi, Czeczeni, Osetyjczycy, Kabardyjczycy, Ingusze, Kałmucy, dziesiątki narodów Dagestanu, i tak dalej... - zgłosił przynajmniej chęć wybicia się na niepodległość. To wszystko osobne narody, no wiecie - jak Polacy czy Niemcy. Kaukaz to góry. Trudno się poruszać. Dlatego zazwyczaj grupy te do dziś są odizolowane od siebie. Każda się po prostu różni. Często też ze sobą wszystkie walczyły. Jak Polacy czy Niemcy. To nie jest jakiś podział na dwie strony, nie ma np. problemu, by Ingusze byli tępieni przez Osetyjczyków. Część z ludów Kaukazu wyznaje prawosławie, część islam (w różnych wariantach, często bardzo ze sobą skonfliktowanych), część co innego. Konflikty trwają właściwie od początku lat 90. do dziś. Najwięcej o nich słyszeliście zapewne z okazji dużych wydarzeń jak wojny w Czeczenii i Dagestanie, które chwilowo dawały praktyczną niepodległość tym państwom, a potem Biesłan. Oczywiście narody te jednolite nie są także wewnętrznie. W Dagestanie, oprócz różnych poglądów na walkę z Rosją, istnieje też przecież oczywiście podział na frakcję miłośników szariatu i muzułmanów mających dużo bardziej, powiedzielibyśmy, "świeckie" podejście (podział nota bene istniejący w niemal każdym kraju świata, ale czasami mam wrażenie, że trzeba to wkuwać ludziom do głowy...). Zwalczając nacjonalistów z Czeczenii czy Dagestanu, Rosja oczywiście ogłaszała, że walczy z "radykalnym islamem". Przegrani zaś uważali, że oto potężne mocarstwo tłamsi słabszy naród, toczący powstania niepodległościowe. Zapewne powstawały jakieś obrazy, gdzie rozdzierali koszulę.

      Wszystko to toczy się od dawna, niczym zaplątane losy Algierii. Na Kaukazie mamy co roku setki ataków terrorystycznych, oraz oczywiście akcji antyterrorystycznych, które jak zawsze, delikatnie też nie są. Brutalność Rosji wobec Czeczenów głównie rozochociła dagestański front radykalnego islamu do zjednoczenia w świetle religii i walki, z tego frontu wyrosła stopniowo obecna kaukaska prowincja Daeshu. Będę powtarzać takie historie wiele razy, by się wykuło: konflikty powstają w kontekście i w reakcji na ideologie i sytuacje społeczne zastane na miejscu. Na pewno "braterstwo" wspólnego pochodzenia, religii, znacząco pomaga znaleźć jakiś większy front - każdy może mieć opinie, ale tylko ten, kto dostanie broń i wsparcie, sprawi, że jego opinie będą usłyszane. Tylko odpowiednio szeroko zakrojona, odpowiednio liczebna grupa może toczyć walkę, która nie skończy się pierwszego dnia. Dlatego podziały religiijne są naturalnym polem do "rozkręcania" konfliktu. Jednak nie to jest motywacją, ani nie powodem. W Rosji słynny stał się Anatolij Zemlianka, jak najbardziej bladoskóry i ochrzczony Rosjanin, według zeznań kolegów - zawsze wesoły, uśmiechnięty, spokojny; który jednak - zdaje się, że po prostu z niechęci do imperializmu Putina - przeszedł na Islam i wstąpił do Daeshu. Wcześniej sympatyzował z innymi nacjonalistami - neo-nazistowskimi. Podobno naziolstwo "europejskie" i muzułmańskie to dwa bieguny, przeciwieństwa, tak czytam w polskim internecie, ale ten Rosjanin nie widział wielkiej różnicy. Na wideo Zemlianka zabija 23-latka z Czeczenii, który podobno miał być szpiegiem moskiewskich służb. W lutym członkowie Daeshu wysadzili samochód policyjny na Kaukazie. Innych działaczy Deashu złapano, jak kombinowali atak... w Jekaterinburgu.

       

      Pakistan. Okej, wiem, że Pakistan nikogo tu nie obchodzi. Jest jeszcze dalej, niż Irak. Zaznaczmy tylko, że ten rejon też jest bardzo krwawy w ostatnich latach. I znów - mówimy o zupełnie innych konfliktach, które na siebie nachodzą. Niech coś wam powie fakt, że ten oddział Daeshu nazywa się "Islamski Ruch Uzbekistanu". Tam bowiem ma zalążek, ale że ich patriotyczne powstanie mające obalić dyktatora w Uzbekistanie nie wyszło, zwiali aż do Północnego Waziristanu. Działali przez ten czas ogólnie na terenie co najmniej czterech krajów: Afganistanu, Pakistanu, Kirgistanu i Tadżykistanu. Ta grupa wyróżnia się dość dużą trwałością od lat 90., ponieważ jak widać, umiała dostosować się do zmieniających realiów. Dziś głoszą szariat, dżihad itp. pod egidą Daeshu. W okresie ataku na Afganistan przez USA w reakcji na Nowy Jork, "Uzbekowie" stali po stronie talibów, i dostali po skórze - wtedy właśnie trafili, wycofując się, aż do Pakistanu.

      No i teraz dobre pytanie: czy oni są teraz jednocześnie po stronie talibów i Daeshu, czyli dwóch zwalczających się grup? Trochę tak. To skomplikowane. Czytając "Dabiq", na pewno widzicie, że Daesh nienawidzi talibów, którzy są jego zdaniem bardziej ograniczeni widokami: to radykalni islamscy nacjonaliści swojego plemienia, a nie radykalni nacjonaliści panislamscy. Talibowie sami się z tym do końca nie zgadzają (to oni są panislamscy, bo uznają szyitów za "prawilnych", z kolei Daesh nie nienawidzi nikogo bardziej, niż szyitów: łże-muzułmanów, bez wątpienia targowiczan), ale co zrobisz, jak już ci przyszyją metkę. To gorsza różnica niż jak być za Tuskiem a za Kaczyńskim! Daesh raczej przyciąga z tej racji młodych, wykształconych, z dużych miast, zaś talibowie pozostają dla "konserwatystów". Ruch Uzbekistanu jest więc chyba trochę rozdarty, dokładnych badań opinii w tej grupie nie znalazłem. Dane z ostatnich lat wskazują, że ten ruch prawdziwych uzbeckich patriotów, walczących z zachodnią okupacją w Afganistanie i ze złym dyktatorem w Pakistanie, prawdopodobnie jednak przeszedł wyraźnie na stronę Daeshu. Konflikty często są inne: przykładowo, Daesh jako prawilni "konserwatyści" zakazuje i pali (w sensie spala pola, bez wdychania) opium czy tytoń, a talibowie często właśnie z tego żyją. Połowa tego kraju żyje z rolnictwa.

      Kogo rekrutuje Daesh w Afganistanie? Ha, często byłych talibów, których zniechęciła nieskuteczność tej frakcji w obalaniu złego dyktatora! Jednak wybór dwóch podobnych, radykalno-islamistycznych opcji, trochę nie w smak jest obu - bo marzeniem każdego z nich jest wywołanie jednoznacznego podziału. Albo jesteś za nimi, złym brutalnym zepsutym Zachodem, albo za nami. Bez dodatkowych niuansów. Wielość zawsze wnerwia nacjonalistów, i muszą z nią walczyć, jeśli nie chcą przegrać z... czymś jeszcze innym.

      Póki co, w Pakistanie jest bardzo krwawo, ale głównie z racji talibów. Daesh za wiele tu na razie nie "osiągnął" (największy atak: rozstrzelanie 46 osób jadących sobie autobusem, bo byli szyitami). Jedna z grup talibańskich stała też za samobójcą, który zabił 72 osoby kilka dni temu w Lahaurze. Jak widać, na razie zamordyzm rządu, który w reakcji na atak w Peszawarze (ponad sto zabitych dzieci - talibowie zaiste nie lubią "boko") powiesił kilkuset złych, niewiele jakoś dał w kwestii powstrzymania brutalności.

      Co dalej? Nie jest wykluczone, że to wszystko dotrze do Indii. A to z kolei cała dodatkowa warstwa społeczności i konfliktów...

       

      Znawcy tematu na pewno mogą objechać brak precyzji tej notki i ciosanie niektórych spraw grubą krechą. Starałem się jednak pokrótce oddać, jaki ogrom konfliktów nawarstwia się, jakoś tam zbiegając się z jednym zjawiskiem, jakim jest Państwo Islamskie - tak naprawdę nawet nie apogeum, ale może jakiś symboliczny wyraz obecnego kryzysu geopolitycznego, w którym krzyżują się interesy krajów Zatoki, Rosji, USA, a także większości najbogatszych firm świata (energetycznych). Fizycznym epicentrum, jak na razie, są głównie kraje od Turcji po Pakistan, doświadczone przez ostatnie kilkadziesiąt lat naprawdę okrutnie. Wszystko to jednak wyraża się w setkach mniejszych i większych konfliktów różnorodnych grup, ludzi, poglądów. A konflikty mają to do siebie, że nikt nie myśli: "hej, ale ja nienawidzę kraju X/narodu X/tradycyjnych wartości/dobra/pokoju", wszyscy uważają, że bronią powstawowych wartości, dobra, przyzwoitości, swej ojczyzny itp. Co dla nas jest przerażające, dla miłośników Daeshu stanowi optymistyczną odpowiedź nie tylko na ekonomiczne poniżenie, ale też nihilizm i konsumpcjoznim dzisiejszego świata. Tak samo jak polski Sebek z tatuażem husarza, dużo lubiący mówić o bohaterach narodowych, uśmiecha się szczerze i pełen miłych odczuć, gdy pisze na Fejsbuku, jak to chętnie rozwaliłby czachę bejsbolem każdemu brudasowi. Bardzo dobry tekst o tym Scotta Atrana przetłumaczyło Medium Publiczne.

       

      Jeśli chodzi o wnioski lokalne, wyartykułuję jeden. Otóż wiele osób chce, żeby w Polsce było raczej jak w Rosji lub Turcji, a nie jak w Belgii. Jak w Arabii Saudyjskiej, nie jak w Omanie. Oczywiście, ci ludzie uważają się za prawdziwych patriotów. Chcą tylko, żeby w Polsce było jak w Polsce - powiedzą wam. Chcą tylko, żeby było normalnie.

       

      Oni wszyscy to, swoim zdaniem, prawdziwi patrioci i "konserwatyści", którzy wierzą w ten naturalny, idealny stan, w którym wszystko jest nieruchome i jednoznaczne i "takie, jak powinno być" obiektywnie, i że trzeba tylko zwalczyć opresyjne lewactwo, które chce niszczyć ludzką naturę i wszystko, co normalne. Przy czym warto pamiętać, definicje się różnią. Palący trawkę gej z Belgii może mieć niewiele wspólnego z nienawidzącym "zachodniej propagandy" (nauki w szkołach) talibem, tak jak i z Nigerii czy Algierii do Pakistanu jest tak samo daleko, jak z Polski. Będą mieli tak naprawdę inną wizję tego idealnego świata, kiedy już zaczną dyskutować o innych detalach poza tym, że ma być islamski. Nie ma wątpliwości, że w wielu kwestiach życiowych członkowie "tych grup" (co najmniej setek odmiennych bytów) bardziej zgodziliby się ze mną, ateisto-białasem, niż z wieloma "ziomkami" z Daeshu, który, cóż, obejmuje już swoimi wpływami spory kawał świata.

      Jeśli mu się uda zjednoczyć na wszystkich tych terenach (spoiler alert: nie sądzę, by tak zrobił. Daesh ma po prostu dość małe poparcie społeczne w większości krajów, a groźby "dołącz lub giń" mają dość krótkie nogi), będzie to dopiero straszne. Pomyślcie, ile rzeczy trzeba odrzucić, by pójść na taką ugodę nad podziałami. A z drugiej strony: wow. Czy nie tego pragną ludzie? Prawdziwego braterstwa pomimo odmienności. Żeby zawsze mieć jasność, kto swój, kto nieswój, a kto targowiczanin.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      ogqozo
      Czas publikacji:
      środa, 30 marca 2016 00:42
  • czwartek, 24 marca 2016
    • Cud własności

      wlasnosc

      Źródło: nie znam! Losowy obrazek na Imgurze.

      Tekst:

      Opuśćcie tę posesję!

      - Dlaczego?

      Bo jest moja.

      - Skąd ją masz.

      Od ojca.

      - A on od kogo?

      Od swojego ojca.

      - A on skąd ją miał?

      Bo ją wywalczył.

      - Hm, możemy ją tobie wywalczyć.

       

      Jest kilka powodów, dla których dyskusje się w Pierwszym i Drugim Świecie nie toczą. Niemniej, ten dialog pozwala łatwo zaobserwować, jakie są osiągnięcia "koserwatystów", i jak powstaje ich "prawo naturalne" - w pewnym momencie tej wyliczanki w przeszłość (wybranym według woli na podstawie prawdziwej historii lub wyobrażeń) wstawić linijkę: "ale wtedy się liczyło!".

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      ogqozo
      Czas publikacji:
      czwartek, 24 marca 2016 02:51
    • It is dying

      Ogólnie zawsze wolałem pisać o świecie, niż o wydarzeniach. W każdym gatunku. Ludzie w większości interesują się tylko wydarzeniami, dobierając je według kilku kryteriów, które ogólnie odpowiadają dość podstawowym aspektom psychologii. Doprowadza to do sytuacji, gdy w świadomości większości ludzi - niby po studiach, musieli coś tam liznąć warsztatu naukowego - to, co po prostu jest, praktycznie nie istnieje, istnieje tylko wydarzenie komunikowane.

      I tak, śmierć ogromnej ilości osób może nie być niczym złym, jeśli nie jest wydarzeniem. W Oscarowym filmie The Big Short Brad Pitt mówi: wzrost bezrobocia o 1% to śmierć 30 000 ludzi. Widz przytakuje: oj tak, prawda, ależ ci inni ludzie są głupi ignorując takie rzeczy. A potem nie ma wydarzenia i jakoś to sobie wszystko leci, a wydarzeniem może być śmierć tuzina, setki, albo i jednej osoby, jeśli tylko umarli z ciekawych powodów. Nic nowego.

       

      Interesują mnie skutki pełzającej biedy, jaka następuje wskutek zmian polskiej demografii. Jak wspominałem nieraz, uważam to za istotną sprawę. OECD właśnie uznało, że to największy problem Polski. Mniej więcej opisuje to artykuł na Bankier.pl.

       

      Przez najbliższe 50 lat ilość Polaków w wieku produkcyjnym spadnie o 40%. To pasjonujący problem, ponieważ niby każdy o tym wie, ale że nie ma fajnego rozwiązania (np. dać komuś konkretnemu po łbie), to jakoś się z tym żyje. Tymczasem nie ma wątpliwości - skutki tego będą dla naszych wnuków bardzo bolesne. A pewnie będą oskarżać o wszystko swojego ówczesnego premiera, o ile oczywiście takowy będzie i Polska będzie istnieć itp.

      Sam nie mam na to odpowiedzi, ani nawet specjalnie mądrej sugestii. Nie sądzę, by ludzie POWINNI się rozmnażać. Trochę już ich jest na Ziemi. Jednak do tej pory zawsze tak to działało, że musiło się rodzić więcej, żeby robili na wzrost gospodarczy, bo inaczej wszyscy są wściekli. Globalnie, receptą na obecną sytuację mogłoby być zahamowanie przyrostu naturalnego i solidarny model gospodarki, który nadwyżki z postępu technologicznego przeznaczyłby nie na Ferrarki i odłożone w bankach biliardy, ale na to, żeby nikt stary ani chory nie głodował ani nie żebrał na ulicy. To jak najbardziej możliwe, ale oczywiście wymagałoby, by państwo "kradło" "ciężko pracującym" miliarderom jakiś tam procent więcej.

      Naturalnie, jakikolwiek globalny kierunek czegokolwiek to nic więcej jak utopijna teoria. Nie bez powodu dylemat więźnia jest jednym z najczęściej przytaczanych przez humanistów zajmujących się polityką czy ekonomią konceptów. Wiele rzeczy można by łatwo naprawić, gdyby cały świat się umówił - ale się nie umówi. Między państwami i bytami zależnymi od kondycji państwa (czyli wszystkimi - przepraszam tutaj ludzi, którzy "nikomu nic nie zawdzięczają" i sami założyli cywilizację, w internecie ich dość sporo) panuje kapitalistyczna rywalizacja opierająca się na konieczności wyższości i wyniszczenia, i jeśli jeden kraj nagle ma kilkukrotnie więcej starych osób na utrzymaniu mniejszej ilości pracujących, to oczywiście może ponieść jeszcze większe straty, niż zyski z tej racji.

      Oczywiście podobny los (może nie w tym stopniu, co Polskę, ale prawie) czeka wiele krajów Europy, więc, cóż, po prostu wszyscy dokoła będą biedniejsi, w porównaniu do reszty świata. Tyle że reszta świata nikogo tutaj nie obchodzi, więc odczuwalna będzie tylko bieda. Może pojawią się jakieś radykalne ruchy, wojna itp. Czemu nie. Zazwyczaj w historii to działało.

       

      A może mniej rąk do pracy będzie się wiązać z większymi zarobkami i jakoś to się odbije. Ale nie sądzę. Bardzo bardzo wątpliwe wydają mi się wszystkie teorie mówiące, że ludzie nie mają dzieci, bo ich "nie stać". Patrząc na wszystkie kraje świata i historię, no kurde, nie widzę tej prawidłowości, że faktycznie trzeba mieć więcej pieniędzy, żeby mieć dzieci.

      Możliwe, że utrzyma się obecny model, czyli do krajów bogatych przybywają do pracy imigranci. No i tyle, system pozostaje bez zmian. Tego nie wykluczam, bo i w Polsce widzimy pewien napływ, prawie wyłącznie z ogarniętej wojną i biedą Ukrainy, ale to wystarczy, by uznać, że taki mechanim naczyń połączonych działa.

      Oczywiście będą z tej racji jakieś zgryzy, zwłaszcza w razie biedy i wykluczenia.

      W tym momencie czuję się jak jakiś baran, bo w Polsce jest sporo Ukraińców, czasem nawet dla jakichś pracuję, a, cholera, trochę do końca nie wiem, jak im się żyje, w bardziej statystycznie wiarygodnej próbce. Zostaną tu? Będą mieli dzieci-Polaków? Polska zanotuje przyrost imigracyjny? Trudno powiedzieć. Władze średnio się palą do zbadania tematu, w razie czego waląc ogólnikami, że "przyjęliśmy milion uchodźców z Ukrainy", co było popisem wiedzy osoby będącej szefem naszego rządu - przyjęto dwóch uchodźców. Tymczasem milion Ukraińców, owszem, do Polski wjechało, ale co robili dalej - nie wiadomo. Prawo pobytu dostało 65 tysięcy. Z pozostałych na pewno część pojechała dalej na Zachód, a część pracuje bez pozwolenia. Ale jakie są proporcje - nie widziałem sensownego, ogólnokrajowego (ani też, w sumie, ogólnowrocławiowego) szacunku.

      Rząd się nie chwali, bo przecież nie jest to ciekawe i nie może być istotne dla przyszłości kraju.

      Byłoby interesujące to wiedzieć.

       

      Tak, to jest taka krótka notka składająca się tylko z pytań odnośnie raportu OECD, ale bez odpowiedzi.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      ogqozo
      Czas publikacji:
      czwartek, 24 marca 2016 02:17
  • sobota, 19 marca 2016
    • Samotność w sieci Baumana (oraz wola mocy narodowca)

      Minęło trochę czasu, ale jeśli nie mieliście okazji, polecam przeczytać krótki wywiad Zygmunta Baumana dla El Pais. Mówi tam między innymi o tym, że internet w niczym ludzkości intelektualnie nie rozwinął, choć niby tak znacznie zwiększył dostęp do wiedzy - wręcz przeciwnie, pozwolił masom kompletnie zamknąć się w bańce swoich poglądów. Zabawne: czytam ten wywiad i tylko przytakuję "tak właśnie, tak właśnie...". Podoba mi się, bo mówi to, co już myślałem.

      Często się zastanawiam nad tym potężnym kryzysem. Bauman wie, czemu tyle osób w Polsce go nienawidzi i mu wygraża na wykładach, i będzie nienawidzić każdego neurotycznego żydowskiego intelektualisty... hehe, wystarczy tylko jedna z tych cech. Nie wspominając nawet o tym, czy ktoś faktycznie jest komunistą, czy też w ogóle nie ma nic wspólnego z byciem komunistą, ale mu się to po prostu wmówi (obecnie ten proces trwa na całego: rząd i jego fani już kompletnie porzucili pozory rozsądku w swojej "grze w pomidor", gdzie na wszelkie zarzuty odpowiadają po prostu, że dana osoba jest komunistą. Nawet jeśli ma mocno prawicowe poglądy, urodziła się po 1990 roku, jej rodzice byli w "Solidarności" - whatever, to tylko słowo, można go używać to się używa. Tak samo można mieć 25 czy 30 czy 60 lat, całe życie żyć w mocnej nędzy poniżej wszelkich minimów socjalnych, i zamiast odpowiedzi konkretnie na swoje argumenty usłyszeć tylko "oderwali cię od koryta to płaczesz", piąteczki są przybijane).

      To całkiem przyjemne. Nie trzeba wątpić, sprawdzać, szukać informacji zanim się coś powie.

      Niewyżyci może nie umieją aż tak celnie ubrać w słowa, czemu go nienawidzą, ale też na pewno swoich poglądów nie zmienią. Są dumni ze swojej ignorancji, a Facebook pozwala im codziennie pompować sobie poziom hormonów wzajemnie się chwaląc za to, jacy są dumni ze swojej ignorancji. Kto chciałby rezygnować z takiego pozytywnego podejścia do życia? Tutaj różnię się od wielu komentatorów, którzy są bardziej optymistyczni. Codziennie czytam w mediach, że PiS się ludziom przeje i powróci jakieś Dobro, że korwiniści wyrosną z korwinizmu... Czemu mieliby to robić? Gdzie w tym frajda? PiS owszem, przeje się, ale nie na koszt czegokolwiek lepszego, tylko tych partii, które obecnie są najpopularniejsze w gronie 20-30-latków, a więc skrajnej prawicy. Tak, to pokolenie już dobija do trzydziechy. Nie zmienia się. Tak wyrosło, a dorosły człowiek rzadko zmienia poglądy. Właściwie to... zgadzam się z Rafałem Ziemkiewiczem (ostatnio często o nim piszę, ale jakoś tak się trafiło: mało kto ze znanych powszechnie osób tak celnie reprezentuje tryb myślenia niewyżytych), że PiS, niestety, ma tylko "przygotować grunt" pod prawdziwą rewoltę w kraju: zaorać to, co jest, by Kukiz i Korwin wkroczyli już gotowi cieszyć się nieskrępowaną władzą, przejmując organy przyzwyczajone już do tego, że łamanie prawa przez rząd jest spoko ("to naród ma rządzić, a nie prawnicy"), że żadne zasady pozorowania chociaż przyzwoitości nie obowiązują (co oczywiste patrząc np. na dzisiejszy wywiad Jarosława Kaczyńskiego dla "Rzepy"). Ale w porównaniu z nimi, Kaczyński to cnotka celibatka. Oni jak będą mieć taką władzę, to będą bić. Nie ma wątpliwości. Znacie jakiegoś zwolennika tych partii, który nie chce bić? No właśnie. Póki co nie biją, bo trochę im tego zabrania prawo. Mogliby coś stracić za bicie. Ale nie są zwolennikami tego prawa. Brakuje im tylko władzy politycznej.

      "El Pais" też, oczywiście, jest według nich komunistyczne, genderowskie, antypolskie, nienawidzące wszystkiego co dobre i wartościowe itp. Więc raczej nie będą z tym dyskutować.

       

      Zastanawiam się nad tymi bańkami. Gdy planowałem założyć tego bloga (trochę czasu minęło, nie miałem czasu...), wydawało mi się, że będzie prezentować fakty ważne i niepadające w mediach. Dziś widzę, że właściwie to one gdzieś tam są. Ba, w miejscach znacznie popularniejszych, niż ten niesamowicie niszowy blog. Często więc chciałbym coś napisać, ale nie ma po co. Dysputa społeczna przeniosła się na Facebooka, gdzie znajdziemy i działające od roku Razem, i kilka stron z Lewica w nazwie, i "Le Monde Dyplomatique - edycja polska", i "Żałosna logika" (będące odpowiedzą na skrajnie prawicowy, i skrajnie głupi, fanpage "Żelazna logika") i pismo "Równość", i trochę innych rzeczy. Czasem nawet "Krytyka Polityczna" albo i "Wyborcza" piszą o tym, co ja chciałem opisać tutaj. To nie tak, że problemem jest brak tych treści! Czasami się aż zastanawiam, po co istnieją te wszystkie strony. Jaki ma być efekt? Czasami przytaczają jakiś popularny dyskurs (ot, by nawiązać do poprzedniej notki - płaca minimalna rujnuje gospodarkę kraju, choć jest wiele znacznie bardziej ewidentnych i jednoznacznych bzdur, które powtarzają). I, jak to się mówi, celnie punktują? Orają? Masakrują? Cokolwiek. Tylko co z tego? Fani przytakują. Już to wiedzą! A "tamci"... nie czytają tego i mają to gdzieś. Nijak to nie wpływa na ich życie. Nie ma absolutnie żadnego powodu, żeby tego kompletnie nie zlali, tak jak ja zlewam, dajmy na to, jakieś tam wydarzenia dnia na "Pudelku" czy jakie teraz seriale lecą wieczorem, skoro "Klan" i chyba też "M jak Miłość" się skończyło. W latach 90. pewnie nie dało rady nie interesować się pewnymi rzeczami - kto nie wiedział, co leci na TVP o 20? Ale internet pozwala kompletnie się nie interesować wszystkim poza własną bańką. Zamknąć się też na każdego rodzaju wiedzę. Klikać obrazki. Przygnębiająco wielu moich znajomych z Uniwersytetu (nie Rzeszowskiego! Z jednego z lepszych w Polsce!) tak obecnie prowadzi życie "intelektualne". Przygnębiająco dla mnie, bo na tym tracę, ale dla nich - super sprawa. Świata nie zmienisz, więc jaka korzyść z męczenia się i pogarszania sobie humoru, gdy zawsze można sobie poprawić.

      :)

      Strony "WPolityce" nigdy nie donoszą o np. napaściach na kogoś za to, że nie był biały, albo o tonach nienawiści i życzeń śmierci wylewanych na ludzi... czasami nie wiadomo, za co. Ot, choćby ten spektakl w Teatrze Polskim. Czy trzeba być komunistą, gejem, niebiałym, ateistą albo w jakikolwiek sposób faktycznie mniej być Polakiem, by chcieć zawrzeć w sztuce wątek seksu? No przecież niespecjalnie. Ale groźby śmierci się posypały. Doniosła o nich oczywiście "Wyborcza". Inny przykład to np. radość z napaści na kogoś tam niebiałego na Facebooku Marszu Niepodległości - nie pojedyncza, ale nagradzana setkami lajków na tamtym profilu (mam o tym notkę). To samo. Dla lewicy - każdy prawie o tym napisał niedługo po mnie, dla "konserwatystów" - nie ma zdarzenia. Z kolei "W Polityce" i TVP miały całą serię o tym, że "granice nienawiści w kraju zostały przekroczone" po tym, jak to po wypadku Dudy część osób w sieci stwierdziła, że spoko, albo puściła żart, że przecież nic się nie stało. I oczywiście jej fani o tym przytakują. Lewica czy "Wyborcza" raczej się tym za bardzo nie przejmują, przynajmniej w większości.

      Ba, ja nawet nie mówię nic nowego tutaj. To zjawisko jest doskonale znane. Sporo dziennikarzy, nazwijmy to, "strony A", spędza masę czasu pisząc i pisząc (zwłaszcza na Twitterze, nie jest mocno prasowa forma wypowiedzi) teksty w stylu "jak było X i Y, to strona B nic nie mówiła, a jak jest Z, to nagle problem! Co za hipokryci!". I na odwrót. Stało się to wręcz dominującą formą wypowiedzi w internecie. Najczęściej jest bezosobowe, więc właściwie nie wiadomo, kto konkretnie nie reagował na X i Y, a kto powiedział daną rzecz o Z. Dlatego zawsze działa, zawsze "masakruje" i "orze". Wszystko to jest przygnębiająco pozbawione treści.

      Czasami oczywiście się ma rację, tylko co z tego? Kto to czyta? Ludzie, którzy i tak się zgadzają? To jak ten wywiad z Baumanem - czy ktokolwiek z jego wrogów zmierzy się z jego tezami? Jutro zobaczymy felietonik Korwina, Ziemkiewicza, Bosaka czy innej "Żelaznej Logiki" dyskutujący konkretnie z treścią zdań, które powiedział, a nie tylko uprawiającymi jak zawsze lol-rofl-zaoranie-#skisłę-masakrowanie-memetykę?

      No właśnie. Więc po co? Czasem też nie wiem, po co. Dlatego ten blog nie jest bardzo aktywny. Można sobie mówić, że świata może się nie zmieni, ale trzeba przynajmniej się starać, bo co innego zostało w życiu, kropla drąży skałę, owszem. Ale pięść ONR-owca drąży skałę mocniej. Brak konieczności trzymania się jakichkolwiek zasad intelektualnych i logicznych (w wielorakim sensie: "logos" to też słowo, a logika zawsze wymaga na początku upewnienia się, że używamy słowa faktycznie opisującego daną rzecz), tylko szczątkowych zasad emocjonalnych i społecznych, sprawia, że "my" (lol, jacy my?) nie mamy szans wygrać tej konkurencji. Wielokrotnie chciałem napisać jakąś notkę na tego bloga, ale po wielu godzinach sprawdzania danych, okazywało się, że byłem w błędzie, albo że wymowa sprawy jest niejasna. Taki problem niewydajności jest obcy Niewyżytym. Wygrają.

       

      A na czym jadą? Bauman zwraca uwagę na to, co nieraz tutaj pisałem, i staram się akcentować w każdej notce, np. nie nazywając zbyt chętnie prezydenta USA, Rosji czy Polski "władzą". Mianowicie stosunki władzy wyglądają znacząco inaczej, niż wtedy, gdy wymyślano państwa narodowe w XIX wieku (Bauman mówi tu o traktacie wersalskim, który można uznać nie za początek, ale jakieś oficjalne ustalenie tego porządku świata). Wtedy faktycznie może w rękach państwa spoczywała niemała władza, a poszczególne departamenty władzy państwowej kontrolowały daną sferę życia (tak naprawdę nie za bardzo, ale dziś i tak znaczenie ma tylko to, co ludzie MYŚLĄ o tamtych czasach). Dziś stosunki władzy są niemal kompletnie niezależne od granic państw i narodów, a za nimi - niezależne od granic państwa są konflikty. Dlatego też władza narodowa nie jest w stanie ich rozwiązać.

      (I dlatego też możliwe, że mimo takiego nawarstwienia konfliktów, jak obecnie, nie będzie III wojny światowej - bo co prawda są i masy pozbawione majątku, i krzyżowanie się konfliktów pomiędzy największymi firmami i rządami świata w postaci choćby znaczenia dla nich cen ropy, i niesamowita spirala przemocy, i skrajnie rasistowskie emocje, niezbędne do poparcia wojny przez masy, ale największy arsenał broni mają jednak nadal władze politycze i kto wie, być może akurat im nie będzie się opłacało walczyć akurat między sobą. Robią to bardziej pośrednio - jest sto powodów, by zabijać masowo ludzi na Bliskim Wschodzie, ale może nie ma tak dobrych, by zabijać masowo w Moskwie i Nowym Jorku).

      Tak zwani "konserwatyści" tęsknią widocznie za tym "starym" porządkiem. Iluzją państwa narodowego, bardzo atrakcyjną dla prawicowca: kompletnej statyki, jednoznaczności i zgodności świata z ich osobistym światopoglądem, każdy kraj i naród wydzielony sztywną, nieprzekraczalną kreską. Role społeczne żadnej osoby nie zmieniają się nigdy, każdy posiada tyle, ile "naturalnie" mu się należy, ci, których nie lubię - bici bezkarnie, ci, których lubię - w pełni bezpieczni, chronieni bardzo ostrymi przepisami. I tak dalej. To "stary porządek" w cudzysłowie, bo nigdy właściwie w historii ludzkości to nie działało, może poza krótkimi okresami w jakimś rejonie, ale nigdy długimi, bo to nie może wyjść. Wiemy doskonale, że nawet gdy ludzie są tej samej religii, podobnie wyglądają, mówią tym samym językiem, nierówność zacznie tworzyć konflikt, który nabierze potem społecznego i kulturowego charakteru, odwzorowując mentalność, którą miliony lat życia w plemionach 100-osobowych zaszczepiły nam ewolucyjnie głęboko w duszy. Zdecydowana większość wojen na świecie nie toczyła się pomiędzy grupami sztywno różniącymi się językiem, religią, a już zwłaszcza kolorem, tak samo jak nie jest to powodem największej ilości agresji - jest to zdecydowanie niszowy margines. Skoro więc jednak codziennie widzimy tak mocne forsowanie tak odległeś od rzeczywistości wizji, musi to być dowód, że jest to dla człowieka wizja bardzo atrakcyjna. Przynajmniej dla człowieka "konserwatywnego".

      Tęsknią też za łatwymi konfliktami. To byłoby takie przykre patrzeć np. na sytuację na Bliskim Wschodzie i myśleć, że znaleźć tam można łatwo kilkadziesiąt grup mających własne cele, działających w kontekście pozostałych kilkudziesięciu, wchodzących z nimi w nieabsolutne, ale kontekstowe sojusze lub konflikty, i zdać sobie sprawę, że nie da się nijak "rozwiązać" sprawy, żeby nastało Dobro. A z kolei tak miło sobie pomyśleć, że przecież oni wszyscy wyglądają podobnie, więc jeśli po prostu zabijemy wszystkich tych, którzy wyglądają w ten sposób (włącznie z pozostałymi 99%, którzy robią co innego, no ale ostrożność nie zawadzi), to Zło zniknie ze świata, zostanie białoskóre Dobro. (Zauważcie, jaką obsesję ma większość "konserwatystów" na Twitterze np. na to, by nie nazywać przypadkiem urodzonego w Belgii, będącego obywatelem Belgii, znającego tylko język francuski muzułmanina "Belgiem", uważając to za zjawisko bardzo złe i... propagandę. To jest dla nich bardzo ważne, by każdy zaznaczył, że to nie Belg, tylko muzułmanin. Przecież konflikt przestaje być jasny, jeśli zasugerujemy, że granica Dobra i Zła może być inna, niż taka, że na jednym kontynencie każdy jest naturalnie Dobry, a na drugim Zły, i przechodzi to na wszystkich jego potomków). To przykre patrzeć na Polskę i zdać sobie sprawę, że tak daleko poza naszą kontrolą jest fakt biedy naszego kraju w porównaniu z Zachodem. Ileż musiałoby się zmienić, i jak wiele milionów ludzi musiałoby tego chcieć... A jak miło odkryć sposób, by jasno wyświetlić wszystkie osoby, które są za to odpowiedzialne - Tusk, Michnik, Tomasz Lis, Jan Tomasz Gross, teraz chyba Petru i Kijowski... Droga ku Dobru jest prosta, jak powinna być, jak to zostało powiedziane w najpopularniejszej książce w historii.

      Chęć uzyskania jakiejś władzy politycznej mnie z Kukizowymi (i trochę też Korwinowymi) dzikusami łączy. Oni może nie nazywają tego takimi słowami, ale widać, że tego chcą. Chcą, by "władza" faktycznie coś robiła. Miała władzę. Pamiętam, gdy powstawał ruch Kukiza, wtedy jeszcze nazywany Obywatelski Dolny Śląsk - w sumie cieszyło mnie to, że oni też są źli z braku podmiotowości, braku jakiekolwiek władzy obywatela itp. Myślałem, że narodzi się z tego jakiś, hehe, jak się okazało Razem. Nie spodziewałem się, że ledwie parę lat później Kukiz wprowadzi tak przerażających ludzi do Sejmu (robiących patrole "pilnujące" imigrantów w Łodzi, propagujących w szkołach ideologię rodem z lat 30.). Dziś czasami Kukiz rzuci rozbrajający komentarz typu "to mówicie, że Bohater Wyklęty X mordował dzieci? A nie no, to byłem w błędzie, jak tak bez powodu mordował kilkuletnie dzieci, to źle robił", udowadniając, że nawet osoba "na górze" tej całej jatki może nie mieć nawet pojęcia o tym, o czym się wypowiada (w tym wypadku skorygował, pozostałego tysiąca bzdur nie nabrał jednak ochoty sprawdzić, czy może też nie był w błędzie, wypowiadając się z taką butą i pewnością. Po co - jest internet, Facebook, bańka...). I... nic, nikogo ten pokaz satysfakcji z własnej ignorancji u wpływowej osoby nie zdziwił. To jest najmniej ważne.

      Mamy ogromne problemy, które - inaczej, niż tysiące lat temu - naprawę MOŻNA by rozwiązać. Mamy na świecie tyle surowców i technologii, by, gdyby ludzkość zechciała, nikt nie marznął, nie głodował. Nie ma żadnego strasznie naglącego powodu, by się zabijać. Nie MUSI być tak, żeby komuś działo się coś złego. Niektóre sprawy typu, nie wiem, aborcja, status zwierząt, sprawy kultury, na pewno nadal są bardzo trudne i harmonii nie będzie, ale większość najbardziej "przyziemnych" dylematów współczesnego świata jest dość jasno zanalizowana, jeśli tylko ktoś chciałby się zainteresować. Ale nasze "dusze", nasze emocjonalne centrum, ta głęboka część mózgu, z którą trudno się dyskutuje, oczywiście jeszcze nie doewoluowała do tej stosunkowo nowej sytuacji geopolitycznej. Poczucie wyższości grupowej nad innymi jest nadal dla homo sapiens bardzo ważne. Poniżenie - materialne, ale czasami tylko estetyczne, jak np. czuje polski dresiarz wściekły na to, że jakaś tam ofiara wojny, 100x biedniejsza od niego, dostanie w Niemczech zasiłek BEZ ZASŁUGI - nadal gotuje nam krew w żyłach. Szukamy swoich plemion.

       

      Zjawiska przytaczane w tym wywiadzie po części tłumaczą szajbę "konserwatystów" na punkcie nazywania "antypolskimi zachowaniami" praktycznie wszystkiego, co im się nie podoba.

      (Dlaczego piszę "konserwatyści" w cudzysłowie? Bo często trudno poskładać do kupy, który konkretnie moment historii chcą "konserwować". Nikt nie nazywa np. komunistów konserwatystami, chociaż jak by nie patrzeć, wydaje się oczywiste, że dawno temu, jak nas Bóg stworzył, własność nie istniała. Jednak nie na tym polega oczywiście "konserwatyzm". Jest to raczej wybieranie wisienek, jak się komu podoba. Aczkolwiek widać prawidłowość, że w dużej mierze jest to coś wystarczająco starego, by już ewidentnie nie istniało, ale wystarczająco nowego, by miało jakoś tam tłumaczalny przekład na współczesność - a więc często standardy XIX wieku, II RP, prawdziwe lub wyobrażone. Idea państwa narodowego, patriotyzmu rozumianego jako fascynacja wojną, bierze się, jak sądzę, właśnie stąd).

      To dość prosta logika. Można powiedzieć, że Żelazna. Niczym Otto von Bismarck. No ale wróćmy do logiki. Można ją zrekonstruować czytając praktycznie każdą wypowiedź "konserwatystów". Pewne aksjomaty zawsze wydają się stać u podstaw tego, co wypływa z ich ust. Gdzieś tam jest ten perfekcyjny, "naturalny" stan, gdzie wszystko jest tak, jak być "powinno". Czyli oczywiście tak, jak my chcemy, bo przecież jesteśmy Dobrzy, a ktoś Dobry nie mógłby chcieć czegokolwiek innego, niż ten "naturalny" stan. Panował on gdzieś, kiedyś, zanim lewaki wszystkiego nie spaczyły. To dotyczy każdej sfery życia - kto żyje inaczej, mieszka inaczej, ubiera się inaczej itp., jest Zły, bo wypacza "naturalny" stan. W tym stanie też jednolita była tożsamość każdej osoby i grupy. W gronie grupy nazywalnej jednym słowem każdy był taki sam. Ponieważ Polska biła się z Niemcami (a bić się musiała, bo Polska to my, czyli Dobrzy, a Niemcy, no nie zostaje inna możliwość, Źli - cóż więc mogli robić, znów czysta logika, krzywdzili), to chyba jasne, że wszyscy Niemcy byli tacy sami, i Polacy byli tacy sami. Jakżeby inaczej mogli się bić tak grupowo? Z kolei każdy Polak wszystkim różnił się od Niemca, i odwrotnie. Polacy zawsze walczyli za Polaków, a przeciwko Niemcom, i analogicznie. Żydzi walczyli za Żydów, a przeciw Polakom i Niemcom (dopuszczalna wersja, że grupy inne od naszej tak naprawdę tworzą jedną). Każda inna możliwość byłaby przecież złamaniem zasad "naturalnego" stanu, który bez wątpienia był. Bo jakże by mogło nie być. Idąc dalej. Jeśli Polak kogoś mordował - na pewno był to nie-Polak. Jeśli więc Polak opcji politycznej A walczył z Polakiem opcji politycznej B, logika mówi wprost - ten drugi tak naprawdę nie mógł być Polakiem. Tylko był np. komunistą-internacjonalistą, obywatelem (honorowym) ZSRR. Bardzo ważne jest podkreślać, że nie był Polakiem. Ginąc z rąk Żołnierza Wyklętego, nawet mając 5 lat, nie mógł nim nie być, nie mógł być Polakiem. Nie widzicie tego? Przecież inaczej cała ta oczywista logika by runęła!

      To przykład wojenny, bo II wojna jest obecnie na topie jeśli chodzi o kulturę. Ale można to przełożyć na każdą sytuację aż do dnia dzisiejszego. "Oni", wróg, zawsze stara się zaburzyć ten "naturalny" stan świata, którego konserwatyści tylko chcą bronić.

      (Łatwo zauważyć analogiczną logikę co do innych konfliktów: zabójca nie jest nigdy białoskóry, to nie jest słowo, którego się używa. Jeszcze nigdy takiego nagłówka w Polsce nie widziałem: "biali ludzie dokonali ataku". Z kolei ofiara nigdy nie jest muzułmaninem. Oczywiście zabójca nigdy nie jest też Belgiem, to bardzo ważne, by takiej propagandy nie uprawiać. Te dwie ostatnie czasem się pojawiają w mediach bardziej "postępowych", choć oczywiście o ofierze-muzułmaninie mówi się jedynie wtedy, gdy zaatakuje go ktoś biały za to, że był muzułmaninem. Obowiązkowość narracji, że jedynym możliwym konfliktem na świecie jest globalny, absolutny, niepodzielny konflikt "rdzennych Europejczyków" i muzułmanów, pozostaje utrzymana).

      To oczywiście tylko narracja. Właściwie nie ma to wiele znaczenia, jaką historyjkę ktoś opowiada, jeśli się nią nie kieruje. Nie sądzę, by "konserwatyści" faktycznie w to wierzyli. Ale jest to jakiś sposób ubrania w słowa tego, co sprawia przyjemność. A takie zabiegi od zarania ludzkości cieszyły się ogromną popularnością i jednoczyły narody i cywilizacje. Więc... mają swoje zalety.

       

      Podkreśliwszy to, wróćmy do "władzy" i władzy. Jednoznaczny, jednolity naród jest potrzebny człowiekowi właśnie dlatego, by władza polityczna faktycznie była jego reprezentantem. Wielu osobm trudno czuć udział w władzy choćby dlatego, że nie znoszą PiS-u czy PO, a niby oni mają demokratycznie rządzić tym krajem. W tej wizji świata - to bez sensu, oni muszą być innym narodem, a więc tak naprawdę, według kryteriów "świata naturalnego, nienaruszonego", władać Polską nieprawowicie. Uczucie bycia reprezentowanym przez władzę jest ważne, by, przez to, obywatel czuł jakikolwiek, choćby pośredni wpływ na swoje życie i swój świat. Demokracja, nie-demokracja, zagrożona demokracja, trybunały konstytucyjne, Komitet Obrony Demokracji... to wszystko jest w sumie pozbawione znaczenia, jeśli widzisz jak na dłoni, że demokracja polityczna jest tak czy siak pozorna - bo władza polityczna nie jest tak naprawdę zbyt mocną władzą. Ergo, ty sam stajesz się pozbawiony władzy. A bezradność boli. Bardzo. Znam to uczucie i ono mnie naprawdę ostro wnerwia.

      Narracja, że to wszystko sobie normalnie zawsze było, tylko ktoś nagle przyszedł i nam to zabrał, i że są to lokalni przeciwnicy polityczni, jest srogo durnowata i widać jak na dłoni, jak naciągana i śmieszna. Ale... jest to przynajmniej jakaś narracja, która pozwala spiąć do kupy wszystkie wymienione tu warunki. (Zaznaczmy realistycznie, że te warunki się nigdy za naszego życia nie zmienią! Świadomość, opowieści, słowa - to zmienić łatwo, ale podstawowe emocje kierujące człowiekiem - niemożliwe!) Pozwala to spiąć je w całość bez stawania naprzeciw przerażającej, bo kompletnie niewykonalnej w ogromie wyzwania, konieczności, którą przedstawia tu Bauman (oczywiście nie mówiąc nic nowego): konieczności zebrania mas w... cholera wie jakiego (komunizm na razie nikomu nie wyszedł), ale na pewno JAKIEGOŚ rodzaju wspólny kształt, by stawić czoła systemowi globalnemu. I go zmienić. To tak gargantuiczny wysiłek, że łatwo mi zrozumieć, czemu naprawdę pogarsza to humor, żeby w ogóle o tym myśleć. Jest to wręcz niemożliwe, ponieważ wymaga czegoś, co w obecnej Europie jest właściwie nie do pomyślenia: solidarności ponad podziałami. Zdania sobie sprawy, że różnice istnieją, i próby stworzenia "wspólnego frontu" z kimś, kto nie będzie absolutnie jednakowy, jak my. Ałć. To raczej się nie zdarzy.

      Wiem to świetnie, jak to nieprzyjemne patrzeć na to w ten sposób. Nie chcę udawać, że jestem jakoś lepszy. Świadomość problemu nie poprawia bowiem humoru, a też wcale nie zawsze ułatwia działanie ku jego rozwiązaniu. Prosty przykład. Wiem sobie, że woda się kończy na świecie, i gdzieś w takiej Afryce - a za 100 lat także w Polsce - ludzie będą się zabijać za równowartość mojej jednej kąpieli. Ale kąpię się tak samo. Dlaczego? Bo lubię. Nie jestem z siebie dumny, ale efekt jest ten sam. Porównajmy to do zachowania osoby, która udaje, że problemu nie ma, albo rzuca jakiś pogardliwy tekst w stylu "jak ktoś nie ma wody to niech zapracuje i sobie kupi". Co oni robią dla zmiany sytuacji? Nic... czyli mniej więcej tyle samo, co ja. A o ile przyjemniej się żyje. Jak widać, takie podejście do problemów świata może nie jest "słuszne", ale w pewnym sensie jest bardzo mądre. A blog "Ogórek postępowy" jest bardzo głupi.

      Niemniej oprócz kąpieli, lubię też prawdę, to jest tematyka tego bloga, więc powiedzmy sobie jasno: tak, nie miejmy wątpliwości - to jest jedyna możliwość, by coś zmienić i faktycznie mieć jakąkolwiek szansę osiągnąć cel odzyskania kontroli nad życiem przez przeciętnego obywatela i zwalczenia tego, co wkurza tak samo i mnie, i Kukizowych drani marzących o wyżyciu się na lewaku czy osobie o innym kolorze. Nie wiem, co dokładnie mogłoby zadziałać. Ale wiem, że ich propozycja na 100% pogarsza sytuację, z której niezadowolenie nimi, i mną, kieruje. Bez próby kontestacji faktycznej władzy, a nie tylko polityków (oraz współobywateli), lokalne wojenki o to, kto jest Polakiem Prawdziwym, a kto łże-Polakiem i jedyną barierą niepozwalającą Prawdziwej Polsce Tylko Polaków Prawdziwych kwitnąć, pozostaną wojenkami o nic. Może krwawymi, może tylko wyniszczającymi psychicznie - ale na pewno będzie to jak zażarta kłótnia warzyw krojonych na zupę.

      A to feler - westchnął seler.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      ogqozo
      Czas publikacji:
      sobota, 19 marca 2016 05:13
  • poniedziałek, 07 marca 2016
    • Czy 12 zł jest realne

      Ciągle trudno powiedzieć, czy można uznać za podjaranym Rafałem "uwielbiam Piotra Semkę" Wosiem, że obecny rząd jest niby bardziej propracowniczy i prospołeczny, niż poprzednie. O wieściach negatywnych nie piszę, bo przez te dwa miesiące zebrało się ich tak wiele, że, kurczę, przydałaby się jakaś kronika (podobno wszystkie media nic tylko prowadzą nagonkę na PiS i w sumie jest to nieco prawda, ale niestety robią to na mało zorganizowany sposób, skupiając się często na pierdołach. Ja zaś jestem zbyt zapracowany przerzucaniem kartonów za 5 zł, żeby uratować sytuację). Z pozytywnych - prawdopodobnie za dobry pomysł można uznać program 500+, ale... jest to trudne do oceny z paru powodów.

      Jeden jest dość podstawowy, i już o nim mówiłem: otóż PiS to partia bardzo mocno kierująca się tak zwanym PR-em (ale nie tylko - również kolesiostwem), co można uznać za zaletę (odpowiadają na potrzeby narodu), ale też sprawia to problem z racjonalną oceną ich działalności. Kwestie negatywne - np. skandaliczna działalność w kwestii niszczenia środowiska naturalnego i powietrza w miastach czy też po prostu korpofaszystowskie poparcie dla TTIP - są po prostu zabijane publicznie przez brak dyskusji. Rząd jak i przychylni mu dziennikarze odpowiadają jedynie na inne kwestie typu "czemu obrażacie Wałęsę" albo "czemu ktoś tam w internecie napisał że Duda gupi a KOD-owców trzeba rozstrzelać", a inne po prostu zostawiają, jakby nigdy nie padły. To mądre działanie z ich strony, bo w tym aspekcie mają szansę "wygrać" (przynajmniej w tym sensie, że będzie to wiarygodne dla nich samych). Dzięki temu o prawdziwie szkodliwych przewinach tego rządu dyskusji nie ma, jest bicie głową w mur ignorancji. Na 10 tysięcy artykułów i 40 tysięcy tweetów, jakie tworzy rocznie Ziemkiewicz o tym, który obóz polityczny jest Dobry, nie znajdziecie jednego na istotne tematy. Z kolei program 500+ można uznać za pewien pozytyw z perspektywy przeciętnego obywatela Polski, ale, powtórzmy... PiS kieruje się logiką reklamową i promocyjną, więc informuje tylko o zaletach każdej promocji, za to trudniej przychodzi odpowiedź w kwestii tego, kto dokładnie zapłaci te około 20 miliardów rocznie. Czasami politycy odpowiadali, że banki, albo że wielkie sieci, albo że przestaną "wyciekać" podatki (temat ten podejmowałem tutaj), ale na razie, wielkie zdziwko, średnio to wyszło. Możliwe, że po prostu za ten program tradycyjnie zapłaci każdy po trochu - czyli w skrócie mówiąc, na rodziny klasy średniej będą się składać także tacy ludzie jak ja, zbyt biedni, by w ogóle myśleć o posiadaniu dwójki dzieci. Media (czy też działacze Razemu) wyliczali już nieraz, ile biednych zostanie pominiętych przez program, a ilu bogatych dopieszczonych - no cóż, nie dziwi mnie to, bo wbrew temu, co mówią krytycy, to nie jest program pomocy biednym, nikt chyba go tak nie reklamował; natomiast możliwe, że PRZY OKAZJI, trochę mu się to uda. Statystyka wykazuje, że rodziny wielodzietne są ŚREDNIO mimo wszystko dość biedne, więc uznajmy, że ŚREDNIO ten program wychodzi, mimo wszystko, na plus. Na 500+.

       

      Teraz zastanawiam się, co też wyjdzie z zapowiedzi podniesienia płacy minimalnej. Ten temat obchodzi mnie znacznie bardziej, bo jak z posiadaniem dzieci kontaktu mieć raczej nie będę, tak z płacą najniższego stopnia - zawsze. Śmiać mi się chce, gdy w ogóle o tym piszę, no bo wyobraźcie sobie, że opowiadacie znajomym z zagranicy, że jest projekt wprowadzenia płacy minimalnej w wysokości 3 dolarów za godzinę... i to jest bardzo dużo. Gdy ja tak piszę ludziom, to wybałuszają gały (no, przez internet: piszą O_O). Nie spodziewali się, że Polacy są aż tak biedni, przecież rozmawialiśmy przed chwilą jak równy z równym, podobno kraj się rozwinął, media finansowe pisały że są dobre wyniki itp. A tutaj - 3 dolary za godzinę. Co więcej, Polska nie jest jeszcze krajem o tak różnorodnym rozstroju klasowym, jak większość zachodnich, dlatego płaca minimalna, która zazwyczaj tam oznacza po prostu jakąś tam grupę biednych kocmoluchów (najczęściej jakichś imigrantów, którzy nie mają znajomości i muszą czyścić kible), u nas... jest bliska zarobkom większości osób. To naprawdę dotyczy masy Polaków. Główny Urząd Statystyczny sprytnie nie podaje, ile tak naprawdę zarabia większość Polaków (tylko średnią arytmetyczną pensji), ale można podejrzewać, że dominanta nie skoczyła ponad 2 tysiące miesięcznie na rękę (ostatnie dane mamy z 2012 roku, kiedy było to 1773 zł, i to oczywiście tylko oficjalne wypłaty, w branży średnich i dużych przedsiębiorstw).

      Tak że dla wielu osób, 12 zł za godzinę to jest całkiem dużo. Może nie dla osób zatrudnionych na umowę o pracę. Ci od stycznia mają minimalną 1850 zł brutto miesięcznie, czyli, przy założeniu 40-godzinnego tygodnia pracy, te 12 zł to dla nich miesięcznie jakieś może 130 zł na rękę więcej. Oczywiście nie to jest w tej ustawie najbardziej interesujące. Tylko wprowadzenie kwoty minimalnej dla umów zlecenie! Jeśli przeglądacie oferty pracy (nie dla informatyków czy architektów, tylko dla przeciętnej osoby), to wiecie, że 12 zł za godzinę na umowie zlecenie to praktycznie niespotykana stawka - bez odpowiednich kwalifikacji (np. bycia bardzo ładną młodą dziewczyną na hostessę) albo dodatkowych kosztów (praca godzinę dziennie, albo na dalekim zadupiu miasta) tyle nie dostaniecie nawet w Warszawie. W mniejszych miejscowościach zaś jest zupełnie normalne oferować połowę tej kwoty lub nawet mniej.

      Ogólnie jest to bardzo pociagający pomysł! Ale, znów, ta ekipa zrobiła wszystko, bym bardzo wątpił w jego realizację w korzystnym kształcie. Detale jego wykonania można bowiem analizować długo, ale weźmy choćby kwestię podstawową: czy to prawo nie będzie po prostu łamane? Fajnie jest sobie wprowadzać nowe przepisy, ale mniej fajnie przyznać, że nie umie się sprawić, by choćby obecne były przestrzegane. W Polsce mnóstwo osób wykonuje normalną pracę, a umowę-zlecenie ma po prostu nielegalnie. PiS wprowadził już, ku uciesze części jego lewicowego elektoratu, regułę, by inspektor PIP mógł własnoręcznie "przepisać" ją na umowę o pracę, ale wiecie co? Musi to faktycznie robić, żeby ten przepis żył. Gdyby był faktycznie egzekwowany, nie mielibyśmy tylu ogłoszeń na wszystkich portalach, które mówią wprost, że oferujemy pracę w ramach której prawo będzie łamane, i nikogo to nie obchodzi. Działania rządu byłoby łatwiej oceniać, gdyby prawo było egzekwowane w 100% - wystarczyłoby przejrzeć przepisy i statystyki. Ale w tym wypadku, mamy do czynienia ze zmianą Heisenberga - czy faktycznie coś się zmienia, i na ile, nie wiadomo.

      PIP narzeka, że wykroczeń jest coraz więcej, a więc można wątpić, czy nowe przepisy mają w ogóle sens, jeśli nawet obecne są po prostu lekceważone przez pracodawców. Czy wobec tego nie można by na początek zwiększyć budżetu PIP, by w ogóle działał? Rząd nie ma ku temu ochoty. Co prawda doniesienia (powtarzane m.in. przez Adriana Zandberga) o obniżeniu budżetu PIP były pewnym uproszczeniem - przyjęto (na żądanie głównie Kukizowców) poprawkę obniżającą pierwotny plan, ale budżet 2016 jest nadal nieco wyższy niż w 2015 - jednak sytuacja instytucji nadal jest bardzo słaba, o czym więcej można przeczytać tutaj i w linkach. (Dla miłośników demokracji z brzuszkiem, którzy chodzą na demonstracje KOD-u, zaznaczę: prawo, które jest zapisane w papierach, ale nie działa w praktyce, to jest trwająca od wielu lat kpina z demokracji. Fajnie, że was to obchodzi). Nota bene widzimy na przykładzie tego newsa, jak ogromną szkodą, zapewne nienaprawialną, będzie dla nas zawsze irracjonalność polityki. Wiecie, o czym było 95% komentarzy na O2 po tym, jak Zandberg narzekał na budżet PIP? Był to hejt na to, że pracownicy PIP śmią narzekać, zarabiając przecież 2500 zł brutto. Nie chodzi o to, co ta instytucja może zrobić dla kogokolwiek - tylko zawiść wobec konkretnych ludzi, bo to jest jedyna dyskusja, którą większość osób chce prowadzić. Jedyna wizja naprawy czegokolwiek w Polsce jest taka, żeby komuś zabrać kasę, to wtedy się zabiorą do pracy. Na tym opierały się prośby Kukizowców o możliwe obniżenie budżetu - chodziło oczywiście o to, by urzędnicy przestali sobie urządzać na koszt podatników "rozpasane" imprezy.

      (A na marginesie marginesu - nienawidzę rozpasanych imprez, ale umówmy się, że zrobienie raz na rok balu za 100 tysięcy to, z perspektywy finansowej, naprawdę nie jest największy problem w tym kraju. W Polsce są 4 miliony firm, większość łamie przepisy. Jak ktoś ma konkretny sposób jak egzekwować wobec nich prawo bez wydawania pieniędzy przez państwo, to może się podzielić. Znając Kukizowców, może ich receptą jest np. obcinanie rąk).

       

      Jakie więc będą skutki ewentualnego (ciągle wątpię, co z tego ostatecznie wyjdzie...) wprowadzenia płacy 12 zł na umowie zlecenie? Bardzo to ciekawe. Możliwe, że wszyscy obecni pracodawcy śmieciowi zaczną po prostu podpisywać inne umowy, choćby o dzieło. Jak najbardziej jest to możliwe, w niejednym sklepie już teraz dostaniesz np. 7 zł za godzinę na rękę, ale umowę na jakąś drobną sumę miesięcznie. Właściwie jest to oszustwo, i przez to nielegalne i karalne, ale, no właśnie - umowy zlecenie, gdy tak naprawdę pracujesz normalnie, też są nielegalne i nikogo to za bardzo nie obchodzi. Dlatego właśnie w tym tekście używałem wyrażenia "umowy-zlecenia", a nie "śmieciówki". Bo śmieciówki, jeśli za literą prawa nie pójdzie jego skuteczna egzekucja, pozostaną - pod innymi oficjalnymi nazwami, ale będą istnieć tak samo. Może wzrośnie ilość zatrudnienia bez umowy. Bo tak też się robi często i wiecie co? Rząd tak epicko nie zapowiada, co konkretnie zrobi, żeby TO faktycznie się zmieniło. Zdaniem większości ekonomistów, powinno to stać się samoistnie, jeśli tylko w kraju postawi się odpowiednio dużo pomników Żołnierzom Wyklętym.

      A patrząc na wszystkie inne działania rządu, mam wrażenie, że po prostu ich to nie obchodzi. Wprowadzają płacę minimalną, bo tego chce w ankietach większość Polaków. Jest to ogólnikowe, nadaje się na nagłówek. Te "drobne detale" typu "czy to faktycznie da efekt" i "sprawdźmy jak to przebiega krok po kroku" to już filozofowanie dla kawiarnianych mądralińskich z sojowym latte, którym przeciętny Polak wolałby raczej dać w mordę niż rozmawiać. Na pewno nie spodziewajcie się, że coś takiego w jakiejkolwiek stacji TV czy innym Wykopie trafi to na czołówkę. Patrząc na treść mediów wszelkiego rodzaju, ludzie ogólnie jakoś nie lubią myśleć, że jest coś takiego jak cykl zależnych od siebie zdarzeń. Pojedyncze wydarzenia są omawiane, ale obecność dwóch lub więcej elementów to śmierć potencjału medialnego każdej historii. Podniesienie płacy minimalnej zostanie więc uznane za Dobre całym swym jestestwem, albo za Złe całym swym jestestwem, i tyle zostanie zapamiętane przez suwerena, czyli głosującą większość społeczeństwa.

       

      Załóżmy, że coś naprawdę się zmieni. Pozostaje dość ciekawe pytanie o konsekwencje takiej przemiany. Dla niektórych branży będą one niemałe. Dla modelu Polski jako kraju taniej siły roboczej do wyzyskania przez zachodnich posiadaczy majątku, wprowadzenie faktycznej płacy minimalnej na poziomie 12 zł brutto byłoby pewnym osłabieniem. Nie katastrofą - bo to nadal mało, niemal równo trzykrotnie mniej, niż niemiecka pensja miminalna. Ale nie byłoby to aż tak opłacalne, jak obecnie. Mimo wszystko, te firmy prosperują dośc dobrze. Wydaje się oczywiste, że wzrost płac osłabiłby eksport, a wzmocnił tych, którzy produkują na rynek krajowy. Być może lepiej będą się miały sklepy spożywcze, może ubraniowe, lekarze. To wszystko, co sprzedaje biednym. W dłuższej perspektywie zapewne też każdy, kto sprzedaje również towary wyższej jakości.

      Albo, jeśli wierzyć komentarzom wielu moich znajomych, wszystkie firmy upadną, bo im się nie będzie opłacało robić jeśli będa musieli płacić pracownikom 12 zł brutto za godzinę. Na pewno.

       

      Temat płacy minimalnej nieco powraca na świecie, bo jeśli się nie ma głowy schowanej w korwinistycznym kuble, to też trudno nie zauważyć, że "po cichu" przez ostatnie kilkadziesiąt lat przepaść między zarobkami biednych i bogatych rozrosła się gigantycznie. Wbrew temu, co niektórzy sądzą, taka płaca tak naprawdę nie zmieni akurat w tej kwestii wiele, jeśli cokolwiek... ale powinna uczynić życie biednych nieco bardziej znośnym, a zmniejszając ilość wykluczonych, zwiększyć potencjał ekonomiczny danego kraju. W latach 80. ekonomiści urzeczeni Reagenem powtarzali, że płaca minimalna to największe zło, a teraz... cóż, coraz więcej z nich musi jednak stanąć oko w oko ze skutkami tej propagandy. Oczywiście, nie dotyczy to Polski, bo III RP, mimo koszmarnych błędów politycznych, za które będziemy płacić i za 100 lat, summa summarum jak na razie ciągle się rozwija po okresie stagnacji PRL-u i te błędy mogą być mało odczuwalne, albo dla niektórych wręcz wydawać się przyczyną rozwoju.

      Obecnie na Zachodzie nawet opinie co do podstawowego zastrzeżenia przeciw - że wzrost płacy minimalnej obniża zatrudnienie wśród pracowników najniższego szczebla - są podzielone już niemal na równo, bo przez kilkadziesiąt lat po prostu ta (w latach 70. dogmatyczna) teza się za bardzo nie sprawdza.

      W 2015 roku po raz pierwszy ogólnonarodową stawkę minimalną wprowadziły Niemcy, w wysokości 8,50 euro za godzinę. Zaznaczmy, że to kwota naprawdę niewielka na tle wszystkich niemieckich zarobków - ale i tak krytycy zauważali, że ten cios w elastyczność... No i oczywiście ogromna niesprawiedliwość - podwyżka dla prawie 4 mln leniuchów, którym nie chciało się znaleźć porządnej pracy! Demoralizujące dla każdego, kto zamiast prosić o podwyżkę, ciężko pracował. Zdaniem polskich prawicowców, tym razem miało to w końcu ostatecznie wykończyć niemieckie firmy, do spółki z leniwymi imigrantami ciągnącymi socjal rujnując kraj do reszty i wreszcie kończąc ten wstrętny socjalizm/komunizm, który zdaniem polskich polityków panuje na Zachodzie. Na razię trochę nie wyszło - minął rok i okazało się, że bezrobocie jest na najniższym poziomie w historii zjednoczonych Niemiec, niższym nawet niż w wypełnionej nierozpieszczanymi, pracowitymi, rdzennymi, białymi Polakami Polsce. Nie nastąpił też wzrost inflacji, choć, oczywiście, nieco zmienił się stosunek cen w różnych branżach - w niektórych ceny wzrosły, jednak bez wpływu na ogólną kondycję i poziom bezrobocia w żadnej branży. Teraz więc narracja prawicy się gładko zmieniła i teraz jest raczej znowu taka, jak zawsze w tych przypadkach: że w Niemczech się udało bo oni są bogaci i mają co przejadać, ale w Polsce tak się nie da, bo tu jest bieda, trzeba zarobić, w Polsce trzeba mieć prawo rodem z Bliskiego Wschodu.

      Ruch na rzecz tego typu akcji rozkręca się również w USA. Wygląda na to, że rewolucji federalnej w postaci Bernie'ego Sandersa nie będzie, ale to temat na inną notkę. Płaca minimalna nadal może zostać wprowadzona na poziomie miasta lub stanu. Niektóre z nich to zrobiły w 2015 roku i, szok, żadnego wzrostu bezrobocia nie było (a często był duży spadek, ale wydaje się to zależne od przypadku). Jedną z gwiazd ruchu o podniesienie jej do 15 dolarów (obecne federalne minimum: 7,25) jest Nick Hanauer, miliarder, założyciel 35 firm, który dorobił się fortuny m.in. inwestując jako jeden z pierwszych w Amazona (który, nota bene, do dziś przynosi straty, ale akcjonariuszom dał fortunę - ale to temat na inną notkę). Hanauer to taki typowy miliarder, który nie jest może jakimś wielkim altruistą, ale też nie jest oszołomem, co przez ostatnie dekady stało się zwyczajem w "branży". Wie, że żeby biznes miał przyszłość, muszą istnieć klienci, którzy nie umierają z głodu i mogą faktycznie coś od niego kupić. W Stanach zaś ta grupa znacząco zmalała - trudno, żeby np. Detroit nie upadło, gdy obecnie większość Amerykanów po prostu nie ma pieniędzy na nowy samochód, ba - według ostatnich badań 63% mieszkańców USA nie ma nawet kasy, żeby w razie awarii zapłacić 500 dolarów na naprawę obecnego. Warsztaty więc też nie prosperują, zostaje chodzenie na piechotę i wykonywanie gorszej, mniej efektywnej pracy. Zdaniem prawicowców - jest to dobre, bo "sprawiedliwe", bo "nikt nic nie dostaje za darmo", jak nie mają to niech i zdychają na ulicach. Ale dla biznesu jako całości coraz bardziej szkodliwe.

      Oprócz argumentu finansowego, Hanauer często też zwraca uwagę, że trwanie tej sytuacji doprowadzi niehybnie do wyjścia ludu na hajcendy miliarderów z widłami. Jestem zawsze sceptyczny wobec takich narracji. Wydaje mi się, że daleko od tego, bo przecież nie widzimy nawet śladów takiej chęci. XX wiek i mass media doprowadziły moim zdaniem do niemal całkowitego ukulturalnienia mas - tak że dzisiaj w razie problemów ekonomicznych raczej widzimy wzrost niechęci do takich kluczowych czynników jak czyjś kolor skóry, religia czy bliżej nieokreślone podziały plemienne typu "konserwatyści"/"postępowcy", za to niechęci do systemu finansowego nie widać niemal w ogóle. W Stanach może jest trochę inaczej, mimo wszystko Bernie Sanders trochę powalczył o nominację prezydencką. W poszczególnych miastach może się trafić wręcz lewicowy rząd. Ale też pamiętajmy, że na tle Europy, sytuacja klasowa USA jest już w tym momencie tragiczna.

      W linkowanym artykule warto zwrócić uwagę na ściek hejtu (albo, patrząc z innej strony, "słuszną reakcję trzeźwej, uzasadnionej krytyki", jak uważacie) w komentarzach - praktycznie żadnego poparcia, i to na stronie, którą trudno byłoby opisać jako jakoś skrajnie prawicową na tle całego USA. Częsty typ komentarza: "wprowadźmy faktycznie taką płacę w LA, NY czy Seattle i zobaczmy, czy uda się zaprzeczyć grawitacji" (w tej narracji grawitacja = fakt, że podniesienie płacy minimalnej prowadzi do wzrostu bezrobocia). Tak się świetnie składa, że Seattle faktycznie wprowadziło 11 dolarów. Warto będzie obserwować, jakie będą skutki. W ciągu 2015 zatrudnienie w Seattle wzrosło bardziej, niż średnia. Aczkolwiek krytycy zwracają uwagę, że nie w branży gastronomicznej. Tak, to jest obecnie ich argument. Że w jednej branży zatrudnienie wzrosło ogólnie, a nie w Seattle.

       

      Niemiecki rząd, czy też amerykańskie miasta, podwyższają płacę minimalną oczywiście we własnym interesie. Mniej ludzi, którzy pracują, ale nadal są bardzo biedni - to mniej zasiłków. W Polsce, ku mojej uciesze, zwykła zdrowa osoba, która pracuje, ale zarabia za mało, by się utrzymać, na zasiłek i tak nie ma co liczyć, więc i nie ma na czym tu oszczędzać. Na tle krajów, które nas bardziej przypominają - Czechy, Słowacja, Węgry, Litwa i inne Rumunie - płaca minimalna 12 zł za godzinę będzie całkiem wysoka. To może być krok w stronę Zachodu. O ile ta płaca faktycznie będzie.

       

      P.S. Akurat w trakcie pisania tej notki pojawiły się ciekawe wieści dotyczące idei zmian w podatkowaniu. Nie będzie o tym na razie osobnej notki, bo właściwie są to bardzo sensowne zmiany, których atrakcję opisywałem już tutaj. Rezygnacja z nieco "komunistycznego" (w sensie "komunizmu" ZSRR i PRL) systemu pseudo-rynkowej państwowej instytucji i włączenie finansowania ZUS po prostu w budżet państwa wydaje się po prostu aż zbyt logicznym krokiem, by tego nie zrobić, podobnie jak zaostrzenie progresji (czy też w przypadku firm w ogóle jej stworzenie)... na temat której, jako się rzekło, PiS przez ostatnie 10 lat zmieniał zdanie co najmniej 10 razy, więc nie napalam się jak szczerbaty na suchary, ale kto wie.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      ogqozo
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 07 marca 2016 19:33
  • sobota, 23 stycznia 2016
    • Wolność słowa według Żabki

      Petru i inne dziady protestują o wolność słowa. Mój komentarz nie będzie tu specjalnie oryginalny względem tego, co na blogu już padało. Oczywiście szkoda tego, co robi PiS. Codziennie praktycznie pojawia się jakaś całkiem obrzydliwa wiadomość, którą Szyszko czy Piotrowicz z bezczelnym uśmiechem tłumaczą jako rzecz całkiem spoko. Jednak ważniejsza niż ideologia pozostaje dla mnie kasa.

      Dlatego chciałbym przyglądać się nie tylko politykom, ale też innym władzom, takim jak np. Mariusz Świtalski, w którego imperium pracuje rosnąca rzesza osób. Oczywiście, większość Polaków nie pracuje w Żabce, Biedronce, Małpce ani Eurocashu. To nie znaczy jednak, że dominacja imperium jednego człowieka na jednym z absolutnie kluczowych sektorów rynku nie ma wpływu na ich życie.

      Tak jak wspominałem w notce o Biedrze i Vobro (której do dziś nie mogę poprawić, bo Blox pokazuje mi "filtr antyspamowy" - ten serwis naprawdę jest genialny. Czemu nie robię blogów na Wordpressie? Cóż, patriotyzm...), czasami naprawdę zdaję sobie sprawę, że niestety, dla Polaków często lepsi są ludzi z zagranicy, niż ich "narodowi pobratymcy". I to jest dla mnie smutne, bo chciałbym wierzyć w naród, ojczyznę, i te wszystkie bzdety. Ale trudno się kłócić z faktami, że polscy przedsiębiorcy charakteryzują się wyjątkową zaciekłością, a praca w firmie zagranicznej, choć niby powinna być gorsza, to często właśnie zapewnia bycie traktowanym bardziej jak człowiek. I tak było widać pewną poprawę standardów, gdy sieci miliardera Świtalskiego przejmowali ludzie z zagranicy, nawet z biednego kraju jak Portugalia.

      Nie nadążam do końca za tym, kto teraz posiada Żabkę, ale ogólnie, władze tej sieci są na razie polskie. I pracownikom tego sklepu łatwo to dostrzec. Wiele z nich działa w prawdziwym kociokwiku: naściemniane umowy, wieczny stres żeby wyjść na zero, tysiąc umów sponsorskich z Coca-Colą i Nestle koniecznych do przestrzegania (ależ miałem ubaw, gdy ludzie pytali mnie w Żabce, dlaczego nie ma np. keczupu X. Bo producent keczupu X tyle nie płaci!). No i nad szefem sklepu, ajentem - sieć, której bardzo zależy, żeby nie prowadził sklepu według wytycznych, bo wtedy walną mu kary za niespełnianie standardów. Te kary stanowiły większość zysków sieci. Ajent w terrorze wyjścia na zero oczywiście traktuje pracowników jak gówno. Żeby utrzymać rodzinę, wpada nieraz w mocno psychopatyczny szał wydajności. Wiele z tych sklepów nieustannie szuka pracowników, bo starym udało się znaleźć inną pracę, a jeśli nie - po prostu muszą wyjechać gdzieś do rodziny, bo za mieszkanie z naściemnianej pensji nie zapłacą. Widziałem sklepy, w których rotacja wieloosobowej kadry była właściwie comiesięczna.

       

      Jednak ludzie to robią. Czemu? Bo to lepsze niż nie mieć żadnej pracy. To w ogóle jest motto tego kraju.

       

      Większość ludzi broni tego systemu, bo w końcu skoro zarabiają mało, to widocznie tyle jest warta ich praca, z kolei nie można okradać Świtalskiego za to, że ciężko pracuje. Tymczasem magicznie sieciówki ciągle wygryzają małe niezależne sklepy, tak że innej pracy powoli w coraz większej ilości miejsc nie ma.

       

      ...i tak dalej. O tym, jakim piekłem jest Żabka, powstały setki tekstów od kilkunastu co najmniej lat. W lipcu 2005 r. pojawił się w "Dużym Formacie" artykuł "Żabkę do rany przyłóż" ujawniający szerokiej publice styl tej sieci oparty na wymuszaniu weksli in blanco, przez co wygrywają wszystkie sprawy. Wiele innych bulwersujących historii, np. o fałszowaniu podpisów, ukazywało się regularnie na stronach lokalnych "Wyborczej", zwłaszcza w poznańskiej (i tutaj wracając do dawnego tematu: wyobrażacie sobie, że Karnowski i Ziemkiewicz piszą o czymś takim dla "niezależnej gazety", zamiast tak samo co tydzień diagnozować świat ze swego fotela? No właśnie, i tego z upadku mediów "propagandowych" mi będzie żal. Nalepki KOD-u i pocztówki do Trybunału odżałuję).

      Długo by mówić. Dziesięć lat dochodzeń sądowych z każdej strony nie zmieniły wiele. – Moim zadaniem będzie nieustanne udoskonalanie modelu biznesowego, który pozwolił na tak dynamiczny rozwój – mówił latem 2015 r. nowy prezes Krzysztof Andrzejewski.

       

      Zachęcam do przejrzenia tego, co już napisano, chociażby do przeczytania wywiadu znajomego moich znajomych Jakuba Dymka dla Krytyki Politycznej. A wywiadowaną osobą jest Joanna Jurkiewicz, autorka książki "Dekada ajentów". Wiele wskazuje na to, że może to być najważniejsza książka tego roku, którą za 100 lat, jeśli zmądrzejemy, będziemy czytać na lekcjach polskiego niczym "Dziady", jako obraz życia III RP.

      O ile w ogóle zostanie wydana.

      Podobnie jak ten straszny PiS, o którym słuchamy codziennie, tak i Żabka nie ceni za bardzo wolności słowa, jeśli występuja ona przeciw jej interesom. Z tego powodu "Dekada ajentów" ma pewne problemy. Sieć miliardera Świtalskiego oczywiście ma wszelkie warunki, by prześladować autorkę i grozić jej prawnie. Ma paragrafy o znieważenie, może poszukać innych. Naciska, by niekorzystne dla jej wizerunku wywiady usuwać ze stron, np. "Wyborczej".

      To jest władza przeciw obywatelom. Chociaż Jurkiewicz jest oczywiście Razemówką, to i różne prawicowe media jak "Gazeta Polska" zwróciły uwagę na jej książkę. Może jej redaktorzy mają trochę inne recepty, ale jednak jest to problem, z którego przynajmniej istnieniem są w stanie się zgodzić. Z drugiej strony w wielu miejscach (np. tu) można zauważyć, że z jakiegoś powodu książka zwraca uwagę wielu głosów feministycznych, co jest ciekawe, ale i przyznam, że dla mnie osobiście nieco wprowadza w zakłopotanie (jak bardzo powieniem wstydzić się pracy w miejscu, którego w większości kobieca kadra jest używana jako argument co do nierównej sytuacji kobiet na polskim rynku pracy? Nie explicite pojawia się tu oczywiście sugestia, że prawdziwy facet, przynajmniej obywatelstwa polskiego, w takim miejscu nie pracuje. To ciekawa dyskusja, ale na inny temat i inną notkę). W każdym razie, wiele różnych kręgów naprawdę by mogło z tej książki skorzystać. I chciałoby nagłośnienia sprawy. Aż... aż ludzie zaczną mówić o niej, a nie o tym, że Tomasz Lis się pokłócił ze Zbigniewem Bońkiem na Twitterze, Ziobro zaorał Kuźniara, a w ogóle to mamo, Wiesiek powiedział, że nie lubi polskości, co za debil.

      Żabka jednak stara się im nie dać okazji. I, bezczelnie korzystając ze swojej władzy, działa, działa skutecznie, zaś władza polityczna niespecjalnie czuje potrzebę jej w tym przeszkadzać, bo i nacisku z drugiej strony specjalnie nie ma. Oczywiście trudno sobie wyobrazić, że sama Żabka nacisku nie wywiera.

       

      I jeśli książka miałaby nigdy nie zostać wydana, cóż, nikogo w mainstreamie to specjalnie nie obejdzie. Dalej będą się toczyć dyskusje o tym, ile gwałtów dziennie popełnia każdy, kto nie jest biały, i czy roznoszą choroby. O prawdziwych problemach toczących Polskę. Protestów przeciw działalności Żabki nie będzie. Może jakieś związkowo-Razemowe na 50 osób.

      To właściwie byłoby aż zbyt pasujące podsumowanie tego trwającego już tyle lat żartu.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      ogqozo
      Czas publikacji:
      sobota, 23 stycznia 2016 00:02
  • czwartek, 07 stycznia 2016
    • Jak rozumiem lewicowość

      Bardzo prosto. Słowo to pochodzi z czasów rewolucji francuskiej (i równie ważnej dla współczesnego świata haitiańskiej - rzadko w Polsce omawianej, polecam książkę Hegel, Haiti i historia uniwersalna), gdy szlachta siedziała po prawej, a zwolennicy rewolucji po lewej. I teraz pytanie, o co chodziło w ich konflikcie? O znak krzyża na ścianie? O to, żeby było "postępowo" a nie "konserwatywnie"? O to, czy widelec do tortu kładziemy na lewo, czy na prawo od widelca do ryb? Oczywiście tego typu tematy to tylko dekoracje, a nie faktyczne źródło konfliktu. Prawica chciała, żeby system jak najbardziej wspierał arystokrację, a lewica, by państwo było bardziej "do życia" dla każdego człowieka, który w nim mieszka. Pewne artefakty kojarzone z wrogą grupą mogły być używane jako symbol, ale, właśnie - symbol, nie istota problemu. Tak, jak chłop biorąc do ręki sztuciec czy zakładając pantalony nie stawał się od razu bogaty, tak i faktyczna istota problemu ani trochę się od tych akcesoriów nie zmieniała.

      (Wiem, wiem, pantalony wśród mężczyzn zaczęły się popularyzować chwilę po rewolucji francuskiej... Dobrze, że nie jestem sławny, bo autor bloga "Kompromitacje" by mnie jechał po całości, niszcząc wszystkie powabne pisarskie detale, które jednak nie prezentują należytej precyzji).

      Istota problemu to jest taka, czy chcesz, by system bardziej niż obecnie wspierał tych, którzy obecnie mają w nim gorzej, czy tych, którzy mają lepiej. Ten podział jest uniwersalny i nie da się nim specjalnie kręcić. Chociaż się da, bo wielu bogatych ludzi uważa, że jednak w pewien sposób są pokrzywdzeni, że świat im coś zabrał, tak jakby pieniądze były wpisane w genach, a system ludzi dokoła był tylko po to, by je z nas wysysać, a nie był bez wątpienia JEDYNYM możliwym ŹRÓDŁEM bogactwa - jednak to tak oczywiście bzdurny światopogląd, że racjonalny człowiek nie powinien naprawdę mieć problemu z rozumieniem, co to jest lewica, a co prawica.

      W przyszłych tekstach będę zakładał, że to jest oczywiste.

      Jeśli chodzi o moje poglądy... w Polsce jestem lewicowcem, co jednak nie jest trudne, ponieważ przytoczenie niemal dowolnego obiektywnego faktu (np. zwrócenie uwagi na to, że tak naprawdę żaden kraj nie stał się nigdy bogaty metodą korwinowską) czyni cię lewicowcem. Ponieważ 99% dyskursu publicznego w Polsce opiera się na pewnych po prostu nieprawdach wspierających prawicową wizję świata. Natomiast rozmawiając z ludźmi z bogatych krajów nie jestem przekonany, że w nich miałbym poglądy lewicowe. Chociażby dlatego, że teoretycznie, będąc białym mężczyzną z czołowym wykształceniem, w kraju bardziej wspierającym biednym... prawdopodobnie nie byłbym obecnie biedny. Ale mniejsza o gdybanie, bo nijak to nie zmieni prawdziwości tez tego artykułu. Jeno ciekawostka: w Polsce jestem raczej lewakiem, globalnie - niekoniecznie.

      Wydaje mi się to bardzo proste, ale jest z tym sporo czarowania. Oczywiście dlatego, że słowami ogólnie ludzie lubią czarować, używając ich możliwie ogólnikowo, by potem można było zawsze pokręcić na swoją korzyść. Klasyfikacje polityczne - "lewaki", "wykształciuchy", "pisowcy", "salony", "elity", "postkomuna" i dużo więcej - pozwalają przypisać dowolnej osobie odpowiedzialność za cokolwiek. U prawicowych propagandystów bardzo popularna jest metoda "uderzania w elity" na zasadzie: "5 lat temu ktoś tam na demonstracji proaborcyjnej miał slogan, że lubi pierogi. Teraz Stefan Niesiołowski, również przedstawiciel lewactwa/postkomuny/układu z Magdalenki/elit/salonów/wymyśl własne, mówi, że nie lubi pierogów! To doskonale pokazuje hipokryzję tej grupy".

      Tacy ludzie robią z siebie głupków, ale... co im zrobisz? Powiesz im to? Ha, to tylko słowa. Poza tym, stety czy niestety, świat ludzki tak wygląda, że nawet w miarę inteligentni ludzie po uniwersytecie popatrzą na ciebie jak na wariata, jeśli zaczniesz pytać ich, co mają dokładnie na myśli przez dane słowo. Skoro nikt tego nie sprawdza, to oszukiwać z właśnie tym, znaczeniami słów, jest łatwo, przyjemnie i korzystnie.

       

      Zaznaczę tylko jedną rzecz, która w Polsce pojawia się często, także wśród faktycznej lewicy. Czy lewica jest przeciw religii? Moim zdaniem, nie. I uważam, że mam tutaj zdecydowanie rację. Przede wszystkim, uważam, że religia to temat zastępczy, a historia - albo chociaż przegląd współczesnych cywilizacji na świecie - pokazuje nam ponad wszelką wątpliwość, że "ta sama" religia może w praktyce "prowadzić" do kompletnie każdego możliwego poglądu i zachowania. Począwszy od skali makro, gdzie np. absurdem jest sugerowanie, że mamy więcej wspólnego z Kolumbijczykami i Filipińczykami, niż Czechami, po skalę mikro, gdzie w niejednej kwestii papież mówi "X jest złe", a 99% katolików i tak twierdzi, że X nie jest złe. Albo że dwóch sąsiadów idzie do tego samego kościoła, a żyje w zupełnie inny sposób. Jeden tłumacząc, że przecież dobry katolik to miłosierny wyrozumiały spokojny człowiek, drugi, że przecież dobry katolik to przecież silny, uzbrojony obrońca wiary i tradycji i heteroseksualizmu. Obaj uważają, że religia kieruje ich poglądem, ale jest to wrażenie błędne. Uważam, że jest bardzo widoczne, iż religia jest tylko naklejką na faktycznej działalności społecznej i politycznej. Jeśli można ją podciągnąć pod to, co robimy, dodać w ten sposób wzniosłości - spoko, ale jeszcze nie widziałem, by faktycznie kierowała ludźmi. Także badania nie zdają się wskazywać, by ludzie różnych religii (lub żadnej) mieli się czymś specjalnie różnić od innych będących w podobnej sytuacji. Przypisywanie czegokolwiek samej religii wydaje mi się lenistwem intelektualnym. To zawsze była i będzie metka, przypinka do plecaka, niemająca na zawartość plecaka większego wpływu niż będąca obok naszywka Guns n' Roses.

      Zostaje oczywiście pytanie, czy Kościół jako instytucja nie jest sam w sobie arystokratyczny. Otóż moim zdaniem, w XXI wieku, w Polsce, niespecjalnie. W czasach rewolucji francuskiej Kościół był nieporównanie potężniejszy. Nota bene rewolucjoniści raczej nie tyle go próbowali "zwalczać", co "upaństwowić". Wrogiem nie tyle była religia, co papież, nie wszyscy duchowni, a "ich" duchowni. Chodziło bardziej nie o to, by wszyscy przytaknęli gromadnie, że Boga nie ma, ale o to, by we Francji rządził Paryż, a nie Watykan (taka ówczesna Bruksela - miejsce, gdzie grono średnio wykwalifikowanych ku temu kolesi decydowało o normach i standardach do przestrzegania w całej Europie). Niektórzy dziś by to nazwali ruchem "niepodległościowym" na miarę herosa Orbana, ale jakoś przyjęło się, że przecież lewica to internacjonaliści, więc spopularyzowała się inna narracja, trochę wypaczająca fakty. Jednak z powodów, które opisałem w akapicie powyżej, wszystko to, wydaje mi się, powinno tak naprawdę być oczywistością. Spróbujmy z tą wiedzą trzeźwo spojrzeć na obecną Polskę. Dziś Kościół niby nadal ma pewne przywileje, fakt. Ale jeśli potraktujemy go jako instytucję kultury, potysiąckroć popularniejszą niż jakikowiek teatr publiczny, i zbiór dziedzictwa narodowego, obejmujący wiele spośród najcenniejszych zabytków, to wyjdzie nam, że proporcjonalnie wcale tak wielka kasa na Kościół nie idzie. Fakt, że są bogaci księża, ale są też bogaci wykładowcy uniwersytetów. Ogólnie jednak to nie te czasy, gdy faktycznie Kościół był miejscem jakiejś władzy i czołowym podmiotem na rynku. Za to często jest miejscem jakiejś tam działalności kulturalnej. W wielu mniejszych, uboższych miejscowościach (i w 2016 roku mam tu na myśli tak do, powiedzmy, 100 tysięcy ludzi) niewiele się dzieje poza kościołem i organizowanym przez niego wydarzeniami, także pozytywnymi, charytatywnymi itp. Osobiście mówiąc, wolę życie kulturalne babć chodzących do kościoła, niż młodzieży klikającej w powalająco głupie, a także zazwyczaj mocno nienawistne obrazki na Demotywatorach i Fejsie. Wcale ten sposób spędzania czasu nie wygląda mi na mądrzejszy ani korzystniejszy społecznie. Kościół nie jest lewicową organizacją, ale wielu księży ma bardzo przyzwoite poglądy, często poświęcają sporą część swoich sił i dochodów na pomoc biednym. Czego, znów, nie da się powiedzieć o świecie biznesu. Szczodrego szefa firmy tak łatwo nie znajdziecie. Bo też żyjemy w kraju, gdzie powszechnym przekonaniem jest, że taka cecha dla szefa firmy byłaby negatywną. Z kolei od księży jednak oczekuje się pewnych wartości moralnych, różnie jest z realizacją ich, od 0% do 100%, ale jakiś tam nacisk jest.

      Oczywiście są argumenty przeciwne, ale uważam, że stosunek do Kościoła i religii samych w sobie nie ma wpływu na klasyfikację polityczną.

       

      Podobnie z różnymi kwestiami spornymi. Nie uważam przykładowo, by prawo do aborcji było w dzisiejszej Polsce obiektem walki bogatych i biednych. Argument przeciwników prawa do aborcji jest raczej moralny i tyle - uważają, że to zły czyn, bo kończymy ludzkie istnienie. Inni uważają, że wcale nie. Obojętnie czy ktoś się zgadza, czy nie, niespecjalnie widzę powód, żeby walka o powszechne prawo do aborcji jakoś specjalnie wyrównywała szanse biednych i bogatych. Wiem, jakie argumenty są używane przez tych, którzy tak uważają. Ale... nie są to argumenty racjonalne, bo generalnie to nie jest lewicowa dyskusja. To jest inna dyskusja.

       

      Po tym wstępie przejdźmy do tematu tygodnia w tym kraju, czyli wypowiedzi ministra Waszczykowskiego. Wiecie, które. Strasznie durne wypowiedzi człowieka, który w takich się specjalizuje, ale i trzeba przyznać, że społeczny backlash przez nie wywołany jest raczej przygnębiający. Jak zawsze, jak to już opisywałem nieraz na tym młodym blogu, dyskurs społeczny idzie w stronę dość prymitywnej klasyfikacji: kto dobry, kto zły. I najlepiej, żeby dało się to ująć jednym słowem. Stanęło więc na tym, że "Waszczykowski mówi, że weganie i cykliści są źli", co w pewnym sensie robi, ale nie do końca o to chodzi w osławionej już wypowiedzi dla "Bildu". Stanęło na tym, że Waszczykowski jest "zły", i oczywiście jest, ale wredność jednego człowieka moim zdaniem nie powinna być dla publiki na tyle ciekawym tematem, co rozliczenie się z nieprawdą, którą sączy. A tutaj mam wrażenie, że wielu krytyków pośrednio tak naprawdę przytakuje jego wizji.

      Wiadomo, do czego minister się odnosi. Właśnie do "tematów zastępczych", myląc istotę rzeczy z akcesoriami. On jest wśród tych ludzi, dla których "patriotyzm", miłość ojczyzny, polega na celebrowaniu powstania warszawskiego, z kolei celebrowanie odbudowania Warszawy to już w tej logice nienawiść do ojczyzny. Poprzez powiązania słowne akcesoria zyskują znaczenie, których absolutnie nie mają. Obraz "wegetarianina na rowerze" staje się obrazem osoby "mniej polskiej", ale dobre pytanie, dlaczego właściwie. Otóż powiedzenie "to jest mniej polskie, a więc chcę to zwalczyć" brzmi znacznie lepiej, niż "to mi osobiście, jednemu z milionów Polaków, się nie podoba, więc chcę to zwalczyć". Argument typu "co jest polskie" jest używany w nieskończoność, niestety tak już zostanie.

      Waszczykowski kreśli świat rodem z antyutopii, gdzie Wielki Brat elit/salonów/układu Magdalenki itp. nakłania wszystkich Polaków, by wyprzedali swoją własność kulturową i maksymalnie upodabniali się na jeden wzorzec. Potępienie tej wypowiedzi wydaje mi się mniej ciekawe, niż jej totalna nieprawdziwość, która jest rzadziej komentowana. Absurdalna wizja Waszczykowskiego, z którą wiele osób w Polsce się zgadza, idąca w sukurs wszystkim, którzy maniakalnie przeklikują w internecie obrazki przypominające, że nie są bezmyślnymi lemingami jak "tamci", wydaje się niemożliwa do uzasadnienia na wielu poziomach. Począwszy od przekonania, że wszystko, co się dzieje w kraju, a my się z tym nie zgadzamy, musi być dyktowane przez rząd - chociaż cholera wie, w jaki konkretnie sposób rząd PO miałby zmuszać Polaków do odrzucenia Kościoła i mięsa.

      I to, czy lubimy ten tzw. "europejski" styl życia, czy nie lubimy, właściwie nie powinno mieć tak wiele znaczenia w sytuacji, gdy tylko kompletny paranoik w ogóle uzna, że taki "europejski" styl życia jest jakoś faktycznie "w użyciu".

      Rasistowskie poglądy ministra mogą się nie podobać, ale bardziej niż kłócenie się o moralność, ciekawiłoby mnie po prostu zwrócenie uwagi, jak kompletnie nieprawdziwe jest traktowanie "mieszaniny kultur i ras" jako czegoś "postępowego", tak jakby przez całe tysiąclecia teren nad Wisłą można by opisać jako cokolwiek innego niż "mieszaninę kultur i ras". Począwszy oczywiście od tego symbolu polskości i polskiej tradycji, Kościoła katolickiego, który wcale nie został "wmieszany" w żaden sposób. Kościół katolicki, jeśli nie wiecie, został założony w okolicach Gniezna i stamtąd rozprzestrzenił się... od Kolumbii po Filipiny, ale to już nie nasza sprawa, polska kultura to towar 100% made in Poland.

       

      Jeden najsłynniejszy akapit z "Bildu" to źródło tylu głupot, że można by to komentować długo. Ale zatrzymajmy się na tych przykładach. Ponieważ chciałbym dojść do centralnej nieprawdy, która niestety z kolejnymi powtórzeniami utrwala się w głowach. I to jest sukces dla każdego propagandzisty, nawet jeśli wielu oceni, że osobiście się skompromitował.

       

      Otóż przedstawia nam się alternatywę polityczną PO-PiS, z których jedyna możliwa różnica polega na tym, że jedni są "konserwatywni", "tradycyjni", niezdrowy tryb życia i palenie śmiecami i co tydzień kościół i namalowanie sprejem na murze "Armia Krajowa pamiętamy", a drudzy są "europejscy", "postępowi", nie wiadomo do końca poprzez jakie konkretnie czyny, ale jakoś powtarza się, że są, że są laiccy, popierają różne zwyczaje, których 50 lat temu nie było, a więc "postęp". Często rządowi PO przypisuje się udział w zjawiskach popierających prawo do aborcji, laicyzm państwa, wypowiedzenie konkordatu, śluby homoseksualne i tysiąc innych rzeczy, które uważa się za "postępowe". Podstawowy powód do ostracyzmu takich opinii powinien być bardzo prosty - nie tyle że są fajne lub niefajne, ale są po prostu idiotyczne. PO rządziła przez 8 lat i tego nie robiła.

      Jednak wtłacza się ludziom do głów tę wizję, że "lewicowy", "markistowski" rząd to właśnie było ostatnie 8 lat i bardziej "europejsko", "lewicowo" już być nie może. A teraz zupełnie odmienny, skrajnie "prawicowy" rząd z kolei pokaże nam tak wielką różnicę, jak się da. "Obie strony" manipulują tym przekazem po swojemu, ale robią swoje, by ta główna bzudra o jakiejś "lewicowości" PO przebiła się do mainstreamu.

      "Lewactwo" często jest obecnie przez prawicowych publicystów skracane myślowo do "sojowego latte", jakby próbując wcisnąć nam przekonanie, że i wybrane partie (zazwyczaj te poza PiS-em, Kukizem i Korwinem), i faktyczna lewica to bibelot nowej polskiej klasy średniej, która zajmuje się tym wszystkim tak z nudów, i generalnie pogardy do rodziców, co to siedzą teraz na wiosze i masło ubijają. Powtarza się non stop, że jedyny wybór mamy tylko między "tradycją polską" (zupełnie przy okazji podlizującą się właścicielom, ale to bez znaczenia) a właśnie taką rozpieszczoną klasą "europejskich", co to z nienawiści do swych rodzicieli będą segregować śmieci i głosować na, jak to ważne cały czas powtarzać, "lewicę", czyli PO.

       

      Co oczywiście faktycznej władzy jest bardzo na rękę. Dopóki "lewica" w Polsce to ma być PO, czy jakiś tam Petru czy SLD, to naprawdę bez różnicy, czy w niedzielę będą leżeć krzyżem przed ołtarzem, czy biec trzeci półmaraton w tym tygodniu, czy też krzyczeć "precz z Kaczorem" na placu Solnym, nie mając na alimenty. To jest najlepszy dla nich rodzaj dyskusji - bo to, co faktycznie mogłoby nieco zagrozić wygodzie i interesom władzy, a pomóc materialnej sytuacji biednych Polaków, nie jest w niej obecne w ogóle.

       

      (Jeśli w życie wejdzie podatek bankowy, to może trzeba będzie uznać, że PiS tym razem jest tak naaprawdę nieco na lewo od PO - co oczywiście nie wynika z jakiejś jego naturalnej budowy, ale jest, stety czy niestety, odpowiedzią na oczekiwania wyborców. Ja osobiście często przedstawiam brak jakiejś odgórnej tożsamości i konformistyczny populizm jako zaletę PiS-u i PO - w sumie skoro już się partie nie zmieniają, to dobrze, że reagują na chęci wyborców, szkoda może bardziej, że różnie jest z kompetencjami do ich wykonywania).

       

      Dwie centroprawicowe partie, które wydają się nie mieć wyraźnego programu, są traktowane w Polsce jak jakieś skrajne bieguny spektrum, co znacząco szkodzi naszemu krajowi i narodowi.

      Skupienie się na tym, że "Waszczykowski tępi cyklistów" jest tylko częścią tego zjawiska. Tanim poprawianiem sobie humoru, które jednak utwardza ten system w Polsce. I to jest ta "dobra zmiana", "zła zmiana". Żadna zmiana.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Jak rozumiem lewicowość”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      ogqozo
      Czas publikacji:
      czwartek, 07 stycznia 2016 08:12
  • niedziela, 03 stycznia 2016
    • PiS może być katem tzw. propagandystów, ale to nie on wydał wyrok

      Jak pewnie słyszeliście, wśród wielu "dobrych zmian" rządu, jest też przejęcie władzy nad mediami, np. wprowadzenie mianowania prezesów przez rząd zamiast w ramach konkursów i generalnie podporządkowanie ich bardziej władzom politycznym. Oczywiście jedna strona się tym smuci, druga się cieszy, wszelkie argumenty zbywając tradycyjnym "TV była wasza, tera będzie nasza, nic się nie dzieje".

       

      Jak zwykle unosi się Tomasz Lis na swoim portalu, odpowiadając na swoją krytykę. Zwracam uwagę na ten tekst, bo generalnie... jest w nim zawarta prawda. Sam program Lisa niespecjalnie mnie ciekawi, ot, typowy polityczny cyrk jak wszędzie, z ostatnich lat zwróciłem tylko uwagę, kiedy wszyscy w programie objeżdżali Marcelinę Zawiszę z Razemu, bo zamiast jak wszyscy rzucić jakieś ignoranckie hasełko na jeden ze stu omawianych tematów, powiedziała, że nie przemyślała wystarczająco danej kwestii. Co tłumaczy, czemu takie programy średnio mnie interesują - partia, która najlepiej rozwiąże dany problem, jest w nich mylona z partią, w której jedna osoba powie najciekawsze dwa zdania na każdy temat mając 5 sekund na namysł. W rzeczywistości to tak za bardzo nie działa, ale ludzi bardziej ciekawią te cyrki, niż faktyczna działalność rządu - ich wybór.

      No właśnie, ich wybór. Dlatego męczy mnie to ciągłe powtarzanie miłośników "dobrej zmiany", że Lis kroił sporą kasę "z naszych podatków". W rzeczywistości każdy wie, że jego program był wśród całkiem dochodowych. Zadziwia mnie, jak wiele osób myśli, że duża stacja TV utrzymuje się z tego abonamentu, którego nie płacą. To przecież jakiś absurd, który traci sens, gdy pomyśleć nad nim choć sekundę. Nie jest żadną niewiadomą, że abonament idzie głównie na stacje tematyczne i lokalne, które oczywiście nie mogą liczyć na duży przychód z reklam.

      Ma też rację, że przeprosił za pamiętny tweet córki prezydenta. Taki gest o czymś świadczy. Fani "dobrej zmiany" lubią rozpływać się nad tym wydarzeniem, tak jak nad tym momentem, gdy Wojciech Orliński komuś tam przypisał, że jego ojciec był w SB, jako upragniony dowód nieustających kłamstw i propagandy każdego, kto się z nimi nie zgadza. Zaiste pewnie by tych tekstów nie było, gdyby autorzy nie mieli negatywnej opinii o PiS-ie, ale trudno nie zauważyć, że na drugi dzień przeprosili i tyle. Podczas gdy inni dziennikarze, w tym ci, którzy podobno mają teraz dostać miłe posadki, w tego typu sytuacjach mają zwyczaj po prostu powtarzać, co sobie wymyślili, do końca świata, używając danych wyssanych z palca w coraz to kolejnych konstrukcjach budujących coraz bardziej alternatywną rzeczywistość. Wszelkie zaś przypomnienia, gdy rozmijają się z prawdą, traktują jako dowód na to, że "elity" (czy jak tam teraz się nazywa tę gorszą część Polaków, która im nie po drodze) przeprowadzają wściekłą nagonkę na wszystko, co dobre i polskie.

      Sam Lis wydaje się specjalnie nie mieć poglądów, poza tym, że nie lubi PiS-u. Tak że niespecjalnie to ciekawe. Nie pamiętam nawet, kiedy wypowiadał się na jakiś konkretny temat (był przeciw radarom ileś tam lat temu, co komentowałem na blogu). Kiedy był dziennikarzem, robił ciekawsze rzeczy (obecni hejterzy mieli o nim inną opinię, gdy u władzy byli Kwaśniewski i SLD, o których negatywne informacje były mile widziane. Młodszym czytelnikom przypomnę, że Lis wybił się ). Jednak zawód "komentatora" jest dla mnie mało ekscytujący, ot, mówisz co ci się wydaje, nic nowego nie ukazujesz. W takim już niestety świecie żyjemy, że przekaz o treści "PiS zły", "wcale nie bo niePiS gorszy" zbiera najwięcej uwagi.

      Twitter Lisa jest komicznie monotematyczny, zawsze o tym, że PiS zły. Rozbawiło mnie najbardziej, jak czepiał się złej polszczyzny jakiejś posłanki PiS-u: "mówi się płci, nie pci". Na pewno gdyby ktoś z innej partii tak powiedział, też byśmy się doczekali tak drobiazgowej dbałości o standardy językowe! Żart o tyle lepszy, że dwie wiadomości niżej Lis sam napisał "tyś." jako skrót od "tysięcy". Aczkolwiek to nie jedyny taki Twitter w Polsce. Wielu "komentatorów" takie prowadzi. Co swoją drogą wiele mówi o współczesnych mediach. W końcu Twitter niby rządzi się kultem szybkości, zwięzłości itp., i faktycznie za mądre te 140-znakowe wypowiedzi siłą rzeczy nie są, ale też z kolei zdają się zupełnie marnować miejsce, będąc wszystkie o tym samym. Nie słyszałem, żeby np. Rafał Ziemkiewicz w ciągu ostatnich 10 lat miał publicznie jakąkolwiek inną wypowiedź, niż taka, że ogólnie ONI są źli. Kiedyś pisał recenzje książek, coś tam konkretnego proponował itp. - widocznie wyszło mu ze statystyk, że w drugiej dekadzie XXI wieku takie rzeczy już się nie klikają. Ogólnie popularni "komentatorzy" lubią uderzać w mocno manipulacyjne, często kompletnie bzdurne tony, dodatkowo megalomańsko przypisujące sobie i "swoim" jakąś ultymatywną pozycję, co w sumie zrozumiałe, bo jeśli ludzie nie przychodzą do internetu po informacje, to czym innym można się wyróżnić poza jak największym graniem po bandzie? Przytoczę przykład, bo naprawdę mnie rozbawił. Ziemkiewicz w bieżącym numerze swojego pisemka stwierdził, że gdy osoby niepopierające PiSu puszczają hymn Polski, jest to "profanacja", która "udowadnia, że oni nie mają własnych symboli", i powinna być ścigana prawnie. Takie odloty już niedługo w TVP, super!

       

      Tak że Lisa niespecjalnie mi żal samego w sobie. Nie da się jednak ukryć, że prezentuje wyższą jakość, niż "konkurenci", w swoim przygnębiająco popularnym fachu "komentatora". To po prostu prawda, że przynajmniej miał ten swój program w TVP, bo przynosił reklamodawców, zaś zastąpi go raczej na pewno jakiś program, który będzie tam z prośby rządu. To też prawda, że choć z zabawną zaciekłością tępił PiS, przynajmniej dawał im okazję wejść na antenę. Media uważane za "równowagę z drugiej strony" (przez niektórych - przez innych za "obiektywne" w przeciwieństwie do wiodących "gadzinówek"), jak TV Trwam, dają bardzo jednostajny przekaz, co ładnie ukazane jest na tej grafice. Zobaczcie ją - dotyczy okresu przedwyborczego. Nota bene, grafikę tę udostępnił na Twitterze jedyny popularniejszy tam od Lisa polski dziennikarz, Jarosław Kuźniar. Którego konto jednak jest znacznie ciekawsze, bo wpisów antyPiSowskich jest tam dość mało, a głównie jakieś tam wieści ze świata i zdjęcia z podróży przypominające, jakie to ma fajne życie. Wal się.

      Tak czy siak, TVP może stanie się znowu śmieszną stacją, ale nikt nie każe jej oglądać.

       

      Bardziej mi żal tego wszystkiego, co faktycznie jest utrzymywane z publicznych pieniędzy. Ponieważ ma trochę bardziej ciekawy przekaz niż "PiS zły"/"niePiS zły" albo "pozytywne podejście Dzień Dobry TVN podróże po świecie radujmy się" i rynkowo się nie broni. Żal mi choćby TVP Kultura, któremu metodą ziemkiewiczowską można przypisać "propagandowość" jak wszystkiemu, ale tak naprawdę był to po prostu dobry kanał, gdzie zawsze leciało coś ciekawego. Dla miłośników sztuki czy nauki często stacje tematyczne TVP, te naprawdę finansowane z abonamentu, były wręcz faktyczną okazją coś zobaczyć czy się czegoś dowiedzieć, bo na zawierane treści, informacje, filmy, koncerty nieraz nie było w ogóle łatwo trafić nawet szukając w internecie. Dla mnie, na tym właśnie polega wartość mediów - zgodnie ze znaczeniem słowa, na wydobywaniu i przekazywaniu mi treści, które były mi odległe. Na rozszerzaniu moich horyzontów. Wyniki finansowe każą jednak dostrzec, że najbardziej pożądaną rolą mediów jest dziś raczej rola swoistego przyjaciela, który przytaknie naszym poglądom, przytuli i poprawi humor.

       

      Żal mi oczywiście losów "Wyborczej". Zawsze otwierając tę gazetę mogłem tylko prychnąć śmiechem, jak bardzo zaprzecza swojej publicznej opinii "propagandowego" pisma. Oczywiście, jej pisarze nie przepadają w ogromnej większości za PiS-em. Teraz mają tę swoją jazdę na KOD, który poza tym, że jest przeciw PiS-owi, niewiele zdaje się mieć za sobą. Niewielu też w "Wyborczej" miłośników rasizmu, kibolstwa i paru innych zjawisk. Ale poza tym można tam zawsze było trafić na różnorakie opinie, z czego czy to wobec PO, czy wobec Razemu, były i takie aprobujące, i takie przeciwne. Można by powiedzieć, że każdy, kto nie wielbi PiS-u, ma tam miejsce do wyrażenia opinii, co czyni ją naprawdę znacznie szerszym medium, niż te "niepropagandowe" (podobnie jak Lis, tak i "Wyborcza" popularnej łatki "propagandystów" nie miały przed upadkiem SLD i wprowadzenia duopolu PO-PiS, kiedy po prostu osoby o tych samych poglądach co dziś mogły być po innej stronie... innej barykady). Przede wszystkim, zazwyczaj w "Wyborczej" można znaleźć JAKIEŚ treści. Nie chodzi TYLKO o to, kogo nie lubisz, ale też co masz do powiedzenia na jakiś temat. Paradoksem obecnej sytuacji medialnej jest to, że znacznie ciekawszą krytykę, i opartą na większych konkretach, zawsze można było znaleźć w mediach "propagandowych", bo one przynajmniej pisały o konkretnych prawdach. Z kolei media "niepropagandowe" owszem, były nastawione do rządu bardziej negatywnie, ale nic ciekawego o powodach nie mają do napisania, ot, zły bo zły.

      W "Dużym Formacie" mogę teraz chociażby przeczytać faktyczny reportaż z Lesbos, który jest po prostu napisany porządnie i mówi o konkretnych wydarzeniach które autor wybadał. W pismach "niepropagandowych" opinie o tym, co się dzieje na Lesbos, czy gdziekolwiek indziej, oparte są na jakimś "memie" z internetu mówiącym, że 99% imigrantów w Szwajcarii jest bezrobotnych, a 96,47% w tym tygodniu ścięło komuś głowę. Whatever. Nie chodzi o materiał, chodzi tylko o to, kogo nie lubisz. Dla mnie mało ciekawe, bo obojętnie co bym nie myślał o Ziemkiewiczu czy niebiałych ludziach, to prosty fakt, że kiedy już raz dowiedziałem się, że Ziemkiewicz nie lubi niebiałych ludzi, to czytanie tego setny raz niespecjalnie jest ciekawe.

      W "Dużym Formacie" mogę przeczytać wywiad z fizykiem dotyczący powstania wszechświata. Z inaczej rozumianej osobliwości - artykuł o przyszłości sztucznej inteligencji. Felietony Vargi, Orlińskiego i Szczygła. Ten ostatni mniej ciekawe, pisze zawsze o tym, gdzie to nie był i z kim wódki nie pił, wszyscy nieznajomi świata chcą z nim rozmawiać, ale przynajmniej nie pisze zawsze tego samego o tym, której partii nie lubi. No i oczywiście dużo reportaży. Prawdziwych, dobrych reportaży. Często interweniujących w sprawie nieprawidłowości - w instytucjach prywatnych, rządowych, kościelnych, różnie. Tomasz Patora czy Justyna Kopińska mogą po prostu zrobić do "Dużego Formatu" materiał wykrywający coś złego, nie musi to być coś złego o akurat wyznaczonych przez redakcję osobach. To może być ktoś zwykły. Hugo-Bader może robić reportaż o życiu bezdomnego. "W Sieci" czy "Niezależnej" taki tekst specjalnie nie obejdzie, bo niby jak by się to miało wpisywać w linię? Za rządów PO można by ewentualnie walnąć nagłówek "tak się kończą rządy PO! Okrutny los bezdomnych w Polsce", ale, po części z racji stawek, nawet tego typu dobrych tekstów się w tych "niepropagandowych" mediach nie doczekaliśmy.

      W "Do Rzeczy" zaś "reportaże" stoją na poziomie pamiętnego tematu z okładki, reklamowanego tak: "ŚLEDZTWO "Do Rzeczy": SEKTA GENDER - Nasza dziennikarka przeniknęła do środowiska polskich feministek". W rzeczywistości był to dość nudnawy opis tego, że autorka... zapisała się na gender studies w podyplomówce, i odkryła takie niesamowitości, że chodzą tam całkiem normalni ludzie, dziewczyny w spódnicach z makijażem (niesamowite). Desperacko opisując czy to oczywistości, czy kompletnie pozbawione treści fragmenty, że okna w budynku brudne, by tylko nabić znaki i wykonać swoją misję - niepolegającą na tekście, tylko na tym, by napisać byle co, do czego można było walnąć nagłówek o złym "genderze" dla czytelników "Do Rzeczy", czyli ludzi, którym wystarcza nagłówek. Polecam kupić ten numer i przeczytać ten tekst tylko po to, by zdać sobie sprawę, jak niesamowity szajs jest w debacie publicznej prezentowany jako "równowaga dla Wyborczej".

       

      Trudno nie sympatyzować z "propagandowymi" mediami. Są po prostu ciekawsze i bardziej wartościowe. Pomijając też fakt, że w istocie rzeczy bez wątpienia mniej propagandowe. Ale wiadomo, że to słowo ma negatywną wymowę, więc dla każdego będzie znaczyć co innego. Mało kto powie, że cokolwiek, z czym się zgadza, może być "propagandowe", za to jeśli się nie zgadza - owszem. Tak że kwestia gustu. Natomiast ogólny poziom twórczości "progandystów" jest po prostu obiektywnie o klasę lepszy.

      Jednak nie będzie pusty argument, że gdyby te treści były opłacalne, poradziłyby sobie i wbrew władzy politycznej. Tak naprawdę więc PiS może faktycznie być katem "propagandystów", ale to nie on wydał na nich wyrok. Tylko faktyczna władza, demokratyczna władza - ludzie, z udziałami we władzty zależnymi od ich majątku. Tłum biednych może utrzymać "Pudelka", węższa grupa bogatych może utrzymać jakieś tam "Logo" z reklamami zegarków i Mercedesów, i tak dalej. Władza polityczna może nieco wspomóc przyjazne sobie media i próbować dorżnąć te nieprzyjazne, ale pamiętajmy, że rynek mediów jest u nas w większości prywatny i ma całkiem zaawansowane sekcje obliczające opłacalność każdej aktywności. Program "propagandowy", "niepropagandowy" może istnieć, o ile się opłaci. Władza polityczna będzie coś tam działać, ale każdy z nas ma pilota do TV, komputer z internetem, konto bankowe - każdy z nas dostanie to, co chce. Co oznacza, że większość dostanie blogerki modowe, opowieści o cudownych podróżach, albo prymitywne, pozbawione argumentów teksty o tym, że PiS zły, albo niezły.

       

      Niektórzy "dziennikarze" już teraz nie widzą różnicy, jak w swoim dość popularnym, a skrajnie głupim tekście Karolina Korwin (przeklęty ród?) Piotrowska, która poleca chętnym na robienie mediów wzorowanie się na... Kasi Tusk i Abstrachuje. Używa ich jako przykład, że "niezależne media" nie wymagają dużego budżetu! "Trzeba mieć dostęp do netu, podstawowy program graficzny i do montażu i można robić media. Kamera jest w telefonie, montuje się na laptopie...". Niestety w takim świecie żyjemy, że dla niektórych "robienie mediów" to nie TVP Kultura, tylko wywiady z Dodą kręcone iPhone'em, byle było sympatycznie, albo żenująco nieśmieszne skecze zrealizowane technicznie poniżej poziomu "Sędziny Wesołowskiej". Na tle dziennikarstwa politycznego - nie ma różnicy między faktycznym dziennikarstwem, a wynurzeniami siedzącego w jakimś schowku na miotły Maxa Kolonki, który przez pół godziny trajkocze o tym, co też sobie wymyślił albo jaką to powalającą statystykę znalazł na Demotywatorach, udowadniającą jego tezy. Bierzesz kamerę w telefonie, może jakieś ubranko od sponsorów, może jakieś wyguglane żarty, wymyślasz sobie jak wygląda świat, i jedziesz, jesteś dziennikarzem.

       

      Co do "PiSizacji" mediów publicznych, sam fakt nawoływania przez nie do głosowania na PiS uważam za najmniej znaczący. W to, że poglądy polityczne paru dziennikarzy coś zmieniają w poglądach politycznych narodu, średnio wierzę. Ludzie lubią dorabiać "mediom" jakąś wielką siłę, zupełnie absurdalnie. Znany jest naukowcom "efekt złych mediów" - dokładnie ten sam materiał o konflikcie izraelsko-palestyńskim grupa Izraelitów uznała za skrajną propagandę pro-palestyńską, a grupa Palestyńczyków - za skrajną propagandę pro-izraelską. Efekt ten potwierdzają badania w kwestii każdego możliwego konfliktu. Niektórym ludziom bardzo zależy, by podkreślać, że "media" są przeciw niemu, bo wtedy oczywiście mamy prostą logikę: skoro media są np. przeciw PiS-owi i dostał on 40% głosów, to bez tej "propagandy", gdyby ludzie głosowali na podstawie jakiejś bliżej nigdy nieokreślanej "prawdy", na pewno miałby 80%!

      W rzeczywistości jednak nie widziałem jeszcze obiektywnego wyznacznika, by faktycznie tak to działało. Również wyniki wyborów jakoś działają po swojemu. PiS-owska telewizja nie pomogła PiS-owi wygrać wyborów 2007, PO-wska nie pomogła wygrać teraz. Wyborcy PiS-u nie spotykają zazwyczaj prezesa Kaczyńskiego osobiście, omawiając z nim dokładnie wszelakie aspekty działania państwa. Swoją opinię opierają na mediach. Jak my wszyscy, na wszystko. Obecność w TV jest bardzo ważna, bo po prostu ludzie nieszukający specjalnie informacji na dany temat w ogóle je zobaczą. Natomiast "propagandowy" ton TV w rzeczywistości niespecjalnie przeszkadza jej widzom głosować na PiS.

      Wielu z obecnych komentarzy nie byłoby, gdyby ludzie byli skłonni przyznać, że czegoś takiego jak "obiektywne", "bezstronne", "apolityczne" media po prostu nie ma. Nie da się np. w żaden sposób ubrać w słowa wydarzeń w Polsce, by NIKT nie uznał tego za paskudną manipulację propagującą [tu wstawić tych, którym jest przeciwny]. Niestety bycie bezstronnym jest po prostu niemożliwe. Z tym wiąże się też obrywanie od "drugiej strony". Inny świat nie może istnieć. Jak możemy się przekonać np. z "niepropagandowych pisemek" (które często pół numeru poświęcają na pisanie o tym, jak zła jest "Wyborcza"), praktycznie nie ma treści, którą przy odrobinie dobrej woli nie można by uznać za "lewacką propagandę", czy to będzie przepis na wegańskie danie, czy reportaż o nadużyciach w kościelnym ośrodku, czy wyniki badań dotyczące ruchu drogowego albo klimatu, i tak dalej, i tak dalej, właściwie cokolwiek o wydarzeniach zagranicą (antypolskie!) albo w Polsce (antypolskie!). Obrywa się ludziom z TVP Kultura czy "Dużego Formatu", tak jak np. szefom teatrów, za "sympatyzowanie z władzą" (za które można uznać właściwie dowolną wypowiedź), chociaż ktoś, kto ma odrobinę wyobraźni i wiedzy, rozumie doskonale, że "apolityczny" teatr istnieć za bardzo nie może. Może istnieć teatr, z którym odpowiednie osoby będą się zgadzać i nazwą go sobie "apolitycznym", ale to nie tak, że ten aspekt życia zniknie. Jest obecny u podstaw języka i wszelakich decyzji dotyczących treści.

       

      Poziom mediów publicznych może spadnie, ale statystyki nie kłamią - mało kogo to obchodzi.

      Chociaż więc osoby zaangażowane ideologicznie mają powód mówić sobie, że zmiana władzy politycznej nad mediami jest ogromnie znacząca, tak naprawdę faktycznie zmiany w kraju nie będą duże. Będziemy żyć tak samo, jak wcześniej - Onet, Twitter, Facebook, Taniec z Gwiazdami itp. I trochę szkoda. Byłoby miło myśleć, że zagrożenie życia czy wartościowych treści TVP, "Wyborczej" czy Polskiego Radia będzie jakoś opłakiwane przez zauważalną statystycznie grupę Polaków, ale nie będzie.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      ogqozo
      Czas publikacji:
      niedziela, 03 stycznia 2016 11:13